Jan Stanisław Smalewski

Żołnierze Wyklęci - nadzieje Gdańskie

 

 Smalewski           Pisząc o żołnierzach wyklętych i funkcjonowaniu podziemia zbrojnego w Polsce powojennej, nie sposób pominąć Pomorza, w tym miasto Gdańsk. Ich rola jest szczególna zwłaszcza dlatego, że w pierwszych miesiącach po zakończeniu wojny, to ten obszar przede wszystkim był brany pod uwagę, jeśli chodzi o podtrzymywanie kontaktów z rządem londyńskim. Stąd miała ruszyć, w co uwierzyła część dowódców podziemia zbrojnego, w tym legendarny „Łupaszka” w maju 1946. ofensywa przeciwko Sowietom, zmieniająca ustalenia II wojny światowej.

 

            Jak z tymi faktami, z oknem na świat jakim był Bałtyk, wiąże się historia AKO (Armii Krajowej Obywateli) i ich żołnierzy?

            Jako autor znanej zapewne miłośnikom literatury historycznej trylogii „Opowiedział mi Maks” opisałem szczegółowo w jednej z jej części („Aresztowanie, dapros, wojennyj sud” - wydanie z 1994 r. i wznowienia: „U boku Łupaszki” - z lat 2012 i 2014) wojenne dzieje partyzanckiej 5. Wileńskiej Brygady AK dowodzonej przez legendarnego Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”.

            Sam dowódca tej Brygady nie jest jednak jej głównym bohaterem. Historię tę bowiem opowiada jego podwładny, dowódca 3 szwadronu konnego w tej Brygadzie – Antoni Rymsza „Maks”. To „Maks” charakteryzuje swojego dowódcę, z podziwem odnosząc się do jego zdolności dowódczych i cech charakteru, jakimi zasłynął nie tylko wśród podwładnych.

            Widziana oczami „Maksa” i dzięki jego szczegółowym relacjom słownym zapisana wojenna historia tej niezwykłej Brygady, weszła na stałe do polskiej historiografii z dwóch powodów, że nie posiadała stałych baz, które ułatwiałyby Sowietom napaść na nią i jej rozbrojenie, a także z powodu nazwy, jaka do niej przylgnęła po bitwie rozegranej pod Radziuszami Łozowymi z partyzantką sowiecką - „Brygada śmierci”. To, że brygada – po rozbiciu przez Sowietów jej stałej bazy, jaką wcześniej utworzył pierwszy dowódca „Kmicic” - zrezygnowała ze stałego miejsca pobytu, było wyłączną zasługą „Łupaszki”, który uznał, że można funkcjonować, a do tego zwyciężać, będąc ciągle w ruchu.

            Bohater moich książek historycznych kpt. Antoni Rymsza „Maks” miał na tyle ciekawe życie, że z trudem opowiadane przez niego historie udało mi się zmieścić w trzech odrębnych pozycjach. W książce poświęconej działaniom wojennym 5. Brygady AK, następnie w opisującej lata powojennego ukrywania się wraz z żoną Aldoną – wcześniejszą łączniczką i sanitariuszką tej Brygady, i w trzeciej - o ponad 11-letnim pobycie w sowieckich łagrach na Kołymie.

            Antoni Rymsza „Maks” był bohaterem wyjątkowym z wielu powodów. Zrodzony z ojca Polaka i matki Finki, uchodził do końca swej działalności partyzanckiej za wzór cnót żołnierskich i patriotyzmu. A ponadto, jako rodowity Kresowianin znał doskonale teren, na którym toczyła walki z podwójnym wrogiem jego Brygada. Znał języki: polski, rosyjski i niemiecki. A przede wszystkim był niezwykle cenionym strategiem, doskonałym żołnierzem i bardzo lubianym przez podwładnych dowódcą. Wśród ludności kresowej krążył nawet mit „Maksa” opiewający te liczne jego cechy osobowe.

            „Maks” od początku swej partyzanckiej działalności był zaangażowany w tworzenie 5. Wileńskiej Brygady AK; organizował jej siatkę, gromadził broń, werbował ludzi. Po jej sformowaniu najpierw walczył u boku „Kmicica”, którego w sierpniu 1943. wraz z 80-ma innymi partyzantami zamordowali Sowieci, a po jego śmierci gromił zarówno Niemców, jak i Rosjan wraz z „Łupaszką”.

