Adriana Szymańska - wiersze

 

Ryszard Tomczyk
Ryszard Tomczyk

 

 

 Przemiany

                                               dla Wojciecha Kaliszewskiego

Już tutaj byłam: w skórze wilka lub owcy

pomykałam cienistą doliną.

Jak kozica tańczyłam z wiatrem po górach.

Zanim nauczyłam się mówić,

spijałam krople rosy ze skał,

żeby poczuć smak wszechświata na wargach.

 

Teraz, gdy wypowiadam słowo,

promień rodzącej się gwiazdy

zgarnia je z moich ust. Wzbija się ponad

kołujące gołębie i ginie w niebieskich mgłach.

Tak oto powracam do początku

swojej od zawsze nieskończoności.

 

Pułtusk, 25 stycznia 2016 roku

 

 

Dziedzictwo

Wszyscy jesteśmy dziećmi pasterzy.

Dziećmi koczowników i myśliwych.

Dziećmi ognisk i jaskiń. Dziećmi dziadów

i pradziadów. Nasi ojcowie – osadnicy

zrobili nam tę krzywdę: posadzili na tronie

kamienicy, pałacu, wieżowca, chaty

i kazali patrzeć w jeden punkt. Ale

w naszych snach wciąż śpiewają dzikie ptaki

i mężczyźni z włóczniami na zwinnych koniach

galopują po preriach. A kobiety

warzą strawę i przemawiają czule do boga

ognia, boga drzewa, brata deszczu, brata psa.

Kołyszemy w sobie te ciepłe krajobrazy,

zapatrzeni w martwy ekran telewizora. I tylko

czasami, gdy szaleństwo niepogodzenia

szarpie nam mózg, znów ruszamy na wędrówkę.

Spotykamy boga słońce, boga księżyc,

braci Wikingów i braci Indian ścigających wilki

i wzlatujących za orłem. Potem

siadamy w kącie ogrodu i patrzymy uparcie

w czerwone oczy pelargonii albo liliowy kwiat

żeniszka. Wędrowanie

to tylko ta burzliwość krwi w nas, ten ciemny

taniec. Tajemnica, z którą nigdy nie uporamy się

w tym życiu. Ani w żadnym. Chyba,

że staniemy się napowrót nimi wszystkimi naraz:

dziadkami, pradziadkami, młodzieńcami

z włócznią, kobietami przeganiającymi diabła.

Wilkiem, orłem, gołębiem, sarną.

Nie umieraj we mnie mój wędrowcu, moja duszo.

Bądź mi niezaspokojeniem. Bądź mi głodem.

Dreszczem odwagi.

 

 

                    Wieczór

                                         profesorowi Leszkowi Kołakowskiemu

Nie przeklinaj dnia przed zachodem.

Nie kąp się z Heraklitem w tym samym zdroju.

Przycupnij tu, nad brzegiem rzeki bez imienia,

i posłuchaj, jak las mruczy

swój przedwieczorny chorał.

Możesz zapytać: dlaczego tak trudno obrażać się

na świat przed zmierzchem, kiedy niebo

zakwita zorzą? Dlaczego tak mało teraz w tobie

złośliwego gnoma? Rośniesz, otwierasz ramiona

i muskasz czubki sosen czułymi palcami.

Kochasz ten widok  -  z księżycem jak ząbek czosnku

nad drogą, z łódkami uśpionymi w kołysce przystani.

Z kępą drzew malowanych światłem

-  wprost na wodzie  -  i z ciszą zaplątaną

w miękkie skrzydło wrony.

Ta chwila wydobywa ciebie ze zgiełku zdarzeń

razem z ważką podlatującą nad gładzizną rzeki.

Jesteście jak dwa gorejące atomy

w czyimś głębokim ciepłym oddechu.

Wiesz, że musisz stąd odejść

-  żaden archanioł nie odwoła godziny agonii.

A przecież w tej chwili  -  gdy trzymasz różowy obłok

w ramionach  -  jesteś już ocalony.

 

 

W sprawie filozofów

Cogito ergo sum. Cóż za pycha filozofa!

Myślę, więc boję się być tym, kim

jestem – czyż nie to raczej winniśmy recytować?

Wiem, że nic nie wiem. Tak lepiej.

Zostaliśmy stworzeni, żeby nie wiedzieć.

Ale czy owo „nic” nie znaczy nazbyt

wiele dla obolałego umysłu, który

wciąż kuśtyka przez ugór wszechświata?

 

Errare humanum est. Do końca

naszych dni? I nikt nam nie podpowie,

jak rozwiązać zagadkę wiecznego „nigdy”,

gdy idąc w przyszłość potykamy się

o schody życia zostawione za sobą?

Dotknąć choćby rąbka niewiadomego

-  tego wszyscy oni pragną. A dostają im się czasem

złote pyłki myśli z barwnego kobierca

spod stóp Przedwiecznego. Które i tak

wracają w końcu tam, skąd zbiegły.

