Piotr Müldner-Nieckowski

 

Nie żyje Krzysztof Mrozowski (1943-2017)

K. MrozowskiW czwartek 23 marca 2017 r. w warszawskim szpitalu na Mokotowie zmarł Krzysztof Mrozowski, jeden z wybitniejszych polskich poetów powojennych. W ostatnich dniach życia bardzo się już męczył. Ciało odmawiało życia. Umysł jednak miał do końca trzeźwy, analityczny. Ostatnie słowa, które do mnie kierował, ledwie już mogąc je wykrztusić, dotyczyły wartości poezji i prozy Fernanda Pessoi. „Wielki!” - powiedział na koniec i zmęczony, ciężko chwytając powietrze, kiwał głową z aprobatą. Urodził się w 1943 roku na Pawiaku, początek życia miał więc dramatyczny, niezwykły. Przechowywał w pamięci niczym relikwie relacje świadków tamtych czasów. Przeżył 74 lata, niewiele jak na rozległe plany pisarskie, o których opowiadał.

 

Na cmentarzu bródnowskim żegnała go grupa kilkudziesięciu osób. Był mało znany szerokiej publiczności, ale poeci wiedzą o nim wiele. To właśnie oni przyszli przede wszystkim. Czytali wiersze mu poświęcone.

Trzy lata temu, gdy zaczął myśleć o swoim odejściu, tknięty przeczuciem wziął się do pracy nad utworami dawnymi i tymi, które nosił w głowie. Zauważyło to kilku najbliższych, dawał znać, że się tym zajmuje. Zaczęto go wspomagać, a ponaglany przez przyjaciół, zwłaszcza przez profesora Lecha Witkowskiego, zdążył jeszcze wydać w toruńskim Wydawnictwie Adam Marszałek tom „Pan na Alfabecie” i przygotował do druku następny. Rychło w czas! To dzieło od lat powinno być w powszechnym obiegu.

Powstał komitet wydania całości jego dorobku. Może ta grupa pod wodzą profesora Witkowskiego nadrobi to, z czym ociągał się poeta. Mrozowskiego zapewne tłumaczy to, że był niezwykle skromny i wolał nie występować na froncie, na który pcha się tylu  niezasługujących na uwagę. Jednak zdawał sobie sprawę z tego, jak wielki potencjał drzemie w jego umyśle. Wiedział, kim jest, tylko że nie dostrzegał, że inni też to wiedzą.

Jaki był, jakim go widzieliśmy? Obowiązkowy i precyzyjny jako edytor, organizator kultury i wydawniczy, redaktor i marketingowiec. Wysmakowany znawca jazzu i muzyki współczesnej. Dobrze, gustownie ubrany. Nałogowiec, lubił tytoń i alkohol. Słynął z tak zwanej mocnej głowy i chyba nikt go nie widział przewracającego się, to znaczy klasycznie pijanego. Mimo że wiele lat temu z piciem i paleniem całkowicie zerwał, zabił go jednak dym, zniszczywszy płuca. Prędki w ruchach, gwałtowny w zachowaniu, myślący szybciej niż wszyscy naokoło, nie tolerował sztuczności, głupoty i minoderii. Ale był i niespodziewanie cierpliwy, kiedy tego wymagała chwila. I wierny ideałom i ludziom. Niektórym. W inteligencji i erudycji nie miał sobie równych. Tym onieśmielał nawet najlepszych. Onieśmielał też śmiałością twórczości. Łamał konwencje i style pisarskie. Wbrew zdaniu przyjaciół znawców typografii (że wspomnę Andrzeja Tomaszewskiego) w ostatniej swojej książce przewrócił do góry nogami zasady kompozycji graficznej tekstu i estetyki, dostosował je do treści, sensów i uwidocznił prozodię. Jeśli teraz weźmie to na warsztat jakiś zdolny aktor, to w lot zrozumie, jak należy te teksty wypowiadać.