            W przeciwieństwie do „Łupaszki” Rymsza po rozwiązaniu 11 listopada 1944 r. Armii Krajowej zrezygnował z dalszej walki i wraz ze świeżo poślubioną  (w czerwcu) „Aldoną” (Aldoną Samotyją – Lenczewską) - łączniczką i sanitariuszką wojenną postanowili ułożyć sobie życie „wprawdzie w nie takiej Polsce o jaką walczyli”, ale rokującej życie w pokoju.

            „Łupaszka” zwolnił „Maksa” i „Aldonę” ze złożonej wcześniej przysięgi żołnierskiej. Rozumiał ich, ale sam – mając w świadomości fakt, iż jego żona Anna mogła nie przeżyć niemieckiej niewoli (od chwili aresztowania przez Niemców na początku wojny, nie miał od niej żadnej wiadomości), postanowił walczyć dalej. Miał przy sobie sanitariuszkę „Lalę”.

            Historia Anny Szendzielarz wyjaśniła się dopiero wczesną wiosną 2017 r., gdy  na niewielkim cmentarzu na północy Badenii odnaleziono jej grób. Udało się ustalić,  że to grób żony majora kawalerii AK „Łupaszki”. Anna i Zygmunt pobrali się na początku września 1939 roku. Krótko po wybuchu wojny Polka wywieziona została na przymusowe roboty do Niemiec. Przeszła dwa kolejne obozy koncentracyjne, by pod koniec wojny trafić do rodziny Grimmów, właścicieli fabryki w Balsbach. Była u nich tłumaczką, podobno traktowaną niemal jak członek rodziny. Zginęła rzekomo przypadkowo, postrzelona podczas działań wojennych.

            „Łupaszka” popełnił błąd, gdyż zaufał rządowi londyńskiemu, od którego napływały do żołnierzy organizującego się polskiego podziemia zbrojnego mamiące informacje, że w maju 1946 r. wybuchnie wojna i Alianci ostatecznie rozprawią się z Rosją Radziecką. Mógł, jak wielu innych dowódców uniknąć represji ze strony Rosjan i polskiej bezpieki ścigającej żołnierzy AK, uciekając za granicę. Nie zrobił tego, bo uważał, że podjęta przez Sowietów 17 września 1939 r. walka z Polakami nie może zakończyć się utratą Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej i poddaniem Polski w czerwoną niewolę.

            Powojenne losy obu wielkiej klasy patriotów „Łupaszki” i „Maksa”, zanim rozdzieliły ich aresztowania, przez jakiś czas splatały się jeszcze.

            Wojtkowscy szukali najpierw swego miejsca w Białymstoku, u ciotecznego brata Rymszy – Edka. W końcu grudnia 1944 r. Aldona spotkała w sklepie UB-eka, ich byłego partyzanta, który ją rozpoznał. Krótko po tym pod ich kryjówkę podjechał samochód z żołnierzami. Cudem udało się im ujść z zasadzki. Razem z frontem posuwały się siły radzieckiej kontrrazwiedki wspomagane przez polski Urząd Bezpieczeństwa. Przeczucie Aldony podpowiadało jej, że kolejna zasadzka jest tylko kwestią czasu. I tak było, uszli z niej w ostatniej chwili.

            18 stycznia 1945 r. krewny Rymszy wywiózł ich harlejem z przyczepką poza miasto. Po kilkunastu kilometrach jazdy zawrócił, gdyż złapał gumę. Zdani na siebie i przygodny transport wojskowy (żołnierzy LWP) dotarli do Lublina. To miasto też nie było dla nich bezpieczne.

            Tym razem przypadek sprawił, że spotkali byłego AK-wca, przyjaciela - Tadeusza Stryjeckiego, który zabrał ich ze sobą do rodziny w Zaklikowie.

            Antoni i Aldona Rymszowie ukrywając się, musieli zmienić nazwisko. Potrzebne też były jakieś dokumenty, by dostać pracę, bez której życia ułożyć się przecież nie dało. Tadeusz Stryjecki pomógł im w tym, zmienili nazwisko na Wojtkowscy.