 

Dziś na kwietnym gazonie podziwiałam

koniczynę. Posiała się sama

w miejsce zwiędłych petunii.

I nawet nie zamierza dopytywać się,

kim jest lub będzie. Wystarczy jej zieleń liści

i liliowy blask kwiatow, żeby znieść

niespodziankę istnienia.

 

 

In terra

Celem życia jest: w swojej małej jednostkowej duszy

odbić jak najwięcej kosmosu.

                       Henryk Elzenberg: Kłopot z istnieniem.

O, drzewa! Jesiony, dęby, wiązy, świerki,

topole, brzozy, sosny i modrzewie!

Kto wasze imiona wymawiać będzie czulej,

kiedy stąd odejdę? Siostry moje  – jarzębiny, dzikie

róże, czeremchy, kędzierzawe tuje i rajskie jabłonie

w świetlistym korowodzie kroczące tuż na mną

razem z Orionem, Plejadami i Wielkim Wozem.

Pokochałam tu drzewa i gwiazdy, pierzaste konstelacje

ptaków i mgły wodzące mnie na pokuszenie

wśród bezlistnych gałęzi przedwiośnia. Pokochałam

łagodność bezdomnych psów i blade świecidła rzek

w cieniu przybrzeżnych szuwarów. Za darmo

dostałam tę piękność – senną i niezmierzoną:

żagiew słońca nad karawaną wzgórz i bujność traw,

i chmury pielgrzymujące po niebie ku zwodzącym je

horyzontom. Nie dbam o siebie: jestem jak gałąź, 

schnąca na skulonym krzewie jałowca.

Mogłabym tu zostac między wami – drzewa,

tańczące na wietrze swój ukorzeniony taniec.

I wścibska sójka mogłaby odprawiać poranny balet

na moim znieruchomiałym ciele. Ale odejdę, wiem,

zamieszkam pod ziemią, w ciemnym lapidarium.

Kamień mnie będzie kołysał i zgasłe litery

mojego imienia ktoś kiedyś może odczyta,

wrośnięte w moje kości. Wy jednak – nie odchodźcie,

drzewa, od mego grobu. Może zmartwychwstanie

dla was chociaż ten szept uwielbienia, gdy, wpatrzona

w wasze święte korony, powtarzałam:

In terra, in terra est celum meum.

 

 

Wróbel

I znów mam cię w garści, wróblu,

wieczna tajemnico, podczas gdy tłuste gołębie

oczywistości spacerują bezkarnie po dachu.

Jesteś, o mój wróblu, odnawiającą się wciąż

tęsknotą za poznaniem doskonałym i dziś - który

to już raz – prawie wiem, co chce powiedzieć mój

język, gdy mówię: ja, ty, pojednanie, Bóg.

Boska miłość ma kształt pędzącego

za oknem pociągu krajobrazu – z sosnami,

brzozami, wzgórzami i dziurawą kołderką

śniegu, okrywającą przedwiosenną ziemię.

No i z tym wysokim niebem, które musi sięgać

Twoich stóp, Panie. A przecież

ten zmyślny wróbel, co był przez moment

w mojej dłoni, już odleciał na dźwięk Twego,

Panie, Imienia. I nadal nic nie wiem o tej

nieskończoności, otwierającej się tuż za progiem

mego serca. I czym jest nieśmiertelna dusza,

którą widać zaledwie mgliście we wróblim

porywie, gdy całe stworzenie chwali Ciebie,

Panie, ani trochę nie wątpiąc w Twoją wszechmoc.

Bo tylko daremna wzniosłość moich ust

nie nadąża w świergotach za resztą świata.

 

 

Góra Karmel

Katarzynie

Im dłużej żyję, tym bardziej świat

rozpada mi się na okruchy. To w nich

muszę szukać skarbów. Można długo iść

i niewiele zobaczyć, można stanąć w miejscu

i zostać wybranym. Wtedy

zlatują się do ciebie najświatlejsze umysły

wszech czasów i wstępują na górę twojej

samotności. Stukają w ścianę ciemności,

jaka cię otacza i próbują powiedzieć,

co się kryje za nią. Dziś stukał do mnie

Michał Anioł, wczoraj święty Jan od Krzyża.

Niewiele zrozumiałam z ich pouczeń,

choć każdy z nich przydźwigał własny dar

przetrwania. Kto przyjdzie jutro i pojutrze?

Zaglądam przez szparę w ścianie

i widzę jakby organy ze światła. A obok

Jan Sebastian Bach tuli do piersi partyturę

swoich Kantat.  – Wiesz  -  mówi  -  TAM

anieli je śpiewają. Ty także zabierz ze sobą,

coś najlepszego wynalazł. 

Długo się zastanawiam i pokazuję mu

gładki biały kamyk, podniesiony kiedyś

      z nadmorskiej plaży.

