Zdzisław Antolski

 

Złote lata kieleckiej literatury (4)

 

antolski zdzislaw

 

 

    Profesor Jan Pacławski, znakomity kielecki znawca twórczości pisarzy regionu świętokrzyskiego, redaktor cyklu biograficznego, prezentującego lokalnych twórców literatury, tak ustalił granice geograficzne tej krainy, przybierające postać magicznego trójkąta: „Od wschodu stanowią (…) wody Wisły, od zachodu i północy przedział zakreśla Pilica, od południa podstawę trójkąta stanowi dorzecze Nidy”. Świętokrzyskie to także kolebka narodowej literatury, wystarczy wspomnieć Mikołaja Reja i Jana Kochanowskiego. Zresztą ich dworki cudem się zachowały i można je odwiedzać, wyobrażając sobie protoplastów naszej literatury.

 

    Niedługo po wojnie ukazała się w Kielcach „Antologia liryki świętokrzyskie” (1947 r.). zawierająca znakomite wiersze poetów dziś już nieco zapomnianych: m. In. Stanisław Czernik, Jan Gajzler, Jan Maria Gisges, Jezrzy Krzeczowski, Marian Kubicki, Stanisław Młodożeniec, Józef Ozga Michalski Stanisław Piętak, Marian Przeździk, Julian Rogoziński, Wojciech Skuza, Marian Sołtysiak, Adolf Sowiński.

    We wstępie prof. Juliusz Nowak Dłużewski (po wojnie chyba jedyny w Kielcach człowiek z tytułem profesorskim, autor pionierskiej książki „Udział regionu świętokrzyskiego w kulturze narodu”) dał świetną diagnozę związków liryki świętokrzyskiej z przyrodą i z historycznym obciążeniem. Prof. Nowak Dłużewski stwierdził: „niepowtarzalny instynkt związku organicznego poetów świętokrzyskich z ziemią, która ich wydała,, której urok starają się oddać, każdy po swojemu:

    - jej obrzędowość wielkanocną i zielonoświątkową, która jest niby w całej Polsce jednakowa, ale przybiera u poetów świętokrzyskich charakter odrębny;

    - jej ludzi, którzy nie mają charakteru oderwanych symbolów, ale są konkretami, możliwymi tylko na gruncie miejscowym (mam mocne przekonanie, że te Wójciki i Ciamagi określeni, „żywi” i „prawdziwi” ludzie, może krewni, może znajomkowie poetów;

    - jej przyrodę, która jest świętokrzyska, „autentyczna”.

    Świętokrzyszczyzna poetów tej antologii jest zjawiskiem zlokalizowanym w czasie i przestrzeni, jest zjawiskiem pod względem literackim zindywidualizowanym, niepowtarzalnym, możliwym tylko na tutejszym gruncie, nie gdzie indziej, tylko w danej nam ekspresji literackiej.

    To jest ostateczna legitymacja niniejszej antologii – literacka i kulturalna. Antologia jest konkretnym wcieleniem tego „autentyzmu”, którego z takim uporem domaga się w poezji dzisiejszej Jan Bolesław Ożóg.

     Nie jest to zresztą nic specjalnie nowego u nas. Autentyzm niniejszej antologii to wyraz tego potężnego prądu kulturalnego, który już przed wojną wybił piętno na fizjognomii kulturalnej społeczeństw współczesnych. Prąd ten nazywa się regionalizmem. Ale „regionalnie” i „świętokrzysko” pisał przecie już Stefan Żeromski, wielki poprzednik autorów tego zbioru. Regionalnie również układa się twórczość autochtona tej ziemi Wespazjana Kochowskiego, poety XVII w., piewcy tych samych Łysic i Łysych Gór, które go wzruszały podobnie jak dzisiejszych poetów świętokrzyskich, aczkolwiek w inny zupełnie kształt stylowy ubierał on swoje świętokrzyskie przeżycia i wzruszenia, niż jego dzisiejsi następcy”.

Zarówno Stanisław Czernik, jak i Józef Ozga Michalski byli ważni dla poetów debiutujących w latach 70. I zarówno ja, jak i Adam Ochwanowski i nawet Jan Stępień nie mogliśmy się oderwać od swoiście, dziecięco pojmowanego „katolicyzmu, bo w tej obrzędowości spędziliśmy dzieciństwo i w nim wyrośliśmy.