            Dla Aldony pracy nie szukali, była w ciąży. A dla Rymszy znaleziono ją w Lublinie. Lublin czasowo (po wyzwoleniu) przejął ważne funkcje administracyjne organizującej się powojennej gospodarki. Tam inny przyjaciel z Wileńszczyzny i partyzantki – Walenty Wiesztort zatrudnił go w Ministerstwie Autotransportu.

            Pracując w ministerstwie Antoni poznał głównego szefa NKWD pułkownika Radke, który na potrzeby polskie zdjął mundur, a później, gdy władza ludowa utrwaliła się już w stolicy, objął tekę ministra bezpieki pod zmienionym nazwiskiem Radkiewicz.

            Radke kilkakrotnie namawiał Antoniego na przejście do jego ministerstwa, proponując lepsze zarobki i warunki. Antoni odmawiał, udzielał wymijających odpowiedzi, obawiał się o ujawnienie swej przeszłości. Tym razem z pomocą przyszedł mu cioteczny brat generała Żeligowskiego (przebywającego w tym czasie w Londynie). Znał Antoniego Rymszę z czasów przedwojennych, był dyrektorem szkoły w Lidzie, a w świeżo wyzwolonej Warszawie objął stanowisko ministerialne. Zaproponował mu przyjazd do Warszawy i pracę w Ministerstwie Aprowizacji i Handlu, przy rozdziale darów z UNRY.

            Na wiosnę Antoni zamieszkał u niego na Dworkowej. Bez Aldony, która do końca wakacji zgodziła się pozostać u Wiesztortów (na Kwiatowej – boczna Poniatowskiej), by pomagać w nauce ich córce, która uczyła się razem z córkami Bieruta  (przyjaźniła się też z nimi) w Gimnazjum Sióstr Urszulanek.

            Raz jeszcze Rymsza zmylił bezpiekę, ale w Boże Ciało jego Aldona po raz kolejny dostała się w jej łapy. Wywieziona do Wronek, torturowana i poniżana nie wyjawiła kryjówki męża. Gdy 7 sierpnia zjawiła się u niego na Dworkowej, natychmiast razem opuścili Warszawę. Antoni miał już upatrzony domek w Oliwie. Pracując w ministerstwie aprowizacji, wykorzystał to, by szukać bezpiecznego miejsca dla rodziny poza zasięgiem ścigających go szpicli. Jak wspominał w rozmowie ze mną „Gdańsk i okolice po wyzwoleniu zostały bardzo zniszczone przez Sowietów. Palili, plądrowali i rabowali wszystko co niemieckie, co miało jakąkolwiek wartość”. W wejściu do upatrzonego domku, który pozostawał w miarę dobrym stanie, pozostawił napis; „Zajęte za zgodą ministerstwa”. Tam z dworca w Gdańsku poprowadził żonę. Rozczarowanie było ogromne. Jego upatrzony wcześniej dom zajęty został przez... naczelnego dowódcę WP generała Żymierskiego.

            Na szczęście dla nich, również w rejonie Gdańska spotkać można było przyjaciół z Wileńszczyzny. Tym razem spotkali byłego właściciela stadniny koni Franciszka Wielkiego, który „znajomemu kawalerzyście” zaproponował kąt w zajętym przez siebie mieszkaniu we Wrzeszczu.

            Na parterze piętrowej kamienicy usytuowanej w głębi podwórza przy ulicy Sienkiewicza było pięć pokoi, wspólna kuchnia, łazienka i WC. Ostatni z pokoi był jeszcze wolny.

            Żeby czuć się bezpiecznym zmieniał „papiery” także Zygmunt Szendzielarz.  W sierpniu 1945 r. Szendzielarz spotkał się z Tadeuszem Wiesztortem, którego przeniesiono akurat z całym Autotransportem do Bydgoszczy. Wiesztort wyrobił Zygmuntowi dokumenty poświadczające zatrudnienie w autotransporcie bydgoskim na nazwisko Hawling.

