Wiesław Fałkowski  –  wiersze

 

 

falkowski wieslaw

 

 

Kolorowe sukienki


powiedz miły
w której sukni mam
na twoim pogrzebie
zatańczyć


czy w tej zielonej
co miałam ją wiosną na sobie
kiedy młode pędy winorośli
szukały
razem z nami
namiętności w słońcu


czy
w tej złotej
co brałeś mnie w ramiona
w łanach żyta
pieściliśmy się skrycie

a może w tej niebieskiej
z chabrów tkanej
co ją latem
dla ciebie włożyłam
kiedy boso szliśmy
przez wieś
w niedzielę do kościoła
trzymając się za ręce

a wiesz
mam jeszcze tę szarą
pamiętasz
napisałeś wtedy wiersz dla mnie
a ja płakałam
bo myślałam że dla innej piszesz
a ty spojrzałeś w oczy
i pocałowałeś

a czarną żałobną

nie
tę czerwoną włożę
w niej dla ciebie zatańczę
pamiętam
powiedziałeś kocham
dałeś mi wtedy
kwiat
ze skórek pomarańczy

 

 

Kwiaty pomarańczy

 

w gajach

na zboczach

białe kwiaty pomarańczy

sypią płatkami jak śniegiem

który przecież

na Costa Blanca nigdy nie pada

 

później

w gorącym słońcu Andaluzji 

dojrzewają dorodne owoce

 

uczucia dojrzewają tak samo jak pomarańcze

potrzeba im

namiętności lata i oziębłości zimy

orzeźwienia nocy i blasku dnia

światła i cienia

 

tak

ludzie dojrzewają jak pomarańcze

choć chętnie skrywają się w cieniu

rosnących wokół żywotników

chroniących ogrody przed wiatrem

duszę przed melancholią

 

 

Medycyna nienaturalna

 

urodzony marzyciel

optymista

zodiak ryba

 

potem ogarnęło mnie

życie

wielkim prześcieradłem zdarzeń

zakrywając

młodzieńcze wzwody

 

zapomniałem

po co się urodziłem

 

nauczyłem się czytać

czytać i kłamać

 

nie

kłamać i kraść

nigdy się nie nauczyłem

 

pamiętam

co się zdarzyło sześćdziesiąt lat temu

a nie pamiętam czy się wysikałem

i którą ręka muszę zgasić światło

 

odrywam wzrok od lustra

 

będę żył 

dzięki postępowi medycyny

jakiś czas

 

poproszę o tabletkę

chcę sobie przypomnieć

po co

 

 

Skradziona zieloność traw,
skradziony kawałek nieba

 

zaledwie wczoraj

najdalej wczoraj

przykładałem ucho

do wilgotnej ranną rosą trawy

by nasłuchiwać o wschodzie słońca

o czym szepczą podziemne owady

 

a ta trawa która była

czy nadal jest zielona

a ten wiatr który wiał

a jaki teraz wieje

a to niebo które było

czy nadal jest błękitne

a woda która była

a woda zimna i czysta

 

ktoś skradł nam

zieloność traw

czystość zimnej wody

błękit nieba

i nagle przestaliśmy wierzyć 

w świętego Mikołaja

i przeklęliśmy świt

i dzień

i noc

i straciliśmy nadzieję…

 

uginam z trudem kark

pochylam nisko głowę

aby posłuchać jeszcze raz

o czym szepczą podziemne owady

teraz

i na wieki wieków

po zachodzie słońca

w środku gęstej nocy

 

 

Z​ ​cyklu:​ ​Obrazy​ ​nienamalowane 

Obraz​ ​I​ ​-​ ​Kiedy​ ​nagrodą​ ​są​ ​łzy 

 

wokół​ ​się​ ​szerzy​ ​kicz 

w​ ​szyderczym​ ​uśmiechu​ ​zęby​ ​szczerząc 

szwarc​ ​mydło​ ​powidło 

w​ ​poszukiwaniu  

doznań​ ​estetycznych​ ​wyższego​ ​rzędu 

powoli​ ​przechodzę​ ​na​ ​druga​ ​stronę  

w​ ​sferę​ ​symboli 

warstwę​ ​domysłów 

niedomówień

szukam​ ​piękna​ ​w​ ​literaturze 

muzyce​ ​teatrze 

nade​ ​wszystko​ ​w​ ​malarstwie 

(subtelnie​ ​i​ ​z​ ​wrażliwością 

namalowany​ ​obraz 

pozwala​ ​zagłębić​ ​się​ ​w​ ​podtekstach 

raczyć​ ​się​ ​niedopowiedzeniami) 

