Recenzja teatralna

 

Ryszard Tomczyk

 

Nasermater czyli wyzerowywanie sensu

 

tomczyk ryszard 2018         Mniej więcej od czasu obchodu jubileuszu własnego czterdziestolecia scena elbląska nie rozpieszcza swych odbiorców. Premier tyle, co kot napłakał. Po jubileuszowych „Krakowiakach i góralach” mogło być ich z górą sześć, choć osobiście zaliczyłem zaledwie trzy. Zdecydował o tym los – oczywiście fatalny. Ale faktem jest, że niegdysiejszy rozpęd ku teatrowi przyhamowały i niedostatki inicjatywy teatralnej, jakieś długotrwale pauzy, słabości realizacyjne i pasywność repertuarowa, utrwalona zapewne już to zbytnim przeświadczeniem o własnej prowincjonalności, już to samozadowoleniem wynikającym z naiwnych środowiskowych hołdów i owacji na stojąco po każdej, nawet wyraźnie chybionej propozycji scenicznej (siła klaskania terroryzująca mniej pokornych).

 

         Do prezentacji, które obejrzałem po jubileuszowej śpiewogrze Bogusławskiego, należały „Amadeusz” P. Shaffera w reż. J. Rudzkiego (prem. 16 IX 2017) oraz wystawiona w ramach serwitutu pewniaków frekwencyjnych czyli lektur szkolnych nieśmiertelna „Ania z Zielonego Wzgórza” L.M. Montgomery (prem.3 marca 2018) w adaptacji M. Królikowskiej i M. Wojtyszki. Ostatnio zaś przyszło mi obejrzeć utwór dramaturga w ostatnich latach powoli acz wytrwale wschodzącego na krajowej scenie, Jest nim rzecz pt. „W nowym Yorku” Krzysztofa Bizio w reżyserii Bartłomieja Wyszomirskiego zrealizowana na Małej Scenie (prem. 16 III b.r.). Utwór ten, nie przynależny do jakiegokolwiek gatunku dramaturgii, co przecież samo w sobie stanowi wyraz myślenia awangardowo-nowoczesnego, jest prapremierą i jak pamiętamy nie pierwszą prapremierą autora na elbląskiej scenie, gdyż we wrześniu 2006 r. w te sam sposób serwowano tutejszej widowni „Celebracje” Bizia. Zwrócono mi uwagę – i słusznie - że z powodzeniem. _W czym znajduję zasługę nie tylko zapewne porywającej materii tekstu, ale i reżyserii B. Wyszomirskiego, autora najważniejszych sukcesów inscenizacyjnych teatru z ostatnich lat. Nie mówiąc już o wykonawcach. Jak więc widać teatr elbląski znajduje szczególne powody do specjalizowania się w realizacji prapremier Bizia. Czy zaś to szczególne zorientowanie jest dostatecznie zasadnione, pozwalam sobie mieć wątpliwości . Przyznaję, że chciałem już napisać : – niech odpowiedzą sani spektatorzy czyli widzowie. Nie napiszę tego, bo widzowie elbląscy (nawet dojrzalsi) od dawna już na powrót zdziecinnieli i nie odpowiedzą. Nawet gdyby spektakl był prowokacją zmyślnego dyrektora Siedlera, rodzajem badania, kiedy wreszcie elbląscy widzowie zareagują na ramotę w opakowaniu z napisem „arcydzieło”. Boć przecież środowiskowej Melpomenie jedynie kadzić trzeba.

         Po drodze jeszcze słówko o poprzednich tytułach. Realizacja „Amadeusza” potwierdziła siłę materii tekstu , nośność konstrukcji utworu opartej na dwóch podstawowych przesłaniach i prawdach, który uwypukla konflikt między genialnym, dzikim, wolnym od konwencjonalizmu artystą-dzieckiem a chorobliwie zazdrosnym i zawistnym rywalem, tyle że obdarzonym nie tyle podobną łaską niebios, ile obsesją nienawiści wobec autentycznej wielkości. Realizacja – pamiętam – była tyleż wynalazcza, co i klarowna Ale nie dokonuję tu jej rozbioru. W odbiorze –niestety – przeszkadzało mi obsadzenie w roli tytułowej Piotra Boratyńskiego, aktora którego skądinąd naprawdę lubię, cenię i oklaskuję., lecz ze względu na słuszny wzrost, urodę amanta, spryt, przedsiębiorczość, witalność, zręczność sceniczną i w ogóle emplois raczej znajduję w realizacji ról raczej mniej tragicznych, w każdym razie nie ofiar.. Właśnie muzyka Amadeusza i genialność muzyczna winna być tu argumentem rozstrzygającym o wadze jego wielkości, nie zaś postura dragona, albo i huzara spod Chocimia. W próbach imitowania dziecka Amadeusz Boratyńskiego był klasycznie nieporadny, sztuczny, nawet i niezamierzenie śmieszny, co zarzucam reżyserowi, odpowiedzialnemu za obsadę. Właśnie to, choć widowisko miało szereg istotnych wartości (również wykonawczych), zdecydowało w stopniu zasadniczym, iż inscenizacji tej nie podobna zaliczyć do chwalebniejszych osiągnięć elbląskiej sceny.

