Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Roman Śliwonik

(ur. 28 sierpnia 1930 w Puszczy Mariańskiej koło Skierniewic), polski poeta, prozaik, autor sztuk scenicznych. Brat Lecha Śliwonika, rektora warszawskiej Akademii Teatralnej. Debiut literacki w 1955 wierszem Przypomnienie na łamach miesięcznika "Twórczość". Współzałożyciel i redaktor czasopisma Współczesność. Poeta, prozaik, autor słuchowisk i scenariuszy filmowych, publicysta.

Publikował: Współczesność, Nowa Kultura, Kultura, Życie Literackie, Poezja, Miesięcznik Kulturalny. Juror ważnych konkursów literackich. Główne nagrody: "Poezji" za najlepszy tom roku Z pamięci (1977); im. Juliusza Słowackiego za całokształt twórczości; Funduszu Literatury za tom wierszy Potęgowanie dramatu; nagroda Czerwonej Róży (Pierścień) za całokształt twórczości poetyckiej; nagroda Czerwonej Róży za wiersz; nagroda za całokształt twórczości Comford Meridian Polska (2003); Nagroda Światowego Dnia Poezji UNESCO 2000 za książkę Wrócic do Śródmieścia; Nagroda Władysława St. Reymonta za książkę roku Wrócić do Śródmieścia (2007); Nagroda Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego 2007; Nagroda Warszawskiej Premiery Literackiej, za tom Dom z wierszy 2007. Również w roku 2007 Roman Śliwonik został nominowany do Nagrody im. Cypriana Kamila Norwida. W 2008 roku został uhonorowany odznaczeniem Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Gloria Artis.

 

JASKRAWOŚĆ


Wysoki upalny dzień
Jakby zrodzony z błyskawic
od którego bieleją kościoły i kości
nic się nie ukryje
Pożarty został cień
i gdzie my teraz zapłaczemy nad sobą
a nawet zasnujemy smutkiem
potrzebnym kwiatom i nam
Dzień się nadaje na erotyk
Na żegnanie I ukrywanie
pamięci o zmarłych
bogactwo dane nam za nic
I po nic
może żebyśmy oszaleli szybciej
próbując ocalić to co dane
zwariować
Skręcić się w niemocy
Udławić
i umrzeć ze zrozumienia I dumy
że to wszystko jest w nas



Impresja

Przez zygzaki zielonych trzcin
przedzieram się do błękitu morza tyrreńskiego
to była niebieskość
od której zwariowałem
i o której zapomniałem
to co zostało na przydrożnym kiju figowym
było zalążkiem przyszłych liści na drzewie
drzewa nie zobaczę
nie zobaczę wyrosłych liści
pozostało przedzieranie się
przez zygzaki trzcin



Człowiek

Są chwile które uznać powinniśmy za święte
jednym zdarza się to po raz pierwszy
inni potrafili się już przygotować

moim pierwszym doznaniem Świętości
było ujrzenie twarzy pośród murów Watykamu
ten moment trwa tam wiecznie Mój moment
nie opiszę tego nie chcę nie umiem
w oknie pokazał się Człowiek
dla mnie była to chwila oświecająca jak opłatek
starczyło jej na całe życie

 

 

Pamięci Jana Pawła I I

Głęboki i rozległy kosmos
A tajemnica
spalająca planety I nas udaje
że lubi pobożną zwyczajność
Tymczasem obdarza niektórych mądrością
która pomaga zrozumieć
Że zanim zostanie się świętym

Trzeba umieć zostać człowiekiem


Bogumiła Wrocławska

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W chorobie

Pytają
czy widziałeś w tym roku zieleń
tak przyniosła mi bukiet żona
ale czy widziałeś żyjącą zieleń
opisują kolor trawy krzewów i zalążków liści

czy widziałeś sam
czy byłeś na świecie
widziałem przez okno
zapytałem czy była już jesień
zieleń za oknem była jakby owiana
czernią



*  *  *

Dziwią się
że mówię o braku powietrza
ocalającego jak cud

a dla mnie wszystko jest ostre jak piasek
pustyni na której żyję
toteż wszystko jest z piasku
miłość przyjaźń książki teatry
wystarczy czegoś chcieć
i to osypuje się

żeby na chwilę oszukać siebie
piszę wilgotny wiersz
jest tylko dla mnie
do zapomnienia

 

 

Wzorzec

Oblepiony błotem stuleci śmiechem błaznów

smrodem kurtyzan i dziwek
pozostawionych na deszczu Śniegu mrozie
obelgami że to poeta dworski
niosę swoją biedę do stajni gdzie mieszkam
gdzie wolę mieszkać z dala od dworaków kabotynów i grafomanów
czasem godzę się na napisanie fraszki
wierszyk na pochwałę możnych
poeta dworski wracam do stajni
zdrapuję z siebie gówno świata