chłonę​ ​nie​ ​tylko​ ​wzrokiem 

odczuwam​ ​przez​ ​skórę 

oglądam​ ​całym​ ​sobą 

fakturę​ ​kolory​ ​kompozycję

portret​ ​cudownej​ ​urody 

przyciąga​ ​uwagę​ ​atrybutami​ ​kobiecości 

spuszczone​ ​powieki 

namiętne​ ​usta 

niesforne​ ​kosmyki​ ​włosów 

ramiączka​ ​i​ ​koronka​ ​stanika 

wzbraniający​ ​palec​ ​prawej​ ​dłoni

ta​ ​twarz​ ​młodej​ ​dziewczyny 

to​ ​wyłania​ ​się​ ​to​ ​wtapia 

w​ ​rozmazane​ ​mroczne​ ​tło 

granatową​ ​noc​ ​nieprzeniknioną 

majaczą​ ​gałęzie​ ​drzewa  

może​ ​to​ ​krzak​ ​głogu 

na​ ​grobie​ ​Tristana 

nagrodą​ ​są​ ​łzy​ lśniące​ ​jak​ ​perły 

zapomniane i nienamalowane

 

 

Z​ ​cyklu:​ ​Obrazy​ ​nienamalowane 

Obraz​ I​I​ ​- Klamka zapadła

 

trumna stała w zupełnej ciemności

wsparta na czterech taboretach

leżałem w trumnie

ja czyli mój trup

głowa wsparta na koronkowej poduszce

dłonie splecione

 

z braku innego zajęcia

i przenikającej martwe ciało

ciemności i ciszy

wymyśliłem obraz niedomkniętych drzwi

 

smuga światła

zamiast smugi cienia

błysk srebrno-złoty 

na mosiężnej klamce

i w dziurce od klucza

(ciekawe dlaczego w zamku

nie ma klucza)

 

wtedy

zupełnie niespodziewanie

przez szparę przy framudze

wyszła z pokoju

(jak gdyby nigdy nic)

moja dusza

jak ćma do światła

 

 

Droga do Gibraltaru

Domingo – pamiętaj, by dzień święty święcić

 

idę mozolnie pod górę

rozgrzaną słońcem ulicą

jak najbliżej domów

próbuję ścierać z białych ścian

resztki chłodnego cienia

 

mieszkania otwarte na ulicę

zaglądam dyskretnie nieśmiało

sjesta 

nikt na mnie czeka

nikt mnie nie zawoła

nawet psy nie szczekają

cisza

cykady też milkną

widocznie nie warto grać

dla zasłuchanych w siebie

 

w ogrodach przydomowych

kolorowe kwiaty

egzotyczne drzewa

bananowce figi kaktusy

kwitnące krzewy

nie wiem jak nazwać wszystkie te kolory 

błękit nieba dominuje

woda w morzu zielonkawa

połyskuje złotem

zieleń drzew palm i traw

często skrywa ugier

beż - rozżarzony słońcem 

przypalonej ziemi

 

trąciłem czubkiem buta

brązowo-brunatne

strzępy kokosowej palmy

na grafitowym chodniku

 

smutny kontrast

z otaczającym mnie

kolorowym urokiem

andaluzyjskiego miasteczka

 

patrząc na kwiaty

przestałem myśleć o tym 

dziwnym czymś

splątanym jak mój cień

kroczący obok mnie

tego upalnego popołudnia

po hiszpańskim betonowym bruku 

 

kwitnące krzewy 

feerią barw wszelakich zaskakują

tinto to czerwień wina

tę łatwo poznaję

wino i kwiaty pachną równie upojnie

i zmysły sycą tak samo 

 

spragniony w małym miasteczku

słonecznej Andaluzji

krainie wina oliwy

dojrzałych pomidorów

kwitnących pomarańczy

szukam bodegi

 

w niedzielę zamknięte

miejscowi dzień święty święcą

kościelny dzwon bije

sjestę nagle przerywa

 

zaraz zacznie się fiesta

 

 

 