            Mieszkanie Rymszów stało się punktem kontaktowym dla partyzantów z Wileńszczyzny. To od nich o ich miejscu pobytu dowiedział się Szendzielarz, który niespodziewanie wraz z „Lalą” odwiedził ich w drugiej połowie września. Zygmunt od kilku dni ukrywał się wówczas w Oliwie.   Ich spotkanie nie miało charakteru czysto towarzyskiego, plan „Łupaszki” był inny. Planował, by ich mieszkanie stało się punktem kontaktowym dla całej siatki, jaką wówczas organizował na tym terenie. Zrezygnował, gdy zobaczył, że „to gniazdo os” - nad nimi mieszkali funkcjonariusze Państwowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Trzeba trafu, że w tym samym czasie zorganizowali sobie wieczorną balangę z dowiezionym gazikiem akordeonistą. Pijąc alkohol śpiewali ruskie piosenki. „Łupaszka” był załamany, wypowiadał się głośno, co zrobiłby z nimi w innych warunkach.

            Wymieniając poglądy „Łupaszka” trwał przy wariancie przyszłej wojny z Sowietami, na wiosnę 1946 roku. Nowych wiadomości na ten temat z Londynu jednak nie miał, opierał się na przeczuciach. „Maks” wątpił więc, by Aliantom, aż tak zależało na Polsce i na jej żołnierzach, którzy zeszli do podziemia.

            „Łupaszka” wiosną 1945. wszedł w porozumienie z „Mścisławem” i majorem Żukowskim, tworząc na terenie Bielsko-podlaskim samodzielną jednostkę Armii Krajowej Obywateli. Mjr Żukowski był tam inspektorem rejonu, a Marian Pluciński „Mścisław” dowódcą I szwadronu, odtwarzającego zalążki 5. Wileńskiej Brygady Śmierci.

            Niestety zrobiło się tam gorąco, do walki z nimi wysłano regularne oddziały wojska i milicji. Musieli się przenieść w bezpieczniejsze miejsce. Myśleli o Pomorzu. Zygmunt potrzebował ludzi do zorganizowania siatki. Tworzył ekipy, których zadaniem było gromadzenie broni i rekwirowanie pieniędzy na potrzeby podziemia.

            Ostatecznie „Łupaszka” namówił „Maksa” na bezpośredni udział w takiej akcji – chodziło o zorganizowanie napadu na pocztę w Sopocie. Gdy Rymsza zorientował się jednak, że kieruje nią znajomy z Wileńszczyzny (Tukar), zadecydował, że to będzie Monopol Spirytusowy.

            Kolejny raz „Maks” zgodził się, by uczestniczyć (na Podhalańskiej w Oliwie) w bezpośredniej ochronie (z bronią w ręku) spotkania „Łupaszki” z Pohoreckim – komendantem Eksterytorialnego Wileńskiego Okręgu AK. „Łupaszka” informował go wtedy: - Jest niedobrze”Maks”, tropią nas jak zwierzynę. Słyszałeś, co dzieje się w Białostockiem, Kieleckiem, na Śląsku? Wojsko obstawia lasy, organizuje łapanki. Ludzi tumanią propagandą, że jesteśmy bandytami i zdrajcami narodu. ...Musimy nasilić środki ostrożności...

            Po raz trzeci, ostatni, „Maksem” posłużył się jeszcze „Łupaszka”, wysyłając go w rejon Bydgoszczy, by odnalazł tam „Mścisława” i przekonał go, że należy przenieść oddział, ze względu na pogorszenie się warunków bezpieczeństwa, w olsztyńskie.

            Na początku października „Łupaszka” przyprowadził do ich kryjówki na Sienkiewicza majora Stefana Świechowskiego „Sulimę”, którego planował uczynić szefem propagandy po wybuchu wojny z Sowietami. Umówili się wtedy na kolejne spotkanie w listopadzie, do którego już jednak nie doszło, „Łupaszka”, po nieudanym spotkaniu w gdańskiej restauracji, musiał opuścić teren Gdańska ze względu na swoje bezpieczeństwo.

            Szendzielarzowi trudno było przyzwyczaić się do nazwiska (dalekiego krewnego) wpisanego w nowe dokumenty – Hawling. Gdy pili w trójkę alkohol i głośno zachowywali się w lokalu, ktoś powiadomił patrol milicyjny. „Maksowi” udało się wcześniej wyjść do toalety i wyskoczyć przez okno. Legitymowany „Łupaszka” nie mógł sobie przypomnieć, jak się nazywa i wraz z Józefem Kamińskim wylądowali w areszcie, skąd jednak udało mu się uciec. Później był ostrożniejszy, lecz niewiele to dało, gdyż wyrok na żołnierzy podziemia niepodległościowego był jeden – mogli zginąć w walce, lub w katowniach SB. Obietnice rządu londyńskiego okazały się fałszywe. Zachód odmówił walki z ZSRR. Zaufanie dla Londynu takich dowódców jak „Łupaszka” kosztowało życie dziesiątki tysięcy żołnierzy podziemia zbrojnego.

