Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 

 

NIĆ PAJĘCZA WĘDRUJE…

 

Nić pajęcza wędruje pochmurnym sonetem.

Rozgryźć świt. Byle do krwi na kamiennych wargach.

Płatek róży zgasł sucho jak ostatnia skarga.

Mówię do was z oddali. Odziana w muletę.

 

Prawda bliższa o konkret tej dłoni z lancetem.

O sieć rybacką zmarszczek co ocean targa.

Jakże kurs wyprostować… Dryfująca barka.

Milczy bezradne srebro ostatniej monety.

 

Połóż dłoń. Nieobecną a zwabioną mrokiem.

Tylko piersiom daj ulgę na oddech szeroki.

Sen na lustro zamienię. Codzienna nadzieja.

 

Biegnie dzień w dekoracji od mister Yardley’a

- jeden krok by wyprzedzić – niewątpliwie zdążę…

W zielonym zmierzchu czuwa fałszywy pieniążek.

 

 

OD KSIĘŻYCA DO SŁOŃCA

 

Od księżyca do słońca oszalałe konie.

W czerwonych grzywach osty. Na pamięć wolności.

Zeszłoroczne kopyta po drewnianym moście

zardzewiały cieniutko naprzeciw pogoni.

 

Jeszcze horyzont grzbietu lemieszom w pokłonie

i aksamitne nozdrza w uzdę cierpliwości.

Zanim w gorących kłosach ziarenko radości,

zanim stromym topolom posiwieją skronie.

 

Pod konarem obłoku do mnie nachylonym

w krwi oratorium zliczam moje, nasze plony

z wtórnych nobilitacji. Z popielnych feniksów.

 

Stylowy szał legendy. Cień Apokalipsy.

Liturgia kontestacji. Antynomie świata.

Dzień na śmierć się zaorał w monologu bata.

 

 

NA ŚMIERĆ „CUTTY SARK”

(21.05.2007)

 

O, jak wzniosła i piękna śmierć poezji bywa…

Ach, jakże w ogniu może być widowiskowa…

Majowy świt nad Geenwich. Godzina przypływu.

Żaglowiec w suchym doku i – dwa szkockie słowa.

Na gwiazdy – jak majtkowie – wspięły się płomienie.

Na dziób. Gdzie w kusej szatce wiedźma z poematu

Burnsa (stąd kliper szkockim nazwano imieniem –

tę wiktoriańską puszkę na chińską herbatę).

Z oceanów – po wieku – na morze ogniste.

Pełna żaru agonia na płomiennej fali.

Majestat wdymowzięcia. Zaraz potem – zgliszcza.

Trumna kadłuba. Przeszłość spopielona… Ale

      może powyższy tytuł dałby powiew ulgi

      w polskiej translacji: Na śmierć „Frywolnej Koszulki”…

 

 

NIEPOKÓJ

 

Niepokój w obcych dłoniach… Jesteś? Jeszcze jestem…

Koń na biegunach strachu. W galerii milczenia

krwi. W zakamarkach ciszy wiatr skamieniał

- jedno skrzydło zaledwie umknęło z szelestem

 

głodnych włosów. Warg martwych w grymasie protestu

przeciw wargom o słowach jak struny płomieni.

Przeciw oczywistości pustego spojrzenia

pod laurowym wieńcem. Wreszcie – przeciw gestom.

 

Wierszu, ptaku płochliwy. Mój niejasny Boże,

nie bądź mi sędzią. Ale jeśli tylko możesz

- niewidzialnym suflerem aż do epilogu

 

zim i wiosen. Też dla tych co ledwie przed progiem.

I tych co na księżycu burzą kretowiska.

…I za tych co na morzu. I na wrzosowiskach.

 

 

SNY

 

Najstraszniej jednak nocą w nagłym przebudzeniu.

Gdy konie galopują strugą krwi podskórną,

a wszechobecna ciemność przemyślanym szturmem

chwyta w śliskie objęcia zdyszane milczenie.

 

Ten nagły skurcz pod sercem. Czarny kadr wspomnienia.

I znowu krew na wargach w kolorze anthurium,

Chociaż sprawę łagodzi fałszywym nokturnem

groźny pazur księżyca. Wyłamany z cienia.

 

Nic, że snu ośmiornica wpełza pod powieki.

Jest przecież rzeczywistość batystowo lekka

- tylko pochwycić w cugle skrzydła wyobraźni.

 

Północ na krzyżu okna rozpięta wyraźniej.

Lecz w lekkim mroku strachu milczenie jak kamień

i o milion lat świetlnych obok męskie ramię…

 

 

KOŁYSANKA DLA NAS

 

Jest zwykle jakieś niebo pogodę wróżące.

Jest najzieleńsze drzewo. Jego szept nad domem

z miłości jak jaskółcze gniazdo ulepionym.

Radosny czas dzieciństwa pod bezpiecznym słońcem.

 

I jest szyderstwo losu. I modlitw daremność.

Tracisz niebo. I drzewo. I dom. I nadzieję.

Historia – ironistka przewrotna szaleje

nigdy nienasycona człowieczym nieszczęściem.

 

Gniew. Lęk. I nic co ludzkie… I spalone mosty.

Umieranie z rozpaczy, tęsknoty i żalu.   

Więc nim ludzkość się znowu w obłędzie pogrąży -

 

przez horyzonty śmierci i krwi drogą prostą

wracaj do siebie.  Trafisz szukając wytrwale.