Silencio

 

przysiadła się

gdy siedziałem w barze –

obskurna knajpa życie

– pan to poeta

poznaję

najbardziej czytałam pana ciszę

 

pan 

panie poeto tak pięknie 

milczeniem opowiada

te wszystkie niestworzone brednie

o miłości nieodbytej

zazdrości pospolitej

i skurwysyństwie

 

najbardziej lubię u pana 

milczenie erotyczne

bo to mnie 

proszę pana

nastraja bardzo lirycznie

widać że się pan zna na tym

teoretycznie

 

a wie pan że upiekłam

drożdżowy placek

dla pana

ale go zjadłam

z samego rana 

sama

z miłości platonicznej

do milczenia w poezji

 

teraz już sobie pójdę…

 

i poszła lecz została

przy barze zapadła

– panie barman

daj pan dwie wódki

bo mnie milczenie ogarnia

 

 

 

Kolorowe atramenty

 

zapisane drobnym odręcznym pismem

na marginesach książki z wierszami o miłości

dziewczęce imiona...

kartki pożółkłe

atrament bladoniebieski

 

zapisane drobnymi epizodami

na marginesie życia

ledwo widoczne w blado-szarej pamięci

imiona kobiet...

litery spłowiałe

atrament blado-różowy

 

wydrapane

na korze mózgowej

jej imię...

z serca wystrugane serce

ciągle jeszcze bije

 

atrament czerwony

nie schnie

cienką strużką płynie

 

 

Opowieść o podróży z punktu A do punktu B

 

kolejny raz szedłem przez miasto

(nie lubię tych małych sennych miasteczek)

uparcie szukałem ostatniej szansy

ofert nie było

nadzieja umierała na każdym rogu ulicy

przede mną we mnie przy mnie

 

szary jak wilk

biedny jak mysz 

 

dziewczyna

ubrana w letnią sukienkę w groszki

odwrócona tyłem 

szukała czegoś wzrokiem

po drugiej stronie sklepowej witryny

rudowłosa była piękna

z niezliczoną ilością piegów

na jasnej skórze

na całym ciele

przez umysł

w zadziwiająco małym ułamku chwili

przemknęła myśl -

może uda mi się jeszcze 

umówić na kawę

 

wróciłem do punktu wyjścia

jeszcze raz zadałem sobie pytanie

czy jutro już minęło

 

rozpędzony pociąg

nie zatrzymał się na stacji

żyletka w dłoni

kąpiel gorąca

 

niedokończone marzenia

czas przyszły stał się niedokonany

 

życie przeciekające między palcami

czerwienią plamiło wspomnienia

 

 

 

Jestem Wiesław, cz. I

W poszukiwaniu utraconych imion

 

Idę przez ogród

liście już żółkną

zielenie bledną

ptaki by przeżyć

zapewne odlecą

 

nie wiem właściwie czemu

w mojej głowie przetacza się

korowód bezimiennych postaci

 

po co się trudzić

z odgadywaniem nazw

kiedy rzeczywistość istotna

która wokół nas się toczy

dawno już zagubiła sens

we właściwym nazywaniu rzeczy

poszukiwaniu adekwatnych imion

 

inteligencja leży bezwładnie na katafalku

z twardego dysku podręcznego komputera

otacza ją bezmiar informacji

trwa bezustanne przetwarzanie danych

powielanie tych samych czynności

stres wywołuje każda wiadomość –

natychmiast odebrać

odpisać odpowiedzieć zawiadomić polubić

 

obojętność obezwładnia

odrzucenie bez dania racji ubezwłasnowolnia

nadmierna czułość do zwierząt irytuje

powszechna agresja wobec ludzi nie dziwi

choć cuchnie szyderczym błotem

 

trwa ciągła weryfikacja uczuć i myśli

analiza napływających zewsząd sygnałów

zostaje tylko to co atrakcyjne

co nadaje się do budowania

wizerunku w sieci

inaczej znikniesz

rozpłyniesz się

co najbardziej bolesne

i czego boisz się najbardziej –

zostaniesz wykluczony

 

cóż jeszcze mam wymienić

by sedno spraw ujawnić

nie szukam imion nadaremno

dla ludzi rzeczy spraw ani myśli

których nie rozumiem

 

a liście żółkną jak co roku

uwolnione wiatrem spadną

i rozścielą się w ogrodach

kobiercem utkanym

w pastelowych kolorach jesieni

posypią się z drzew żołędzie i kasztany

choć pewnie nikt nie będzie ich zbierał

 

 

Jestem Wiesław, cz. II

Abrakadabra

 

Abrakadabra - wyraz bez znaczenia,

nieskończona liczba nazw, imion i rzeczy.

Odpowiedź na każde pytanie:

Co? Kiedy? 