         Przy sposobności również kilka słów w związku wystawą sztuki o Ani z Zielonego Wzgórza. Przedstawienie (dopracowane w szczegółach a zrealizowane w tradycyjnej konwencji ładności i barwności) było inscenizacyjnie poprawne a nawet dobre. Bawiło więc i było oglądane ze skupieniem. Stanowiło wyraz świetnego sprzężenia roboty reżyserskiej (Mirosław Siedler) z barwną i logiczną propozycją scenograficzną Izy Toroniewicz, choreografii Violetty Suskiej, muzyki Zbigniewa Karneckiego (teksty piosenek Piotr Wojtyszko) , nade wszystko zaś zespołu wykonawczego, grającego inteligentnie, ale z brawurą i ekspresją. Miała tu swą dobrą rolę Patrycja Baczewska, gościnnie zatrudniona do wcielenia się w postać Ani. Nie grzeszyła ckliwością, ni tanim sentymentalizmem, bawiła zręcznością acz niekoniecznie już żywiołową, była jednak w wyrazie tyleż pełna prawdy, co i urzekająca – acz już niepodlotkowata. Miał też spektakl wiele udanych ról charakterystycznych, prowadzonych z wdziękiem lub też i znakomitą dezynwolturą. Do najlepszych zaliczam postacie – Maryli Cuthbert Teresy Suchodolskiej oraz nauczyciela p, Philipsa Artura Hauke choć każdy z pozostałych wykonawców był na swoim miejscu, współtworząc w sumie obraz z rzędu tych lektur czy pożółkłych fotografii , do których z upodobaniem wraca się nawet po wielu latach.

         Inicjatywę teatru zwracającego się do Bizia, jako autora tekstów załatwiających - wynikającą z programowego eklektyzmu i orientacji na „sałatkowatość” oferty („dla każdego cosik odpowiedniego) - . zaspokojenie potrzeb   kontaktu zarówno z awangardowo- nowoczesną formą teatru, jak i z aktualną „życiową”, a nawet „refleksjogenną” treścią symptomatycznie uzasadnia smakowity cytat zamieszczony w programie spektaklu, którego tu nie pozwolę sobie przeoczyć: Otóż , jak z emfazą oświadcza niejaki Roman Pawłowski w Pokoleniu Porno , „związek Bizia jako dramaturga z teatrem jest „całkiem silny”. Wynajmował biuro w tym samym budynku, w którym znajduje się Teatr Współczesny. I kim okazalo się to dramatyczne odkrycie? Taki trochę Tarantino, który fragmentaryzuje rzeczywistość”.

         Komunikat ów, co prawda, nie należy do najzabawniejszych, jakie w okresie rozwielmożnionej paplaniny i mody na głupotę, zdarza się słyszeć. Choć, kto wie, czy w tym konkretnym przypadku nie stanowi uzasadnienia raczej dla dowcipkowania na temat inicjatywy inscenizacyjnej niż rzeczowego rozbioru.

         Odpowiedzialnego za realizację sztuki dyrektora teatru, przekonywał do Bizia niegdysiejszy sukces „Celebracji”.. Rzeczy – jak rzekłem - nie widziałem, nie wiem więc, jakie były w tym zasługi autora, jakie reżysera, jakie zaś wykonawców. Aktualnie nie znam porozumień między autorem i reżyserem, nie wiem więc, i nie śmiem wiedzieć, kto tym razem bardziej odpowiada za kiks inscenizacyjny. Nie rozumiem też , jak to się stało, że autor zgodził się na inwencję inscenizacyjną reżysera, by raczej banalną, choć niezbyt czytelną ramotę z życia – jeszcze bardziej unieczytelnić, udziwnić stylistycznie i „uabsurdalizować”, a to w sposób zgoła totalny, sięgając po środki wręcz do teatru Dada czy ekstrawagancko-awangardowych teatrzyków futurystycznych sprzed stu lat.