            Wcale nie było także łatwiej  tym, którzy tej walki nie podjęli. Sam fakt, że w przeszłości bili się z partyzantką sowiecką i chronili przed nią ludność Kresów Wschodnich wystarczył, by po wojnie ścigać ich jak zwierzynę łowną, aresztować, mordować w ubeckich katowniach lub skazywać na sowieckie łagry. Aldony Rymszowej przed katownią we Wronkach nie uchroniła nawet ciąża. A życie uratowała jedynie dlatego, że oprawcy mieli nadzieję, iż po uwolnieniu doprowadzi ich do kryjówki swojego męża „Maksa”.

            Zaraz po wojnie Gdańsk, a zwłaszcza Bałtyk  był oknem na świat, łatwiej stąd było nawiązać kontakt z Londynem. Początkowo było tu bezpiecznej niż w Polsce wschodniej, potem jednak i tu stało się niebezpiecznie.

            Pod koniec roku 1945. Rymszowie dowiedzieli się od sąsiada, że wypytują o nich funkcjonariusze UB. Trzeba było działać szybko. Przenieśli się do Oruni, gdzie znaleźli niezajęty jeszcze domek z ogrodem. Listopad i grudzień zeszły im na remoncie i wyposażaniu domu. Czasami pomagali im w tym „ludzie z siatki”, zatrzymujący się na krótko u nich uchodźcy ze Wschodu. Gdy dom był już urządzony rankiem 27 grudnia pod bramę podjechał milicyjny samochód. Jeden z milicjantów wszczął awanturę, że zajęli jego dom. Zażądał dokumentu potwierdzającego jego przydział, a potem nakazał, by się natychmiast z niego wynieśli, grożąc konsekwencjami.

            Zrozpaczeni, jeszcze tego samego dnia znaleźli nowe lokum w pobliżu, na Nowinach – Nowy Świat 19. Była to połowa jednopiętrowego bliźniaka, w którym zajęli piętro, a wspierający ich wówczas znajomi - Domaszkiewicze parter.

            Tam Antoni Rymsza raz jeszcze unikął aresztowania. Kiedy po raz kolejny UB namierzyło jego mieszkanie, nie było go w domu. Aldonie cudem udało się powiadomić męża, by nie wracał, zorganizowano na niego zasadzkę.

            Nie wrócił, znalazł nową kryjówkę – tym razem poza Gdańskiem, do której na wiosnę 1946 ściągnął Aldonę.

            Opowiadałem o tym na spotkaniach z czytelnikami w Choczewie. Powstała tam kilka lat temu bardzo prężna grupa kierowana przez Wiesława Bobkowskiego - Stowarzyszenie Antoniego Rymszy „Maksa”. Stowarzyszenie pielęgnuje historię nie tylko tych bohaterów, ale także całej walki niepodległościowej żołnierzy wyklętych. Współpracuje z lokalnymi stowarzyszeniami zajmującymi się historią, kulturą i szkolnictwem, z księżmi, a nawet z teatrem w Gniewinie, który zdobywał niedawno nagrody za sztukę teatralną opracowaną na podstawie książki mojego autorstwa „U boku Łupaszki”.

            Zapewne do tradycji przejdą kontynuowane od czterech lat w Gdańsku defilady przybywających tu z całej Polski w Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych (1 marca), licznych grup rekonstrukcji historycznych, odtwarzających pododdziały polskiego podziemia zbrojnego uczestniczące w walkach niepodległościowych. Piękna to tradycja o niezwykle bogatym ładunku patriotycznym i moralnym.

              W okresie całej stuletniej tradycji niepodległościowej Pomorze Gdańskie i Pomorze Zachodnie wielokrotnie wpisywało się do współczesnej historii Polski. Miały na to wpływ zabory i wspólne losy ludności (Polaków, Niemców, Prusaków, Kaszubów) zamieszkujących te tereny. Trwale zapisały karty tej historii losy II wojny światowej: Westrerplatte, Poczta Gdańska, piaśnickie lasy, walki o Wał Pomorski... A już za PRL-u - gdański grudzień i Stocznia Gdańska.