Zdążysz przypomnieć swoje niebo. Może zdążysz.

 

 

TRIADA

 

Anioł biały – bo zwykle ratunku szukamy

w rozbrajającej ufność barwie niewinności –

staje w odrzwiach szpitalnych. Zamkniętych na oścież.

A my z gardłem ściśniętym, w którym więźnie lament,

 

zaplątani w receptach na życie. Pytamy

o szanse naszej wiary. Nadziei. Miłości.

Anioł z wykrochmalonej mgły szepce: najprościej

zapomnieć o tej triadzie. Więc zapominamy.

 

Nieskuteczne kroplówki. Transfuzje. Remedia

przecież niegdyś sprawdzalne. Nie ma nic z niczego.

Mdli słodycz suplementów – tylko łza wciąż słona.

 

Na afiszach nie-boska czy boska komedia?

Bo coraz bliżej brama z sentencją Dantego,

gdy płacząc w niebo gasnę. W samotność wtulona.

 

 

A MY WCIĄŻ ZAWIESZENI

 

Nasza jesień wybuchła nad światem jak bolid

przemieniając nadzieję w złoto. Popatrz, drzewa

odchodzą z dróg najprostszą w głąb ciszy po słowa

o powrotach. Bo wierzymy w powroty z niewoli.

 

Bosy świątek kamienny w nieochrzczonym polu

wlecze pod garbem klęski cień nowego siewu.

A my, rok w rok niestali, przeszczepieni gniewem

zacałujemy oczy płaczącym topolom.

 

Będziemy kochać liście żółtym umieraniem.

Do piersi przygarniemy z szelestem rozstania

gdy zwiną się przed zmierzchem, by nie dożyć świtu.

 

Spopieliło nam jesień jak wiersze sanskrytu.

Z ostatnim drzewem ciepłe gesty uleciały.

A my wciąż zawieszeni u tarpejskiej skały.

 

 

TAM

 

Z zapomnianych na moment wygód kontynentu.

Z pejzaży rozkwieconych i wysokich lasów

- magicznej zawierzając mocy – za zakrętem

losu wpadam w islandzkie odwrócenie czasu.

To oszałamiające skalnych form szaleństwo

zewsząd. Od horyzontu iskrzący lodowiec.

Skrajem lawy ostrzega przed niebezpieczeństwem

znak zakazu pędzenia baranów i owiec

szutrową autostradą. Ale my – dwunożne –

w samochodzie wytrwałym z napędem na cztery

koła, ryzykujemy. Byle dotknąć groźnej

przestrzeni wzrokiem. Byle wspiąć się do krateru.

      Niech płonie wrzącą sagą tamtych epok niemych.

      Niech rozpala pragnienia ogniem. Nim zgaśniemy…

 

 

ISLANDERY

 

Na martwych w marcu łąkach i na polach lawy.

Na pustce interioru. Więcej niż zwierzęta

- konie. Piękne. W nordyckich zapisane sagach

na równi z wikingami. Najwytrwalsze. Święte.

Dotąd gdy w parlamencie niezgoda, to zgodnie

oponenci głosują – niech konie rozstrzygną.

Kiedy tu stoję, obca, podchodzą łagodnie.

Pierwotne. Z iskrą w oku pod rozwianą grzywą.

Lśniąca w stołecznym deszczu rzeźba Sigurjóna

Olaffsona – rodzimy hołd dla islandera:

nie rozhukany ogier, tylko umęczona

juczna klacz ze źrebięciem. Zdyszana do teraz.

     Ten przyjazny, w którego grzywę wplatam dłonie

      Będzie pamięcią wiatru. Czasu. Tamtych koni.      

 


 

 

Krystyna Konecka – poetka, dziennikarka, fotoreporterka – urodziła się w Dobiegniewie, w    rodzinie repatriantów z Wileńszczyzny. Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Autorka ponad dwudziestu książek, specjalizuje się w sonecie. Debiutancki zbiorek pt. „Sonety codzienne” wydała w Katowicach w 1978 r. Następnie m.in.: „Pory mroku” (1984), „Ślady na jeziorach” (1986), „”Sonety litewskie” (1988), „Znad Wilii” (1991), „Miejsca” (1994), „Cisza” (1997), „Ogrody Szekspira” (2003. W 2004 r. tom wraz z przekładami autorstwa Ewy Sherman został włączony do zbiorów bibliotecznych w Shakespeare Centre, Stratford-upon-Avon, England), „Biały kruk” (2007). Z ostatnich lat: „Szklana kula” (2013), wybór sonetów „Koneksje” (2015), „Bard ze Stratfordu. Mapa sonetów” (2016) oraz „Ultima Thule. Szepty Islandii” (2017). Wiersze były publikowane m.in. w Anglii, Indiach, USA oraz we Włoszech. Krystyna Konecka wydała też dwie książki reporterskie z podróży na Półwysep Koreański. Autorka literackich ekspozycji fotograficznych (w Polsce – Warszawa, Poznań, Zielona Góra, w Wilnie i w Anglii) laureatka nagród twórczych, jurorka konkursów literackich. Należy do Związku Literatów Polskich (Oddział Warszawski), do Anglo-Polish Society w Bristolu i do Literackiej Rady Redakcyjnej przy Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu w Białymstoku.

Pin It