|
JASKRAWOŚĆ
Wysoki upalny dzień Jakby zrodzony z błyskawic od którego bieleją kościoły i kości nic się nie ukryje Pożarty został cień i gdzie my teraz zapłaczemy nad sobą a nawet zasnujemy smutkiem potrzebnym kwiatom i nam Dzień się nadaje na erotyk Na żegnanie I ukrywanie pamięci o zmarłych bogactwo dane nam za nic I po nic może żebyśmy oszaleli szybciej próbując ocalić to co dane zwariować Skręcić się w niemocy Udławić i umrzeć ze zrozumienia I dumy że to wszystko jest w nas
Impresja
Przez zygzaki zielonych trzcin przedzieram się do błękitu morza tyrreńskiego to była niebieskość od której zwariowałem i o której zapomniałem to co zostało na przydrożnym kiju figowym było zalążkiem przyszłych liści na drzewie drzewa nie zobaczę nie zobaczę wyrosłych liści pozostało przedzieranie się przez zygzaki trzcin
Człowiek
Są chwile które uznać powinniśmy za święte jednym zdarza się to po raz pierwszy inni potrafili się już przygotować
moim pierwszym doznaniem Świętości było ujrzenie twarzy pośród murów Watykamu ten moment trwa tam wiecznie Mój moment nie opiszę tego nie chcę nie umiem w oknie pokazał się Człowiek dla mnie była to chwila oświecająca jak opłatek starczyło jej na całe życie
Pamięci Jana Pawła I I
Głęboki i rozległy kosmos A tajemnica spalająca planety I nas udaje że lubi pobożną zwyczajność Tymczasem obdarza niektórych mądrością która pomaga zrozumieć Że zanim zostanie się świętym
Trzeba umieć zostać człowiekiem

W chorobie
Pytają czy widziałeś w tym roku zieleń tak przyniosła mi bukiet żona ale czy widziałeś żyjącą zieleń opisują kolor trawy krzewów i zalążków liści
czy widziałeś sam czy byłeś na świecie widziałem przez okno zapytałem czy była już jesień zieleń za oknem była jakby owiana czernią
* * *
Dziwią się że mówię o braku powietrza ocalającego jak cud
a dla mnie wszystko jest ostre jak piasek pustyni na której żyję toteż wszystko jest z piasku miłość przyjaźń książki teatry wystarczy czegoś chcieć i to osypuje się
żeby na chwilę oszukać siebie piszę wilgotny wiersz jest tylko dla mnie do zapomnienia
Wzorzec
Oblepiony błotem stuleci śmiechem błaznów smrodem kurtyzan i dziwek pozostawionych na deszczu Śniegu mrozie obelgami że to poeta dworski niosę swoją biedę do stajni gdzie mieszkam gdzie wolę mieszkać z dala od dworaków kabotynów i grafomanów czasem godzę się na napisanie fraszki wierszyk na pochwałę możnych poeta dworski wracam do stajni zdrapuję z siebie gówno świata
Ocalam poezję czasem widać to w czystej liryce czasem czasem plamy rosną nowe nowe poezję ktoś wymyślił nie dla oczyszczenia ale dla grzechu
NAJLEPSZYM POETĄ BYŁEM
Z cyklu: Byłem poetą
Najlepszym poetą byłem
kiedy wstydziłem się że nim jestem
płonący wstyd
nie schodził mi z twarzy
chowałem się za wiersz
jak za chwiejny płot
w pobliżu Na klombie pachniały białe róże
a nie pąsowe
coś z tamtego zostało
pokora opowiedzenia
resztki pajęczyn na twarzy
i cicha odwaga
chłopca zza płotu
mówiącego wiersz
może już wiersz
piął się z daleka zapach białych róż
DO SZTAMBUCHA
BOGUSI BOHDANOWI FILIPOWI I KAROLOWI
OD BARBARY I ROMANA
Bo tylko wierszem można zapisać
ten lipiec upalny Od blasku stężały
Na wodach Zalewu lęgła się cisza
Ptasia i lekka Leniwa jak Łabędź
Coś trwa nad wodami Powietrzem coś szarpie
Słuchamy Wzburzeni Otwiera nas skalpel
Światła świętego I coś nas odmienia
I nie wstyd zapłakać
I nie wstyd się skłonić
Znów uczysz się siebie
Wyłaniasz coś z siebie
Wyłaniasz coś z cienia
Dostrzegasz przyjaciół I jest ich zasługą
Że jasność przeżywasz Jakbyś się rodził
W dniu każdym I znów cię olśniewa
Odwaga marzenia Zapisać Cień trzciny na wodzie
Zostanie ten lipiec Upalny Głęboki
Od wody i nieba Od przelotów ptaków
Ulotność muśnięta w niebie za szerokim
Jakby czas zatrzymany Przewianie jakiegoś znaku
Chwalić Boga a nas zamknąć w wierszu
Spiętrzonym od światła I morza I lipca
Coś w nas się oddala Więc mówię pospiesznie
Że smugę nad domem
Zostawiają Tajemne podniebne skrzypce
Kąty Rybackie
|
Wiersz na modłę lat pięćdziesiątych
W gęstej ciżbie w gęstym powietrzu jak w skrzykniętym przez Majakowskiego ludzie w gęstwie ale nie poetyckiej stoją również poeci raczej okładki ich książek jest gęsto od ładu smrodu i głodu
nie lubię ciżby nie wiadomo skąd padnie cios nie wiadomo komu oddać w tłumie okładek niektórych rozpoznaje nie widzę Jesienina On gdzieś słucha ziemi poznaje wysokie czoło Grochowiaka Białoszewskiego typowego mieszkańca ulicy Poznańskiej Cygana Bursę a raczej włosy ładne miękkie i szlachetny owal Czycza piękna i chyba do wzięcia śliczność Ośniałowskiego nie widzę Broniewskiego stoi wyżej w przeznaczonej dla niego chmurze