            W życiu „Łupaszki” i „Aldony” oraz „Maksa” tereny te także zapisały swoje znaczące, a zarazem tragiczne karty.

            W latach powojennych w świadomości Polaków utrwalano jedynie stalinowskie przymioty wielkiego sojusznika, jakim rzekomo był ZSRR. Wymazano niemal całkowicie z pamięci i świadomości Polaków Kresy Wschodnie Rzeczypospolitej, i wszystko, co z nimi było związane (w tym ludobójstwo w sowieckich łagrach).

            Zakłamywana była agresja 17 września ZSRR na Polskę, a wręcz zakazane pod rygorem odpowiedzialności karnej było mówienie o Katyniu, Starobielsku, Miednoje. To samo dotyczyło żołnierzy AK i żołnierzy podziemia niepodległościowego.

            Białych kart historii także było wiele – nie pisało się, nie mówiło głośno o wszystkim, co mogło źle świadczyć o sojuszniku, co było niezręczne, niewygodne dla partii, źle oceniało czas, w którym po II wojnie światowej się znaleźliśmy z... konieczności. A zafundowała nam ją wcześniejsza polityka rządu i układ sił na świecie, a głównie w Europie (polityka Stalina, Churchilla, zabójstwo gen. Sikorskiego, wyjście z ZSRR Armii Andersa...).

            Tymi wszystkimi faktami głównie należy tłumaczyć żywiołowe wręcz odreagowywanie przez młode pokolenie Polaków na historię Żołnierzy Wyklętych.

            Ustanowienie przez sejm w 2011 r. daty 1 marca Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych i przekazanie IPN-owi specjalnych prerogatyw umożliwiających odkłamywanie historii z nimi związanej,  ożywiło zainteresowanie tą owianą tajemnicami i zapomnianą przez historię formacją zbrojną o wojskowych tradycjach niepodległościowych, sprzeciwiającą się - po zakończeniu II wojny światowej - sowieckiej komunizacji kraju.

            „Łupaszka” to współcześnie bodajże najbardziej znany żołnierz wyklęty. Za zasługi wojenne został awansowany w listopadzie 1944 r. do stopnia majora (Rymsza ps. „Maks” - do stopnia kapitana). 5. Wileńska Brygada odbudowana została przez niego na terenie Białostocczyzny wiosną 1945 roku. W lipcu liczyła już ok. 250 żołnierzy i przeprowadziła kilkadziesiąt akcji zbrojnych p-ko NKWD, UBP, MO i KBW. We wrześniu jednak Komenda Białostockiego Okręgu Armii Krajowej Obywateli  (tak po rozformowaniu wojennych brygad nazwano AK) nakazała mu rozformować brygadę.

            „Łupaszka” wyjechał wtedy na Pomorze, gdzie po nawiązaniu kontaktu z konspiracyjnymi strukturami podporządkował się komendantowi eksterytorialnego Wileńskiego Okręgu AK ppłk. Antoniemu Olechnowiczowi „Pohoreckiemu”. Do walki wrócił w 1946. odtwarzając na wiosnę w Borach Tucholskich V Brygadę Wileńską i stając na jej czele. Oddział liczył wtedy ponad 70 żołnierzy i działał na terenie województw: zachodnio-pomorskiego, gdańskiego i olsztyńskiego.

            W końcu 1946 r., po przeniesieniu się na teren Białostocczyzny, dołączył do VI Brygady Wileńskiej dowodzonej przez „Wiktora” ppor. Lucjana Minkiewicza. W marcu 1947. opuścił oddział. Polowanie na niego było już tak zaawansowane, że postanowił ukrywać się samodzielnie. Ukrywał się najpierw w Warszawie, potem w rejonie Głubczyc, a następnie w Osielcu k. Makowa Podhalańskiego. Tam 30 czerwca został aresztowany przez funkcjonariuszy MBP.

            Po 2,5 letnim pobycie w więzieniu na Mokotowie 2 listopada został skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na karę śmierci. Rozstrzelano go na Rakowieckiej 8 lutego 1951 r. Miejsce jego pochówku, aż do czasu odnalezienia szczątków przez specjalnie powołaną Grupę Poszukiwawczą IPN - w t.zw. Kwaterze na Łączce (wśród kilkuset ofiar pomordowanych przez UB) – nie było znane.

