Elżbieta Musiał o kodzie mistrza i benefisie Katarzyny Gärtner

 

Mistrz Katarzyna1

Benefis K. Gärtner, Teatr Groteska; zdj. E. Musiał

 

 

 

Mistrz Katarzyna

Podobno czas, którego teraz doświadczamy, nie stwarza szans na relację mistrz – uczeń. Istotnie, wygaszamy autorytety. Kształcenie elitarne (jeden na jeden) dawno zamieniliśmy na egalitarne. I zachowujemy się tak, jakby nie starczało już czasu na dojrzewanie w cieniu mistrza. Za szybko się dzieje, za dużo. Za. Lecz czy świat po wizjonerstwie Jobsa, który sam siebie okrzyknął mistrzem, ten świat chipów i sięgający po inteligencję roju mógł się aż tak fundamentalnie zmienić? Fundamentalnie, a zatem zmienić zasady? Nie, przecież to nie jest możliwe. Zasady są niezmienne, zmieniają się tylko warunki, w jakich przychodzi nam je urzeczywistniać. Każdy, kto łaknie rozwoju, w sposób naturalny będzie szukał mistrza. Przysłowie mówi, że gdy uczeń jest gotowy, pojawia się mistrz. Nie dajmy sobie wmówić, że spotkanie uczenia z mistrzem jest wyłącznie kwestią niechcianej i odrzucanej dziś zależności patriarchalnej. Wszak dostrzeganie wielkości, nawet jeśli miałaby należeć do innych, jest kwestią świadomości i wrażliwości. Mistrz jest tylko latarnią, drogę i tak każdy adept musi przejść sam. Nasuwa mi się taki cytat z „Zielonej Mili” Stephena Kinga: „Jestem zmęczony, szefie. Zmęczony wędrówką, samotnie jak jaskółka w deszczu. Zmęczony tym, że nigdy nie miałem przyjaciela, żeby powiedział mi skąd, dokąd i dlaczego idziemy”.

Otóż właśnie, mistrzostwo nie jest jedynie opanowaniem do perfekcji jakiegoś rzemiosła i nie zawsze między mistrzem a ekspertem da się postawić znak równości. Wszak gra toczy się o wartości, od fizycznych przez intelektualne i artystyczne i aż po sakralne. Innymi słowy, mistrz to ktoś posiadający wybitną sprawność działania w sferze wartości i potrafiący innym tę sprawność przekazać. Wskazujący innym – jedynie i aż – drogę do samodzielnego przemierzania. Lecz do tego potrzebna jest jeszcze wrażliwość ucznia na wartości. Bez niej ani rusz, bez niej już tylko masówka.

Powtórzę, nie dajmy się zwieść, że autorytetów wśród nas nie ma. To raczej mistrz stroni od nazywania siebie mistrzem, a uczniowie dziś jakoś nie chcą go dostrzec. Słowo „mistrz” coraz trudniej przechodzi nam przez gardło. A szkoda, bo na własne życzenie ten nasz świat wartości zawężamy, uszczuplamy, spłaszczamy do jednego wymiaru ekonomicznego sukcesu czy popularności. Tym samym pozbawiamy go duchowości, a siebie skazujemy na samotność w „drodze”. Samotność – bo brak jest odzewu, brak wzajemności. Wzajemności, która towarzyszy spotkaniu mistrza z uczniem.

Samotna droga. Nawet jeśli już ją przejdziemy i daj Boże osiągniemy ponadprzeciętne wyniki, czy ktoś jeszcze odważy się powiedzieć o nas „mistrz”?

Encyklopedie roją się od nazwisk mistrzów zmarłych. Dlatego że ktoś o nich kiedyś napisał. Wspomniał o tym rodzaju oświecenia, które wyrwało go z rutyny dnia codziennego i kazało obcować z zasadami mistrza, co w konsekwencji odcisnęło ślad na jego drodze i pozostawiło w pamięci.

Coraz rzadziej zdarzają się – choć na szczęście wciąż jeszcze – w publicznej przestrzeni spotkania, w których mistrz obsadzany jest w roli mistrza. Niedawno uczestniczyłam w takim wydarzeniu. Bohaterka wieczoru całą sobą, osobowością i osobliwością, postawą i dokonaniami potwierdzała istotę i wzorzec mistrza. Był to benefis Katarzyny Gärtner, 40. jubileuszowa edycja Kodu mistrzów w Teatrze Groteska w Krakowie, 17 października 2018 roku.

A zatem to jej ukochany, magiczny Kraków był tym miejscem, o czym nie omieszkała powiedzieć ze sceny. A zawiadywała nią przez 3 godziny trwania wydarzenia. Benefis nie należał do typowych z tysiącem wspomnieniowych pytań i odpowiedzi na nie. Kto zna Katarzynę Gärtner, ten wie, że nie odcina kuponów od przeszłości. Ona wciąż zaskakuje, wciąż tworzy. Oczywiście, były legendarne piosenki, bo skomponowała ich przecież multum, ale w zupełnie nowych, a wręcz nowoczesnych aranżach. Czyli odświeżony rhythm and blues, rock i folk. Od zawsze było jej do twarzy z muzyką o wyraźnym pulsie życia. Nie raz mówiła, że jej ojcem jest blues, a matką ballada.