I jak? I dlaczego? 

Skąd, dokąd?

W imię czego?

 

Ta prawda ogólnie dostępna,

niesie pociechę tym,

co nocą wytrwale klepią pacierze, 

płaczą i modlą się nie o codzienny chleb,

a o święte światło mądrości.

 

Nie wiem, czy to czasownik, czy rzeczownik,

tak daleko wiedzą nie sięgam.

Wiem tylko, 

że słowo się rzekło ustami mędrca, do uszu mędrca;

od wieku wieków, na wieki wieków;

i dźwiękiem się stało - nieśmiertelną częścią mowy.

 

Powiadają – żył w górskiej jaskini Matuszelach

tysiąc lat bez mała.

Prawda taka, że na koniec, tak jak każdy – zmarł.

O jego mądrości po ziemi fama się niosła.

Łatwo zrozumieć, bo

jego głowa była łysa jak kolano, 

broda bardzo długa, jak droga do nieśmiertelności, 

i biała, jak śniegi górskiego lodowca,

umysł jasny i czysty, 

a wzrok mętny, jak świeżo uwarzone piwo. 

 

Przybyli do Matuzala uczeni z daleka i z bliska,

usiedli u jego stóp, by posłuchać i usłyszeć,

coś czego nigdy nie słyszeli:

wypowiedziane słowo – Abrakadabra

 

A - B - R - A - K - A - D - A - B - R - A

A - B - R - A - K - A - D - A - B - R

A - B - R - A - K - A - D - A - B

A - B - R - A - K - A - D - A

A - B - R - A - K - A - D

A - B - R - A - K - A

A - B - R - A - K

A - B - R - A

A - B - R

A - B

A

 

To była cała mądrość.

To było wszystko, co miał.

To było wszystko, co mógł im dać.

To było wszystko, co chcieli słyszeć.

I każdy mędrzec zapisał treść,

i każdy z nich zapamiętał głos.

Mistyczny, tajemniczy, niezbadany,

prosto z duszy wychodzący dźwięk.

 

Potem poszli z powrotem:

ci, co byli z bliska – blisko,

ci co byli z daleka – daleko. 

Każdy po swojemu o tym opowiedział.

Podał dalej, jak danie na talerzu,

przyprawione komentarzem,

każdy głodny głupiec mógł

przy stole usiąść i to danie zjeść.

 

Powstały o tym księgi potężne i wielkie;

było ich tyle, co jesiennych liści spadających z drzew,

każdy z liści niósł naukę niezwykłą, prawdziwą.

 

Matuzala już nie ma

i książek o nim także brak,

w pamięci dziury wywiercił czas,

a ślady piaskiem zasypał wiatr.

Mądrość przetrwała uświęcona i cenna, 

w Abrakadabrze dostojnie pobrzmiewa,

jak starodawny, kołyszący się dzwon.

 

Lubię to słowo dające ludziom nowe imiona,

a każdej sprawie i każdej rzeczy ogólniejszy sens.

 

 

Jestem Wiesław, cz. III

Interregnum

 

chcę być wolny

w płynnym społeczeństwie

chcę być wolny i odpowiedzialny

za samego siebie 

egoistycznie i świadomie

zapominam o najsłabszych

odrzuconych nieprzystosowanych kalekich

wygnanych i opuszczonych

autsajderach i uchodźcach

biednych i bezdomnych

tajemniczych przybyszach z kosmosu

i o duchach zmarłych

odwracam się od nich 

odgradzam wysokim murem

zatrudniam strażników

policjantów mojej wolności

instaluję alarmy

zamykam granice

opędzam się bezustannie

szczerzę zęby i zwierzęco warczę

czując zapach obcych

sfrustrowanych ofiar

pozbawionych nadziei

 

świat staje się coraz bardziej pokruszony

jak roztrzaskane zwierciadło

historia to niekończące się

opowiadanie bezsensownych epizodów

kultura i sztuka poddana

chwiejnej zmienionej interpretacji

umiera razem z nią

 

jestem oburzony

wiem doskonale czego nie chcę

ale nie wiem czego chcę

bez ambicji budowania ładu

czekam na zmiłowanie

które miało nadejść z góry

nie będzie ani rewolucji

ani boskiego miłosierdzia

 

zapatrzony w siebie

uwięziony w rynsztoku stratyfikacji

tracę nadzieję że kiedykolwiek 

stanę się prawdziwie wolny

 

 

 

Pin It