            W dniu 24 kwietnia 2013 r. doczesne szczątki tego Żołnierza Niezłomnego z należnymi honorami, w mundurze majora WP spoczęły na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

            Zupełnie inaczej potoczyły się dalsze losy kpt. Antoniego Rymszy „Maksa”. Gdy zmuszony został opuścić Orunię, pracował najpierw w Lublewie, potem w m. Żelazno, by wreszcie zamieszkać z rodziną w przedwojennym majątku hrabiego Doniemirskiego w Osiekach Lęborskich.

            Ukrywając się pod zmienionym nazwiskiem Wojtkowscy, rodzina Rymszów (mieli już z Aldoną synka Wiesława) uwierzyła w podstępnie (wymuszoną przez Sowietów) ogłoszoną przez rząd Osóbki – Morawskiego amnestię dla AK-owców, i w marcu 1948 r. zgłosiła się do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa, by pozbyć się ciężaru wojennej przeszłości związanej z walką w szeregach AK. „Maks” do końca nie ufał nowemu rządowi i jego polityce uzależniającej kraj od ZSRR, lecz intuicja kobieca Aldony – która tym razem zawiodła – podpowiadała im, że tak będzie lepiej - unikną prześladowań i więzienia.

            Stało się inaczej, w sierpniu 1948 r. „Maksa”  aresztowano i odtransportowano do PUB w Lęborku, stąd potem przewieziony został do Warszawy i przekazany w ręce Sowietów.

            Kilka miesięcy później Rosjanie osadzili go w największym swoim więzieniu w Polskiej Legnicy, gdzie po rocznej gehennie prześladowań i tortur skazany został na 125 lat więzienia i karę śmierci.

            Wyroku nie wykonano jednak. Stalin zamienił mu go na 25 lat zesłania do łagrów. Wyniszczona wojną ziemia radziecka potrzebowała darmowych wyrobników, a on był młody, mógł aż do wyczerpania swoich sił fizycznych przydać się ZSRR, pracując w najsurowszych warunkach północy, na Syberii, w łagrach Kołymy - w kopalniach złota i wolframu za dzienną porcję 300 g  chleba i miskę bałandy.

            Przeżył Kołymę i niewyobrażalne wręcz jej warunki. Po śmierci Stalina, odwilży politycznej i nawiązaniu kontaktów pomiędzy Gomułką i Chruszczowem, ta część Polaków, której udało się przeżyć dotychczasową gehennę zsyłek, mogła wrócić do Polski.

            Z powodu swej hardej wobec sowieckiego systemu postawy i zapatrywań politycznych Antoni Rymsza znalazł się w tej ostatniej grupie zesłańców, którym to się udało. Wrócił w dniu swoich 45. urodzin - 14 kwietnia 1959 roku. Do Polski, w której jeszcze do roku 1989 musiał uchodzić za wyklętego, za „zaplutego karła reakcji”, za niegodnego Polski Ludowej obywatela, któremu należała się tylko pogarda.

 

            Zakłamywanie współczesnej historii Polski w czasach PRL spowodowało ogromne braki w świadomości młodych Polaków, utrwaliło fałszywe przekonania o prawdziwych wrogach i bohaterach. Prawdziwą historię żołnierzy wyklętych Jan Stanisław Smalewski opisał w unikatowym dziś wydaniu trylogii „Opowiedział mi Maks” - Wyd. ARS PRINT PRODUCTION Warszawa 1994-96 oraz w późniejszych, zbeletryzowanych jej częściach: „U boku Łupaszki” (wyd. PATI Wa-wa 2012) i „Więzień Kołymy” (wyd. Fundacja Dziedzictwo – Sławno 2012), a także: „U boku Łupaszki” „Żołnierze Łupaszki”, „Więzień Kołymy”, „Łupaszka – trylogia” i „Pod rozkazami Łupaszki” (wydanymi przez wydawnictwo MIREKI Kraków – Warszawa w latach 2014-16). Powstała także publikacja jego autorstwa opisująca działalność AK na obszarze Lwowskim i łagry Workuty pt. „Wyrok Workuta”, wydana przez IPN Wrocław – 2008.

 

 

 

Pin It