Na prowincji walą w bębny i dmą w trąby poeci zaplecza w nim zza okładek dźwięczą zdania mądre okładki deformuje niechętny odruch ludu a ja i ktoś tam w kolejnym pokoleniu oczekiwałem że wstrząśnie ogrom jak u filomatów i filaretów
* * *
Barbara i Marta wypychają mnie w żywą zieleń której nie ma to jest to miasto ale błękit z chmurami z dzieciństwa zdejmuje ze mnie powoli naskórek delikatnie miękko jak to Błękit ale nie wszystko da się zgarnąć to co chore zostało ale owa niebieska miękkość jest może jak obietnica Ocalenia której ledwo dotknęliśmy jest jeszcze na opuszkach palców niechby to był osad czegoś choćby nieba
Las
Zawsze o późnym zmierzchu nocą pamięć lub coś w nas jest niewiadome lub to o czym wiedzieć nie chcemy lub jeszcze nie umiemy
zawsze właśnie nocą rzeczy chroniące się przed światłem ukazują sprawy ukryte zaczyna się film pierwszym obrazem widzianym z góry jest mały chłopiec stojący przy oknie patrzy jak za szybą zachodzi za lasem wielkie czerwone słońce i tak jest zawsze później zaczyna widnieć prawie wszystko zaczyna się od kobiet dziewczynka leżąca na dywanie szeroko rozłożona jak kobieta pierwsza i nie do końca wyjaśniona tajemnica ale ważna Bo wyświetla je moje dorosłe życie a dopiero później są konie które kocham moje wieczne pomyłki i winy konie różnie hodowane od karych do płowych i siwych konie mego życia kobiety aż zostaje kobieta jedna i siwy koń
Niech zdychają poeci
Stoi poeta w polu otwartym przewiewa go słoneczność nie wiadomo czy poeta się rozwija Czy dojrzewa czy czeka
pisze wiersz poeci bywają różni geniusze rodzą się na salonach inni gdziekolwiek To poznaje się po pisaniu
poeta stoi sztywny Czujny czy nadleci słowik sowa czy niwelująca wszystko ciemnym wrzaskiem wrona
poeta odziany licho lub z przepychem czasem trzepoczą na nim strzępy z tego poety nic nie będzie ubóstwo nie uczy tylko z latami mędrkuje dużo takich źle ubranych stoi na polu komunizm ich karmił kapitalizm grzebie to widać po czarnym prostokącie
Ciemny dół pomieści wielu jeśli jest ich za dużo niech zdychają zamiast straszyć na polach dusze wrażliwe
ODBIEGAM OD POETYCKOŚCI
Z cyklu: Poetą byłem
Wymknąłem się miastu rodzinnemu bo tu są groby opasujące tu są ci do których jeszcze wrócę jeszcze raz Może został dom mieszkanie
trochę książek kartek zapisanych które uczą milczenia i ciszy osiadającej jak tłusty kurz Powoli rzeczy zaniemawiają jakby głos który im nadałem i gdzie jest tyle mego mądrzenia się zrzędzenia cichnie zwęża osiada tu gdzie jestem pomyślałem że wyjazd z życia Ukryje mnie ocali krajobraz na horyzoncie
pozostały góry Osiadły miękko zapadały się pod spojrzeniem skały osypują się drzewa rozpadają się sękami w drzazgi
i jest już prawie pusto kilka małych ciemnych chmur na lśniącym płytkim niebie i już jest pusto pusto na przestrzał już wiesz że to umiera znika w tobie
zapada się w oka mgnieniu wszystko gaśnie w śmiertelnym zamroczeniu może jest ciemno i ślepo w żalu po tobie
roztopi się ślepym srebrem w twoim tylko gaśnieniu jest już ciemno
że aż srebrnie od cierpienia
Może nadzieja
Zapisać dzień Jak wiersz Topniał Jakby bladł w upale błękit przefrunęły łabędzie szybko Dwa białe odblaski Zniknęły ciemne wrażenie Niepokój jeszcze przed chwilą jadły Barbarze z dłoni i już stopiła je przestrzeń może zapadły w niebo ciekawe Czy zechcą czy ktoś im pozwoli mówić o ziemskim chlebie że podawała go nasza ręka czy będą tę jasną chwilę pamiętać to była sekunda we wszechświecie nad wodą w Kątach Rybackich w jakimś upalnym lecie powoli mijam życie minione jak niewód dziurawy się wlecze gubię miłości Domy Zdarzenia a dwa łabędzie Jak biel paląca w upale Nad wodą Płaskiej pamięci i w wielkiej ciszy Lecą
Zapobiegliwość
Tutaj Już tylko tutaj buduję świat w którym zamieszkam po śmierci będzie tam może nawet powita mnie mały złoty kwiat którego nie zadeptałem wiosną mrówka ustąpi mi miejsce na ścieżce niebieskiej nieznanej zszedłem jej z drogi kiedy niosła na plecach piękny ziemski las Gdzieś wysoko nad nami było niebo Na które nie wiedzieliśmy jak zasłużyć na razie bezpieczni bo żyjący co jeszcze zrobiłem Co jeszcze przykryłem zimą karego konia te piękne chrapy delikatne jak ciemne aksamitne kwiaty mogły skruszeć osypać się jak szron poprawiałem gniazda przewiane Prześwitujące zimnem pozwalałem odlatywać motylom były bajką Jak wiersze Nie istniały co jeszcze zrobiłem czego nikt ode mnie nie wymagał ani serce Ani sumienie co jeszcze co rozcieram w palcach to nic tę słomę światła w przestrzeni to życie moje
|