Jako legenda kilku generacji był i wciąż jest naśladowany mniej więcej tak jak Tymoteusz Karpowicz czy Tadeusz Różewicz. Jego poematy i proza poetycka były przez lata kolportowane wśród młodych poetów w postaci odpisów i kserogramów. Miał znane przyjaciołom słowa klucze, na przykład „Trylet” czy „Biały mim”, które fascynowały ludzi, którzy stykali się z jego utworami. Debiutował (wydanym własnym sumptem) tomem Tekst w 1965 roku. Uczestnik wydarzeń marcowych, tępiony w 1968 roku i w latach następnych, przetrzymał (28 odrzuceń z wydawnictw w PRL), niestety przestał drukować. Wycofał się. Po latach wydał tomy poetyckie MIM, PAKT, Obywatel K.K., drukował w paryskiej „Kulturze”, „Odrze”, „Almanachu młodych” (Wydawnictwo Iskry), „Orientacjach”, „Nurcie”, „Nowym Wyrazie", „Piórze”, „Plotkies” i innych.

Wielu znanych dziś pisarzy pamięta go jako przewodniczącego warszawskiego Koła Młodych przy Związku Literatów Polskich w latach 70. Był wtedy postacią znaczącą jako organizator życia towarzysko-artystycznego. Liczyły się z nim władze, i to nie tylko te z ZLP, gdzie na dźwięk jego nazwiska prezes Jarosław Iwaszkiewicz wyostrzał rysy twarzy, ale także miejskie i ogólnopolskie, polityczne. To Mróz, jak go nazywaliśmy, zorganizował Jackowi Kaczmarskiemu jeden z pierwszych koncertów - właśnie w piwnicy Koła Młodych ZLP. Lokal mało nie pękł w szwach. Koledzy, młodsi i starsi, świadomi wysokiej jakości twórczości, którą uprawiał, towarzyszyli jego ciągłym niepowodzeniom, które wynikały z nierozumienia tyleż jego sposobu myślenia, poglądów filozoficznych i politycznych, co nowatorstwa poezji, którą pisał, i ostrości sądów o dobrej i złej literaturze. A nie mylił się nigdy. O ile koledzy i koleżanki przeważnie go kochali, o tyle decydenci państwowi zawsze nienawidzili. Nie wierząc, że komuna kiedykolwiek upadnie, zaczął się powoli godzić z myślą, że pozostanie nieznany, że jego książki nigdy się nie ukażą. Tajemnicą poliszynela było to, że jeden z ważnych maszynopisów po prostu zniszczył, o co bliscy mieli poważne pretensje. Szczególnie lamentował zwykle opanowany Ireneusz Iredyński, jego najbliższy przyjaciel. Wygrażał i złorzeczył. Nie pomogło. Iredyńskiego już nie ma na świecie, ale są inni. Teraz się przydadzą, bo przechowują pamięć o nim i będą świadczyć, kiedy ktoś spróbuje sięgać do jego biografii.

W 1971 roku podczas Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Studenckich w ramach Spotkań Teatralnych przez Studio Prób Dramatycznych Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie był kierownikiem literackim, zaprezentowano jego nowatorską, oskarżycielską sztukę, misternie utkaną z aluzji do zła ówczesnego systemu politycznego. Choć miał poglądy wyraźnie lewicowe, nie znosił komunizmu, a to przede wszystkim z powodu trzech naczelnych właściwości tego systemu: zakłamania, nietolerancji i dehumanizacji. Z trudem zniósł wydarzenia marca 1968 r. Po premierze przedstawienie, na skutek decyzji podjętej na burzliwej i mocno zakrapianej sesji PRL-owskich decydentów, zostało wyeliminowane z festiwalu, rzecz jasna z powodów politycznych. I tak było stale, wciąż coś mu usuwano z obiegu, więc przestał podejmować próby istnienia na niwie.

W jego twórczości obecne są ważne a zapomniane realizacje projektów współpracy z kompozytorami polskimi. Znał się na muzyce jak mało kto, znał też największych polskich kompozytorów z Witoldem Lutosławskim na czele. Nieprzypadkowo Zbigniew Turski wywiódł swą muzykę z brzmienia słów poety i zawarł ją w kompozycji Tryptyk do poezji Krzysztofa Mrozowskiego na bas solo i orkiestrę, która została wykonana na IX Festiwalu Oratoryjno-Kantatowym Vratislawia Cantas w 1974 roku.