Nowak Dłużewski pisał jeszcze: „Widoczny jest ten związek w tematyce „kościelnej”, atmosferze świątyń regionu, w których cieniu wychowali się piewcy Świętokrzyszczyzny, w starej tutejszej obrzędowości i obyczajowości kościelnej, które znajdują u nich swój wyraz i odbicie. Nic to, że „katolicyzm” poetów świętokrzyskich ma charakter katolicyzmu estetycznego takiego choćby Huysmansa. Ważne, że nawet firmowego antyklerykała nic nie zdoła oderwać od tego, w co wrósł przeżyciami swego dzieciństwa, wychowania, dziedzictwem swych przodków. Taki zostanie poetą religijnym nawet wtedy, kiedy się zacznie „buntować” przeciw Bogu (nie tylko przeciw słudze Boga na plebanii, co jest w gruncie rzeczy bez znaczenia). Bo bunt to afirmacja. Jedynie obojętność jest wyrazem negacji, czasami gorzej, bo zastoju, śmierci. Toteż najwięcej religijnym jest Kasprowicz, kiedy pisze swoje buntownicze „Hymny”, Mickiewicz – w improwizacji.

    Ten religijny stosunek do rzeczywistości grupy świętokrzyskiej widoczny jest również w hieratyzmie ich postawy wobec przyrody Świętokrzyszczyzny, jej człowieka i najprostszych jego aktów życiowych.

    „Naiwny, polny świat” jest źródłem natchnień nie tylko Piętaka (do niego należy tu cytowane w cudzysłowie celne powiedzenie), ale i reszty towarzyszy”.

    Pomyśleć tylko, że to słowa o „religijności” świętokrzyskiej poezji zauważyli krytycy także przy okazji moich wierszy o Józefie, wydanych w połowie lat 80., a więc po prawie trzydziestu latach Wszak literacki Józef to w dużej mierze mój dziadek Jan Antolski (jego pierwowzór) ze wsi Węchadłów w pińczowskiem, ale także wielu chłopów z Pełczysk i ze Złotej, a także wujek Ludwik Bezak z Kraśniowa, bo w końcu mentalność mieszkańców Ponidzia jest taka sama. Ukształtowana przez wieki, przez wojny i zabory. Chłop kieruje się ufnością wobec swoich, ale jest ostrożny wobec obcych, po których nie wie, czego się spodziewać. I wychowany jest w cieniu kościoła, przesiąknięty świętami i całą obrzędowością katolicką, która mu organizuje życie od urodzenia aż do śmierci.

    Następne pokolenie poetów kieleckich debiutowało zbiorowym almanachem „Nad Nidą”, a później kilkoma tomikami zawartymi w tzw. „Szkatułce”. Zawierała ona zbiorki autorów: Ryszarda Miernika, Bogdana Pasternaka, Konstantego tarnowskiego i Andrzeja Zatorskiego. Osobno swoje tomiki wydawał najzdolniejszy z nich: Henryk Jachimowski. Ryszarda Miernika ciągnęło bardziej do prozy, a do poezji wrócił dopiero na starość wydając zbiorek „Skalniak świętokrzyski”, będący hołdem dla szlachetnych ludzi, których spotkał w swoim życiu. „W tym tomie zamieścił wiersze z minionego dwudziestolecia – związane z własną biografią, kulturą literacką i tradycją regionu. Realistyczne treści i humanistyczne poglądy autora zostały wyrażone w prostej formie, podobnie jak rzeźby eksponowane w suchedniowskiej galerii.”

    Moje pokolenie doczekało się swojego almanach w 1974 – „Bazar poetycki (debiuty)”. Również w nim dało się odczuć owo zauroczenie wiejską obrzędowością katolicką, choćby w wierszach Adama Ochwanowskiego i Jana Stępnia („Tylko Jezus był smutny”). Mój bohater chłopski – Józef z Ponidzia – miał się dopiero narodzić, wraz z ruchem Solidarność.

    Co ciekawe Jan Nowak Dłużewski był przeciwnikiem nadmiernej metaforyzacji w poezji, jako oznaki manieryzmu: „Manieryzm widziałbym w nadużyciu metafory, która jest modą wszystkich, jakby była jedynym środkiem ekspresji literackiej. Niewątpliwie metafora jest jednym z dzielniejszych środków wdrażania w wyobraźnię czytelnika plastycznej wizji świata, jest ucieczką przed banałem, czasami uroczą grą zgadywania, kiedy zaskakuje czytelnika, jak dobrze skonstruowany dowcip, którego paradoks zdumiewa i oszałamia na chwilę. Tak jest również z działaniem błyskawicy dobrze zbudowanej metafory. Ale jej użycie stało się nadużyciem. Dobrze, że się wreszcie budzi na naszych oczach reakcja przeciw rozwielmożnieniu się tego środka stylistycznego, którego metafizyczny walor i potęgę starał się odkryć i uzasadnić nieodżałowany Zygmunt Łempicki w swoim czasie, kiedy metafora nie była jeszcze w naszej liryce manieryzmem. Dzisiejsze ekstrawagancje metaforyzmu naszych liryków nie stwarzają już atmosfery świeżości, ale raczej – monotonii, podobnie jak cukierkowe staroświeckie, lenartowiczowskie czy polowskie obrazki”.

    Święte słowa i jakże współcześnie brzmią!!!

 

Zdzisław Antolski

.

.

Pin It