 

 

Konfrontacja

Ile kobiet i dziewcząt mieszka we mnie?

Spotykają się przecież od lat w mojej krwi.

A więc napierw ta ja – dziewczynka – z krótką

grzywką, tuląca do siebie łaciatego kota na spłowiałej

fotografii i nieznana mi prababka z Wilna,

błagąjąca przed obrazem Ostrobramskiej

o cud poczęcia. Jeszcze śniada ogrodniczka

z pełnej słońca Toskanii i roześmiana hafciarka

z kamienistej uliczki w Sozopolu. Cygnka,

wędrująca z taborem drogami podkarpackich

dolin i ta dziwnie skryta święta Teresa

od Dzieciątka Jezus, modląca się do Boga

słowami swoich wierszy. Może jeszcze

żydowska matka spalona razem z dziećmi

w Birkenau i uczennica z Biesłanu, zabita podobno

przez pomyłkę. Mam swoje krewne i znajome

w górach i na pustyni, nad brzegami mórz

i wśród sadów Mandżurii. Nocami

rozmawiam z nimi szeptem, a one powierzają mi

wszystkie sekretne myśli, których nikomu

nie mogę wyznać. Moje serce bije jednak wtedy

dwa razy szybciej, ażeby zdążyć podzielić się z nimi

tym życiem, które im jestem winna.

 

 

Spadek

Historie. Opowieści ważne

i mniej ważne. Czy tylko to

pozostawimy w spadku swemu Bogu?

Przygody dzieciństwa, rozterki miłosne, podróże,

niezwykłe spotkania, choroby, wojny?

Wszystko zapisane na milionach kartek,

zaszyfrowane w elektronicznych trzewiach

komputerów. A mój palec wskazujący,

złamany siodłem przez narowistą klacz – Wysoką? 

Całkiem głuchy dalmatyńczyk – Limo,

przywoływany w nocy latarką? Trzyletnia Klara,

pędząca na rowerze w mglistą niepojętość?

Jeśli o nich opowiem,

czy ktoś uśmiechnie się lub zapłacze,

oglądając ich potem w kosmicznym serialu?

Czy staniemy się po tysiącleciach jedynie

gorzką baśnią, jak losy Gilgamesza, walki herosów

z Iliady i Odysei? Mój palec zastąpi piętę Achillesa,

głuchy pies –  konia trojańskiego, a Klara –

piękną Helenę, którą pokocha może jakiś

bardziej wierny Parys.

 

 

Odwrót

 

Zapodziałam się w sposobach.

Sposobach bycia sobą. Dla każdego

miałam osobną siebie, wyprasowaną

gorącym żelazkiem finezji. Wybaczcie.

Wracam do początku. Kiedy i mnie stwarzał

raz po raz zakwitający kwiat, a kamyk na drodze

był darem kosmosu. Będę mówić

tylko rzeczy najprostsze: chleb, nadzieja, ból,

radość. Mało zostało mi czasu. Muszę być taka,

jaka jestem. Znaczy: uparta.

Wierzę w wieczność otwartą skrzydłem jaskółki.

W nieskazitelność tęsknoty. W brzozę, 

ulatującą w niebo listeczkami objawień.

I w śmiertelność wszystkiego, co gdzieś, kiedyś,

musi przecież zmartwychwstawać.

Znów obracać się w dziecko. Zaszczepiać duszą.

Choćby najskromniejszą. Choćby bezwiedną.

Bo tylko ona przetrwa butne babilony.

 

 

Wiersze ze zbioru Z księgi przejścia

 


 

Adriana Szymańska – poetka, eseistka, krytyk literacki  -  urodzona w Toruniu (1943), od roku 1970 związana z Warszawą: w latach 1979-87 prowadziła dział poezji w SW „Czytelnik”, w1987- 2007 pisała o poezji do „Przeglądu Powszechnego”; nadal publikuje prace krytyczno-literackie w „Nowych Książkach” i „Toposie”. Jako poetka tłumaczona na wiele języków, obecna w antologiach zagranicznych, uczestniczka festiwali poetyckich w Europie i USA (International Writing Program w Iowa City, 1997). 

Debiutowała zbiorem wierszy „Nieba codzienności” (1968), następnie wydała kilkanaście tomów poetyckich, w tym „Nagła wieczność” (1984), „Kamień przydrożny” (1993), „In terra” (2003), „Wtedy-dziś” (2010).  Opublikowała też dwie powieści autobiograficzne „Święty grzech” (1995) i „Ta inna ja” (2008), dwie książki prozą dla dzieci oraz notatnik amerykański  „Dziedzice i barbarzyńcy” (2007) i zbiór szkiców o poezji współczesnej „Księga objawień i inne lektury” (2012) . Jej najnowsza książka to zbiór wierszy „Z Księgi Przejścia” (2017).                                              

Pin It