Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

 

Już nie czarny charakter, bohaterem nie będzie nigdy…

niewygodny polakZacznę od wad, błędów, których w tej książce sporo, a które bez trudu wyłapie każdy, kto choć trochę interesuje się historią. Wina to zarówno autora, jak i – nie mniejsza – redaktora. Ale zacznę, chcę to wyraźnie powiedzieć, tylko dlatego, że dalej chcę chwalić, bo ważna to i w wielu miejscach ciekawa książka.

Wracając… Mamy rok 1943, okupowaną Warszawę, mocno to eksponuję. „Kula z jego własnego rewolweru, kartka z trzema słowami i kupa zupełnie nieznanych odcisków palców”? Tak, tak, „kupa zupełnie nieznanych odcisków palców”. Otwieramy komputer: „Nowoczesne metody rejestracji linii papilarnych, ich przechowywania, katalogowania i wykorzystania praktycznego opracowano w latach 30. XX wieku. Dopiero jednak po II wojnie światowej daktyloskopia stała się powszechna przy ustalaniu tożsamości sprawcy”. Nierealne. Kolejny kwiatek: „Albo Philip Marlowe, zna pan Philipa Marlowe’a. Nie? Musi pan koniecznie przeczytać”… Jeden z bohaterów, oficer Kripo, chce być jak słynny detektyw z powieści Raymonda Chandlera. No cóż, ponownie otwieramy komputer: „Głęboki sen”, data wydania 1939, „Żegnaj laleczko” 1940, „Wysokie okno” 1942. Jakoś nie potrafię uwierzyć, że mógł je znać (wszystkie inne książki Chandlera wydane po tej dacie). „[…]lekarz pokazał mu fiolkę z biała zawiesiną. […] Ha! Skarb z getta. Najprawdziwsza angielska penicylina”. To już zupełne kuriozum. Proszę poczytać kiedy zaczęto produkować penicylinę, kiedy Amerykanie i Anglicy zaczęli nią ratować swoich żołnierzy w Afryce i w jakiej postaci ją podawano (dla ułatwienia, w żadnych fiolkach). I jeszcze to getto w 1943 roku… Są też pomyłki wynikające ze zwykłego niechlujstwa, czego po byłym dziennikarzu BBC trudno było się spodziewać – pomylić Jarosława Kurskiego z Jackiem Kurskim – bezcenne! „Ruszyła jak z kopyta”, „sędzina” (dla przypomnienia, sędzina to żona sędziego, w sądzie mamy do czynienia z sędzią!). Irytuje, że na rozmówcę o trudnej historii czasu II wojny światowej bierze sobie autor… Andrzeja Friszkę, który, przy wielu swoich dokonaniach, akurat tą częścią naszych dziejów nie zajmował się nigdy. I tak można wymieniać, stworzyć długą listę. Ale… Wystarczy.

Jeszcze raz: Maciej Bernatt-Reszczyński napisał ważną, podkreślam, ważną książkę. O dziwnej strukturze. Reportażu historycznego? Dziennikarskiego śledztwa? Wywiadu? Beletrystyki historycznej? Wszystkiego jednocześnie. Napisał też historię rodzinną. Bo „Niewygodny Polak” to opowieść o jego stryjecznym dziadku, Aleksandrze Reszczyńskim, komendancie granatowej policji, zamordowanym przez podziemie komunistyczne właśnie w 1943 roku.

Przez cały okres PRL-u utrwalano w Polakach obraz, w którym granatowi policjanci byli prawie jak Gestapo połączone z SS. Byli i tacy, nie ma co ukrywać, wystarczy przywołać znakomitą powieść Stanisława Rembeka „Wyrok na Franciszka Kłosa”, ale też setki innych współpracowało od początku z podziemiem, oddając mu przysługi nie do przecenienia, wypełniając jednocześnie swe policyjne obowiązki, wśród których bez wątpienia było zapewnienie ludności elementarnego poczucia bezpieczeństwa (terror niemiecki a ochrona przed zwykłymi bandytami, złodziejami, szumowiną to przecież dwie różne sprawy).

Bernatt-Reszczyński próbuje zrekonstruować dzieje Aleksandra Reszczyńskiego. Zapisuje rozmowy z córką. To wstrząsająca relacja – siedzą z matką zamknięte w służbówce, a tuż obok, w którymś z pokoi mieszkania odbywa się „sąd” nad mężem i ojcem komunistycznej jaczejki. I strzał w potylicę. A potem kilkadziesiąt lat walki córki o przywrócenie dobrego imienia zamordowanego. Ci, którzy strzelają, pochwalą się tym w swojej podziemnej prasie. Trzeba będzie wielu lat, aby na jaw wyszły kontakty komendanta z podziemiem (nie, nie był zaprzysiężonym żołnierzem Armii Krajowej, ale oddawał jej cenne przysługi). Rekonstruuje losy morderców zabitych później w bezsensownym napadzie na świetnie strzeżony bank (i utrwalania ich kultu w PRL-u dzięki Spychalskiemu), tych bezpośrednich i tych, którzy pociągali za sznurki. Rozmawia z historykami, żołnierzami Armii Krajowej, przegląda teczki w archiwach, czyta prasę. Tworzy wreszcie fikcyjną postać inspektora policji kryminalnej Joachima Weissa, którego z Aleksandrem Reszczyńskim wiąże tajemnica sprzed wielu, wielu lat. Weiss chce rozwikłać i pomścić zagadkę śmierci swego znajomego, który… no, nie będę tej historii rozwijał do końca.

Pomieszał gatunki Bernatt-Reszczyński. Nic w tym złego, ja raczej widziałbym to jako zaletę. Bo tylko w ten sposób może wypełnić luki, których w historii sprzed siedemdziesięciu czterech lat, zakłamywanej przez prawie półwiecze, było i wciąż jest sporo. Pewnie niektórych już nigdy nie da się rozwikłać. Na szczęście nie jest to hagiografia stryjecznego dziadka, to obraz twardego mężczyzny na tle piekielnie trudnego czasu. Człowieka, który musiał podejmować trudne decyzje, stawać wobec wyzwań, jakich nie warto życzyć najgorszym wrogom, ratować to, co jest do uratowania.

Więc jeszcze raz powtórzę: to ważna, warta czytania książka, łamiąca wciąż obowiązujące tabu („ciszej nad tą trumną”). Bo choć Aleksander Reszczyński, przynajmniej w oczach tych, którzy się historią interesują, nie jest już (na szczęście) „czarnym charakterem”, to wciąż pozostaje zagadką. A dzięki „Niewygodnemu Polakowi” otworzyły się nowe szufladki. Trzeba je wreszcie powyciągać.

 

Maciej Bernatt-Reszczyński – Niewygodny Polak, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2017, str. 592.

 

Pin It