Julia Książek - wiersze

 

ksiazek julia

 

 

SPRAWA SOPHIE SCHOLL

 

Zmarnowałaś swoje piękne możliwości

Tak kochana, możesz się nie zgadzać,

ale ten świat jest oparty na prawdzie

i porządku

nasi sędziowie to opoka państwa

Kontekst sytuacyjny zazwyczaj odkrywa prawdę o człowieku,

ale w Twoim przypadku

zbyt wiele niewiadomych, a tylko jedna pewna:

nie godzi się złamać cały Naród za jednego człowieka

Nie chciałaś zrozumieć, że polityka nie jest snem filozofów

w istocie w tym nie różni się wiele od życia.

Ale wróćmy do sedna sprawy

To wielka szkoda

rodzice będą płakali, zrobiłaś nam złą sławę w świecie

zachodni sąsiedzi patrzą na nas inaczej

chociaż tak naprawdę wiemy, że wszystko im jedno

Bo widzisz Sophie, nikogo nie wzruszy Twój los

Oczywiście będą pisać (wszyscy mamy tyle do powiedzenia)

ale w gruncie rzeczy,

(który okazał się Twoim grobem)

znikniesz jak proch, może trochę dłuższa będzie informacja w czasopiśmie

wydawanym niezmiennie od tysiąc dziewięćset osiemnastego roku

kiedy to innym grały marsze polowe

na szczęście nastały nowe, lepsze czasy

I On buduje wspaniały świat

Tak więc odchodzisz, żegnaj, niech Ci Bóg wybaczy winy,

bo jak doskonale pamiętasz – Gott mit uns

 

Wlekli ją po korytarzu, tak widziałam,

jakie to było straszne, proszę Pana

a ten sędzia – potwór, prawdziwy kat, demoninczny,

ręce mi się trzęsą

ona taka biedna, tak zwykła dziewczyna,

tyle krwi, skrócić o głowę, przecież musiało być tyle krwi

miała tyle marzeń, zawsze uśmichnięta, tak jak ci jej przyjaciele

Boże jakie to straszne, przecież to jeszcze dzieci,

tak, straszne czasy, może mi Pan wierzyć

Że ja byłam wtedy w Monachium? Tak, byłam, ale co miałam zrobić,

takie były okoliczności, nie ma Pan pojęcia,

system totalitarny, mój mąż tylko wykonywał rozkazy

to absurdalne, któż mógłby się opowiadać za takim bestialstwem?

Nie, nie wiem, nie rozumiem

że byłam naczelną lokalnej gazety?

Tak, znów się Pan nie myli,

ale ja o tej sprawie nic nie wiem, a Bóg mi świadkiem, że nie kłamię.

 

 

PONCJUSZ

 

Jakże cuchnąca ta prowincja Judea

Gorzej nie mogłem trafić, a wystarczyło trzmać gębę na kłódkę.

Nie wychylać się zbytnio, słuchać boskiego Cezara

ale dość już tego użalania się nad sobą.

 

Dziwna sprawa – oto Człowiek,

jakby głos pokolenia, unosi się nad swoją mową

Trudno jest z Nim rozmawiać.

 

On? Rewolucjonista?

te słowa nie zakłuwają w kajdany.

ma w sobie coś niepokojącego, mówi miarowo, pewnie

takie rozszerzone źrenice, czyżby ze strachu, nie

mów dalej – myślę,

oczy – nie z tego świata

słabo mi, niewolniku przynieś wody.

 

Stoi i mówi o władzy, która jest ponad nami

Mówię mu: ja uoasabiam władzę na Tobą

i już naprawdę nie wiem, czy to z powodu zmęczenia

czy też innego czynnika osłabiającego świadomość

zadaję mu pytanie:

cóż to jest prawda?

I szybko odwracam głowę, odchodzę

nie słucham odpowiedzi

głupie pytanie, tak, prawda

 

w owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta

 

moja prawda dotyczy mojego życia, tego tłumu,

który mnie nienawidzi

o bogowie, tak duszno, skąd taki upał

dość, dość, On jest niewinny, muszę go uwolnić

ale pamiętam przecież po co tu jestem

kończmy tę sprawę, szybko, muszę odpocząć

ten tłum nienawidzi go prawie tak bardzo jak mnie

 

jakże mi to wszystko jest obojętne

gdyby oni wiedzieli

gdyby boski Cezar wiedział

ale ta myśl natrętna, krwawiąca z rany

gdzie jest moja prawda

 

nie mogłem Cię uwolnić,

próbowałem

przeklęty naród, przeklęta ziemia

 

mam ukrzyżować króla waszego?!

 

musiałeś zginąć

wszystko wybrzmiało jakby zaplanowane

zapisane, teraz czuję to,

krew broczy z rany

może gdybym wiedział, o Człowieku

że za trzy lata i tak stracę urząd

utraciwszy zaufanie niezbyt boskiego już Cezara

to może w innych okolicznościach

gdybym wiedział cóż to jest prawda

to może

gdybym znał fakty

proszę wybacz mi

 

wszystko skończyło by się inaczej

wszystko skończyłoby się inaczej

 

prawda?

 

 

 

PACJENTKA

 

"Myślałem o samobójstwie. Powstrzymywało mnie tylko to, że nikt, absolutnie nikt nie wzruszy się

moją śmiercią, że w śmierci będę jeszcze bardziej samotny niż w życiu."[1]

 

Jean Paul Sartre

 

 

Zapadanie się w rozpacz

nie zdarzenie, które wypada z okręgu myśli

ale wytrawna potrawa,

kły wbijane pod skórę

od środka

 

moja osobista apokalipsa

już dawno się rozpoczęła

czterech jeźdźców zsiadło z koni

rozluźnili popręgi

i nie tylko koniom było jakby lżej

 

permanentna obsesja

wszystkich liści i kropli

dlaczego te ściany są tak wydrapane

muszę błagać o każdy oddech

śnieżyca przychodzi niespodziewanie

przegryza mi gardło

tylko chwila i już nic

na zawsze nic, kwadratowe ściany

okrągłe podłogi

od jutra już tylko pustka

brakuje mi liści jesionu

odnajdę moje krople krwi.

 

 

[1]"Mdłości", 1938, (fr. "La nausée"; tłum. Jacek Trznadel)

 

 

 

Pin It