        W spektaklu biorą udział tylko trzy osoby. Maria Makowska-Franceson, grająca postarzałą już matkę, Jowitę, która po wielu latach odwiedza na obczyźnie swego syna Marka. Postać faceta, co wyjechał już to z buntu przeciwko koszmarnemu dzieciństwu (wszak macierz była egoistką i babą ladaco), już to z trywialnej potrzeby jakiegoś urządzenia się w „lepszym świecie” gra Piotr Szejn. Osobą trzecią jest Monika, dziewczyna Marka (vide – Marca) , wplątana już w jego życie, szamocząca się w niewiedzy i niemożności docieczenia konfliktów grających w jego psyche, niedopowiedzeń, niedostosowań i niepokojących stanów apatii. Rzecz (tzn.nieprzewidziane spotkanie z właściwymi mu wyładowaniami i szarpaniną) ma charakter wybitnie dialogowy, odbywa się też na nagiej, pustej, kameralnej scenie (podest pomysłem scenografki Izy Toroniewicz - wkomponowany w przestrzeń Małej Sceny) z kilkoma tylko jakoś ogrywanymi sprzętami (stół, fotel, dwa krzesła). Z tekstu, nb. dość gęstego, ale nie nazywającego niczego po imieniu i pełnego raczej niedopowiedzeń czy wywrzaskiwań, niepodobna wysnuć jakichś wniosków czy uogólnień. Tuszę, że sam autor w pewnym momencie konstruowania utworu zdał sobie sprawę z banału sytuacji, Z tego więc powodu , iż uznał, że ma do czynienia z materią jednak nie kwalifikującą się do szczególnej medytacji i do budowania bardziej krwistej szarpaniny – spasował. Chyba i zrozumiał, że tym razem profesja tropiciela „materii fragmentarycznych” grozi wypuszaniem w tekst jakiejś sytuacji z życia ludzi po prostu głupich i w ogóle „żadnych”. I że być może nie da się niczego w tekście bez tzw. przegadania umotywować. Nie wiadomo, czy sam do tego doszedł, czy pomógł mu w tej koncepcji inscenizacyjnej skądinąd przecież wynalazczy Wyszomirski. Chyba to drugie, bo jak napisano w programie spektaklu „konstruktor - powiedział na jednej z prób do Yorku – Krzysiek /autor tekstu / taki jest, konkretny. Mimo tego w prostej historii, nie zabraknie absurdu i braku logiki” I w tym kierunku z wolą autora nachylił się spektakl. Za formę sceniczną ekwiwalentną głupocie i absurdalności egzystowania ludzi już to sobie jakoś bliskich, już to funkcjonujących bezwiednie i nasermater – uznał sponiewieranie logiki i absurdalizację wyrazu teatralnego. Postąpił zatem zgodnie z drugorzędnymi, infantylnymi reprezentantami bardzo niegdysiejszej już awangardy, postulującymi sprowadzenie teatru do nonsensu. I tym ochotniej zwrócił się tym razem do np. absurdalnego ruchu czy gestu, że metoda ta jakoś „ożywiała” scenę, skazaną tekstem na wyłącznie śrut językowy, nb. ściemniający sens sztuki. Zatem aktorzy – już to odbywają uciążliwe i nudne wędrówki w kole (symboliczne! – a jakże, już to bywają konkretni w relacjach, już to w przedziwny sposób kontrapunktują dialog zachowaniami z arsenału panopticum. Ukrzywdzona ułomkami tekstu Monika zostaje szczególnie sponiewierana, gdyż zniewala się ją już to do bezsensownego turlania po scenie, już to do monotonnego spacerowania przy pozornym zawieszeniu na łańcuchach ( symbolika zniewolenia?) spuszczonych z paludamentów, już to do mozolnego wykreślania na ścianie absurdalnej figury labiryntopodobnej. Nie brak przy tym niczym nie uzasadnionego przesuwania krzeseł czy stolika, jak również oscylowania w grze między różnymi konwencjami – w związku z czym nie ma o czym pisać, ponieważ spektatorzy z premedytacją teatru zostają wystawieni na dudka.

         Cóż? – NASERMATER.

         Dobrze się stało, że nie zdecydowano się spektaklu zaprezentować szerszej widowni, traktując odbiór jako rodzaj testu. Być może. Niech i tak będzie. Ale i widzowie specjalnie zaproszeni do udziału w prapremierze mieli dość – z czego już pozostały wnioski na przyszłość dla samej elbląskiej Melpomeny.

 

 

 

Pin It