W latach 2015-2016 powstały nowe dzieła poetyckie Mrozowskiego: Msza Słoneczna oraz Zmierzch Cywilny. Weszły do wydanego pod koniec 2016 r. tomu Pan na Alfabecie.

Był twórcą trudnym, wizyjnym. Przyszli znawcy Mrozowskiego będą mieli twardy orzech do zgryzienia, poeta posługuje się bowiem techniką pisarską z pogranicza surrealizmu, dadaizmu i - co może się wydawać zdumiewające - klasyki, co sprzyja przedstawianiu zaawansowanych koncepcji filozoficznych, ale chwilami zdumiewa adekwatnością rytmu i rymu tam, gdzie nikt by się ich nie spodziewał. Bije tym czytelnika po oczach, a jednocześnie uspokaja burzę mózgu. Trudno powiedzieć, jaki to gatunek poetycki, bo wymyka się klasyfikacjom. Być może rzecz wymaga użycia jakiejś nowej, oryginalnej nazwy. Mrozowski jest fascynujący ze względu na gigantyczne salta i kaskady wyobraźni, zderzające się z wizją antropologiczną czy też personalistyczną i teologiczną. Gdyby mnie pytano, jak go ocenić jednym wyrażeniem, powiedziałbym: „poszukiwacz Boga”, ale wiem, że to dopiero punkt wyjścia dla rozpoznania jego światopoglądu. Poszukuje Boga, Bytu, ciągłości wszechświata, zderzeń i nawrotów historii, wyjaśnień istnienia we wszystkim i wszędzie, nie tylko w materii i Kosmosie, również w ludzkiej myśli i wyobraźni, w ludzkiej spuściźnie i pomysłowości. Analizował wielkie i małe religie, systemy filozoficzne, studiował metafizykę, a ślady tych procesów, nieraz bardzo wyraźne, znajdziemy w każdym jego utworze. Zagadką do rozwiązania pozostaje kwestia źródeł jego samowiedzy i wolt metafory.

Celem Mrozowskiego była analiza i opis świata ludzkiego z pozycji holistyki, poszukującej narzędzi dla filozofii, psychologii i socjologii, ale też dającej pożywkę dla emocji. Ludzkość uważał za coś w rodzaju epidemii. Co ja mówię - pandemii! Plagi! Z elementami sympatii i przyjemności. W każdym wierszu znajdziemy dowcip językowy, bywa że i sytuacyjny, żaden utwór nie stroni od ironii, a nieraz wprost wypowiadanej kpiny z ludzkiej głupoty, i zarazem pochwały dla mądrości i czystych postaw moralnych. Stosuje erudycyjne nawiązania do znanych tekstów i poglądów, rozmaite nietypowe intertekstualia, ale też zdaje się nawoływać: wy, autorzy takich to a takich dzieł, czytajcie mnie, może też czegoś się dowiecie.

Wreszcie Mrozowski szanuje czytelnika. Pisze: „...dla mnie byłeś i jesteś, Czytelniku, OSOBĄ i OSOBOWOŚCIĄ dużego formatu i wymiaru...”.

W sensie filozoficznym poezja Krzysztofa Mrozowskiego przypomina jeszcze trudniejszą, choć niekoniecznie lepszą, twórczość - szczytowe osiągnięcie Hermanna Hessego Grę szklanych paciorków (Nobel w 1946 roku). Przypomina jednak tylko klimatem, bo jest zupełnie oryginalna. Pozbawiona wyraźnych linii fabularnych (ale nie papilarnych!), których czytelnik mógłby się uczepić jak w prozie, jednak wciąga, jeśli tylko się w nią wczytać. Podsuwa też niezwykły język, bez którego nowy Mrozowskiego opis starego świata byłby niezrozumiały.

 

Piotr Müldner-Nieckowski

 

Pin It