Ta niekwestionowana królowa, wybitna kompozytorka, znów skupiła wokół siebie znane oraz wschodzące gwiazdy rodzimej sceny. Zacznę od trzech młodych wokalistek, a pracuje z nimi już od kilku lat. Zapamiętajmy te nazwiska: Elwira Sibiga, Magda Zimny, Caroline Theophoile. W tej grupie – którą Katarzyna nazywa swoim narybkiem – jest też Bartek Gärtner (gitara basowa). Zmierzyli się oni ze znanymi przebojami Mistrzyni, które niejednokrotnie doczekały się mistrzowskich interpretacji, co nigdy nie jest łatwe. A Elwira jak w scenicznym transie wykonała nowo napisaną przez kompozytorkę piosenkę do słów Agnieszki Osieckiej „Tonę”, były one ostatnim wyznaniem poetyckim tej wspaniałej tekściarki, skreślonym na kartce papieru i wysłanym – jak zwykła to robić – Katarzynie Gärtner.

Katarzyna Gärtner oprócz wielu mistrzowskich cech i zalet w swoim kodzie ma jeszcze jeden – specjalny zmysł. Pozwala jej wyłapywać alikwoty w głosach. Dla takich głosów specjalnie pisała melodie i zestrajała je z temperamentem wykonawcy. A oni jeden po drugim stawali się ikonami polskiej piosenki. Tak, była kreatorem talentów, matką chrzestną wielu sukcesów. Anna German, Maryla Rodowicz, Urszula Sipińska, Halina Frąckowiak, Basia Trzetrzelewska, Urszula, Tadeusz Woźniak, który w czasie benefisu zaśpiewał wraz z żoną „Hej, Hanno”. Natomiast „Credo” z mszy beatowej „Pan przyjacielem moim” należało do Marka Piekarczyka. Gdy przed laty kompozytorka usłyszała go po raz pierwszy, a był wtedy na początku swojej kariery, powiedziała: Ma złoto w gardle, ale trzeba mu dać ludzi z podobnym temperamentem. Pomyślała o kapeli z Nysy. I tak się stało. Już za miesiąc stali na scenie w Jarocinie, a potem posypały się koncerty i nieprzebrane tłumy na nich. Intuicja i instynkt godne mistrza.

Podobnie było z Anną German i „Z tańczącymi Eurydykami”. Po usłyszeniu kryształowego głosu Anny, wiedziała już, że ta kompozycja (śpiewana wówczas przez Majdaniec) napisana została właśnie dla niej. Później dzięki niej piosenkę usłyszała jedna szósta świata, German wielbiona była w Związku Radzieckim (jeszcze wtedy).

 

Mistrz Katarzyna2

Kazimierz Mazur; zdj. E. Musiał

 

Na benefisie nie mogło zabraknąć „Eurydyk”. Piosenkę wykonał aktor Kazimierz Mazur, prywatnie mąż Katarzyny (z towarzyszeniem Warszawskiej Kapeli z Targówka). Za przewrotność interpretacyjną otrzymał gromkie brawa. On też był twórcą scenariusza i reżyserem spektaklu. I dokonał rzeczy niemożliwej, czyli z ponad tysiąca utworów wybrał kilkanaście, a te nagle stały się podróżą przez bogaty i różnorodny muzycznie i tematycznie dorobek Katarzyny Gärtner. By osiągnąć perspektywę, posłużył się kluczem: utwory miały pochodzić przede wszystkim z dużych form, z musicali, oratoriów i oper, których stworzyła tak wiele. A każdy miał inny klimat, inną historię, innego odbiorcę, a nawet początkowo swoją geografię, jak choćby epopeja śląska „Pozłacany warkocz”, z której przypomniane zostały „Gizd” (z repertuaru Ryszarda Riedela) i „Gorzkie dymy” (tym razem Piotr Kupicha). W klimaty folkowe zanurzyli się jeszcze Wojtek Małota, Marcin Roszak oraz Andrzej „Papa Gonzo” Gąszczyk. Natomiast Jacek Wójcicki wyśpiewał „Meszuge” z komedii żydowskiej o nieszczęśliwej miłości.

Przebój nie zna granic. Czy pochodzi z opery, czy musicalu, natychmiast jest nucony przez wszystkich. Któż nie powtórzy choćby jednej frazy „Hej baby, baby” (Edward Hulewicz) ze śpiewogry „Na szkle malowane”, którą napisała do libretta Ernesta Brylla? Każdy z wymienionych tu utworów i innych z długiej listy ma swoją historię. Swoje życie, legendę. Każdy miał premierę i covery, interpretacje i gwiazdorskie wykonania. Wokół każdego można by książkę napisać. Czyż nie jest powołaniem mistrza implikować taką rzeczywistość? Namaszczać talenty, dostrzegać nieodkryte możliwości, dotykać spraw jak palcem Bożym.

Nie wszyscy z wymienionych przeze mnie byli jej wychowankami. Nie prowadziła lekcji, bo wg niej najlepszą szkołą była po prostu scena. Ona zrobiła dla nich coś więcej – umiała dostrzec w nich wyjątkowość, wrażliwość i wartości, które nie powinny się zmarnować. Umiała zaświecić im światło. Bo gdy uczeń jest gotowy, pojawia się mistrz.

Podczas benefisu panował klimat wzajemności. Nie mogło być inaczej. Zadecydowały więzi przyjaźni, rodzinne niemal (wystąpił też syn Kazimierz Mazur junior) między nią a tymi, którzy tego wieczoru jej towarzyszyli. Tak, śpiewali i grali dla niej. A ona ciepło o nich mówiła, jak przyjaciel do przyjaciela i o przyjacielu. We wspomnieniu nie pominęła Brylla, German, Riedla, Osieckiej (zdjęcia również na ekranach). A gdy popłynęła „Wielka woda”, której słowa Katarzyna Gärtner przyjęła za swoje życiowe kredo, a gdy popłynęła „Wielka woda”…

Elżbieta Musiał

 

Pin It