Ocalam poezję

czasem widać to w czystej liryce
czasem
czasem plamy rosną nowe
nowe
poezję ktoś wymyślił nie dla oczyszczenia
ale dla grzechu

 

 

NAJLEPSZYM POETĄ BYŁEM

Z cyklu: Byłem poetą


Najlepszym poetą byłem

kiedy wstydziłem się że nim jestem

płonący wstyd

nie schodził mi z twarzy

chowałem się za wiersz

jak za chwiejny płot

w pobliżu Na klombie pachniały białe róże

a nie pąsowe




coś z tamtego zostało

pokora opowiedzenia

resztki pajęczyn na twarzy

i cicha odwaga

chłopca zza płotu

mówiącego wiersz

może już wiersz

piął się z daleka zapach białych róż



DO SZTAMBUCHA


BOGUSI BOHDANOWI FILIPOWI I KAROLOWI


OD BARBARY I ROMANA


Bo tylko wierszem można zapisać

ten lipiec upalny Od blasku stężały

Na wodach Zalewu lęgła się cisza

Ptasia i lekka Leniwa jak Łabędź



Coś trwa nad wodami Powietrzem coś szarpie

Słuchamy Wzburzeni Otwiera nas skalpel

Światła świętego I coś nas odmienia


I nie wstyd zapłakać

I nie wstyd się skłonić

Znów uczysz się siebie

Wyłaniasz coś z siebie

Wyłaniasz coś z cienia



Dostrzegasz przyjaciół I jest ich zasługą

Że jasność przeżywasz Jakbyś się rodził

W dniu każdym I znów cię olśniewa

Odwaga marzenia Zapisać Cień trzciny na wodzie


Zostanie ten lipiec Upalny Głęboki


Od wody i nieba Od przelotów ptaków

Ulotność muśnięta w niebie za szerokim

Jakby czas zatrzymany Przewianie jakiegoś znaku


Chwalić Boga a nas zamknąć w wierszu

Spiętrzonym od światła I morza I lipca

Coś w nas się oddala Więc mówię pospiesznie

Że smugę nad domem

Zostawiają Tajemne podniebne skrzypce



Kąty Rybackie

 

Wiersz na modłę lat pięćdziesiątych

W gęstej ciżbie w gęstym powietrzu
jak w skrzykniętym przez Majakowskiego ludzie
w gęstwie ale nie poetyckiej
stoją również poeci
raczej okładki ich książek
jest gęsto od ładu smrodu i głodu

nie lubię ciżby nie wiadomo skąd padnie cios
nie wiadomo komu oddać
w tłumie okładek niektórych rozpoznaje
nie widzę Jesienina On gdzieś słucha ziemi
poznaje wysokie czoło Grochowiaka
Białoszewskiego typowego mieszkańca ulicy Poznańskiej
Cygana Bursę a raczej włosy ładne miękkie
i szlachetny owal Czycza
piękna i chyba do wzięcia śliczność Ośniałowskiego
nie widzę Broniewskiego stoi wyżej
w przeznaczonej dla niego chmurze

Na prowincji walą w bębny
i dmą w trąby poeci zaplecza
w nim zza okładek dźwięczą zdania mądre
okładki deformuje niechętny odruch ludu
a ja i ktoś tam w kolejnym pokoleniu
oczekiwałem że wstrząśnie ogrom
jak u filomatów i filaretów



* * *

Barbara i Marta wypychają mnie w żywą zieleń
której nie ma
to jest to miasto
ale błękit z chmurami z dzieciństwa
zdejmuje ze mnie powoli naskórek
delikatnie miękko jak to Błękit
ale nie wszystko da się zgarnąć
to co chore zostało
ale owa niebieska miękkość jest
może jak obietnica Ocalenia
której ledwo dotknęliśmy
jest jeszcze na opuszkach palców
niechby to był osad czegoś
choćby nieba


 

Las

Zawsze o późnym zmierzchu nocą
pamięć lub coś w nas
jest niewiadome lub to o czym
wiedzieć nie chcemy lub jeszcze nie umiemy

zawsze właśnie nocą
rzeczy chroniące się przed światłem
ukazują sprawy ukryte
zaczyna się film
pierwszym obrazem
widzianym z góry
jest mały chłopiec stojący przy oknie
patrzy jak za szybą
zachodzi za lasem wielkie czerwone słońce
i tak jest zawsze
później zaczyna widnieć prawie wszystko
zaczyna się od kobiet
dziewczynka leżąca na dywanie
szeroko rozłożona jak kobieta
pierwsza i nie do końca wyjaśniona tajemnica
ale ważna Bo wyświetla je moje dorosłe życie
a dopiero później są konie które kocham
moje wieczne pomyłki i winy
konie różnie hodowane od karych do płowych i siwych
konie mego życia
kobiety  
aż zostaje kobieta jedna i siwy koń



Niech zdychają poeci

Stoi poeta w polu otwartym
przewiewa go słoneczność
nie wiadomo czy poeta się rozwija
Czy dojrzewa czy czeka

pisze wiersz
poeci bywają różni geniusze rodzą się na salonach
inni gdziekolwiek
To poznaje się po pisaniu

poeta stoi sztywny Czujny
czy nadleci słowik sowa
czy niwelująca wszystko ciemnym wrzaskiem wrona

poeta odziany licho lub z przepychem
czasem trzepoczą na nim strzępy
z tego poety nic nie będzie
ubóstwo nie uczy tylko z latami mędrkuje
dużo takich źle ubranych stoi na polu
komunizm ich karmił kapitalizm grzebie
to widać po czarnym prostokącie

Ciemny dół pomieści wielu
jeśli jest ich za dużo niech zdychają
zamiast straszyć na polach
dusze wrażliwe

 

 

ODBIEGAM OD POETYCKOŚCI

Z cyklu: Poetą byłem


Wymknąłem się miastu rodzinnemu
bo tu są groby opasujące
tu są ci do których jeszcze wrócę
jeszcze raz Może
został dom mieszkanie


trochę książek kartek
zapisanych które uczą milczenia i ciszy
osiadającej jak tłusty kurz
Powoli rzeczy zaniemawiają
jakby głos który im nadałem
i gdzie jest tyle mego mądrzenia się zrzędzenia
cichnie zwęża osiada
tu gdzie jestem
pomyślałem
że wyjazd z życia Ukryje mnie ocali krajobraz
na horyzoncie


pozostały góry Osiadły miękko
zapadały się pod spojrzeniem
skały osypują się
drzewa rozpadają się sękami w drzazgi


i jest już prawie pusto
kilka małych ciemnych chmur
na lśniącym płytkim niebie
i już jest pusto
pusto na przestrzał
już wiesz
że to umiera
znika w tobie


zapada się w oka mgnieniu
wszystko gaśnie w śmiertelnym zamroczeniu
może jest ciemno i ślepo
w żalu po tobie


roztopi się ślepym srebrem
w twoim tylko gaśnieniu
jest już ciemno


że aż srebrnie
od cierpienia



Może nadzieja


Zapisać dzień Jak wiersz
Topniał Jakby bladł w upale
błękit
przefrunęły łabędzie
szybko Dwa białe odblaski Zniknęły
ciemne wrażenie Niepokój
jeszcze przed chwilą jadły
Barbarze z dłoni
i już stopiła je przestrzeń
może zapadły w niebo
ciekawe Czy zechcą
czy ktoś im pozwoli mówić
o ziemskim chlebie
że podawała go nasza ręka
czy będą tę jasną chwilę
pamiętać
to była sekunda we wszechświecie
nad wodą
w Kątach Rybackich
w jakimś upalnym lecie
powoli mijam
życie minione
jak niewód dziurawy się wlecze
gubię miłości Domy Zdarzenia
a dwa łabędzie Jak biel paląca
w upale Nad wodą Płaskiej pamięci
i w wielkiej ciszy Lecą

 

 

Zapobiegliwość


Tutaj Już tylko tutaj
buduję  świat w którym zamieszkam po śmierci
będzie tam
może nawet powita mnie
mały złoty kwiat którego
nie zadeptałem wiosną
mrówka ustąpi mi miejsce
na ścieżce niebieskiej nieznanej
zszedłem jej z drogi
kiedy niosła na plecach piękny
ziemski las Gdzieś wysoko nad nami
było niebo Na które
nie wiedzieliśmy jak zasłużyć
na razie bezpieczni bo żyjący
co jeszcze zrobiłem Co
jeszcze
przykryłem zimą karego konia
te piękne chrapy
delikatne jak ciemne aksamitne kwiaty
mogły skruszeć osypać się jak szron
poprawiałem gniazda
przewiane Prześwitujące zimnem
pozwalałem odlatywać motylom
były bajką Jak wiersze Nie istniały
co jeszcze zrobiłem
czego nikt ode mnie nie wymagał
ani serce Ani sumienie
co jeszcze
co
rozcieram w palcach to nic
tę słomę światła w przestrzeni
to życie moje



Zamieszczone wiersze pochodzą z najnowszej książki p. Romana Śliwonika zatytułowanej " Ślad", która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Adama Marszałka.

 

Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli