Andrzej Walter

 

Opowieści z piekła

 

dziewczyna o 7   Dawno nie czytałem książki, od której tak dalece i trudno było mi się oderwać. Mnóstwo książek wciągało mnie swego czasu wyjątkowo silnie, ale przyznaję nieco zaskoczony, że te ponad pięćset stron magnetycznie przedstawionej historii wessało mnie wręcz nieskończenie w swój krąg. Była to opowieść, przy której czas przestawał się liczyć, a aktualnie wyświetlana godzina czy pora dnia przestawały mieć jakiekolwiek znaczenie, nawet w kontekście jutrzejszych spraw oraz zadań. Już samo to świadczy bardzo wiele o tej książce. Ta książka to jednak coś więcej niż tylko sprawnie napisana, znakomicie opowiedziana i właściwie przedstawiona literatura. Właściwie niezaprzeczalne walory literackie, niezły warsztat, dynamicznie prowadzona narracja czy choćby zgrabnie stopniowane napięcie zeszły jakoś w tym przypadku na plan nieco dalszy. Książka ta bowiem, to jedna z ciekawszych opowieści o zjawisku, w zasadzie już fenomenie współczesnego świata jakim jest dziś Korea Północna.

   Zapewne motywacją do mojego sięgnięcia po tę książkę były ostatnie doniesienia medialne o tym, co dzieje się (właściwie już ciągle) wokół tego kraju oraz wielce prawdopodobnego scenariusza rozwoju ostrego konfliktu ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki. (Jak również z całym współczesnym światem.) Korea Północna bowiem to relikt minionej epoki, kraj, w którym człowieka zredukowano do nawozu użyźniającego glebę tak zwanej rewolucji marksistowskiej oraz uczyniono zeń obiekt przekraczającego wszelkie granice eksperymentu społecznego wykraczającego daleko poza ramy doznań literackich, choćby spod znaku orwellowskiej przestrogi. Życie znów przekroczyło progi literackie, czy tego chcemy, czy nie.

 

   Nie ukrywam też, iż oprócz lektur czekających na swoją kolej z dziedziny pięknej bajki książek tradycyjnych posiadam też listę rezerwową w postaci czytnika e-booków, gdzie w zacisznym wnętrzu cyfrowego świata spoczywa sobie cierpliwie ponad 500 fascynujących książek, którymi warto zgrzeszyć poświęcając im kiedyś swój czas. I tak się złożyło, że nadszedł ten czas, czas lektury „Dziewczyny o siedmiu imionach” – współautorstwa Hyeonseo Lee i David Johna. Jak już wspominałem (dawałem do zrozumienia) ta książka jest bardzo obficie zrecenzowana i opisana w Sieci, stanowi nie tylko zjawisko literackie, ale i ludzkie, socjologiczne czy polityczne, jak i potężny obszar naszej refleksji nad fenomenem funkcjonowania jeszcze na świecie takiego groźnego skansenu ideologicznego jakim jest Północna Korea.

   Warto się temu przyjrzeć. Warto skonfrontować nasze życie w higienie, zdrowiu i ciepełku cywilizacji wobec nadal działającego systemu opresji wobec człowieka. To, co szczerze, prostolinijnie czy wręcz z ogromną emfazą opisuje owa książka dzieje się przecież naprawdę, dzieje się wciąż od 70-ciu już lat, a klan Kimów zniewala nadal tamto społeczeństwo, żeruje na nim, jak również wysysa z niego ostatnie pokłady płynącej krwi. Nieprawdopodobnymi wydają się opisy śmierci głodowej, opisy doznawanych absurdów, ślepej wiary w Wielkiego Wodza oraz Partię. A jednak wszystko to wydarza się, podczas gdy dosłownie obok funkcjonuje Korea Południowa – jedno z najbogatszych i najlepiej rozwijających się państw świata. Korea Północna zahibernowała się, w wydawałoby się zakończonej epoce, i zaczyna stanowić, poprzez posiadanie potężnej broni nuklearnej, poważne zagrożenie dla całego świata. I tutaj warto ujawnić refleksję literacką – ogrom wagi spraw wielkich, ogólnoświatowych, spraw naszego życia i bezpieczeństwa, zupełnie nie przeszkadza w lekturze tej historii, a wręcz potęguje możliwości czytelnicze. Jakby ta interferencja empatii wobec zarówno świata jak i szarego człowieka zespoliła się dzięki tej książce w jedno. Nie zawsze jest to takie oczywiste.

   Nie chcę tu powielać zachwytów czy krytyki literackiej tej książki. Chcę jedynie zwrócić uwagę na ... zjawisko, na fenomen, czy też na wagę problemu. I tego, że zarówno warto tę książkę przeczytać, wręcz z perspektyw terapeutycznych oraz możliwych następstw osobistych doznań, ale i trzeba dziś, prócz lektury, podnosić kwestię naszej przyszłości nie tylko w kontekście zagrożeń z własnego podwórka, ale i możliwych scenariuszy rozwoju wypadków na świecie wobec szaleństwa Kimów – władców tego groźnego skansenu i reakcji mocarstw oraz ludzkości na owo szaleństwo. Waga tej sprawy jest ogromna. Choć może nie wszyscy sobie zdają dziś z tego sprawę.

   W tym kontekście „Dziewczyna o siedmiu imionach” to właściwie żenujące opowieści z piekła, które zmaterializowało się na naszych oczach i spokojnie sobie funkcjonuje pod pewną szerokością geograficzną wschodniej Azji. Może warto zapytać jak to się stało i dlaczego to nadal się wydarza? Warto pytać kto stoi za tym, iż wciąż ten kraj nie zbankrutował, nadal jakoś tam działa i gnębi swych obywateli sprowadzając ich do roli wypełniacza systemu? Rosja? Chiny? Zahibernowane tęsknoty i ideologie? Współczesna wersja tolerancyjnej hipokryzji? Tych pytań może być bardzo wiele, jak i odpowiedzi, jak i wersji odpowiedzi, czy też możliwych kombinacji źródeł i czynników. Węzeł gordyjski problemu pod nazwą Korea Północna i nasz do niej stosunek to – sądzę – bardzo ważna ... Sprawa. Na szali tego stosunku ważą się bowiem dalsze losy świata, na tej szali ważą się poziomy naszej empatii, czy wręcz poziomy naszej rzekomej nowoczesności, tolerancyjności czy postępu, który każe nam znów zapytać – co robimy w tej materii? I ktoś powie, a cóż my robić możemy? Odpowiem: możemy raz na zawsze skrytykować chorą i skompromitowaną ideologię marksistowską, pojąć dawno już odkryte i opisane jej deformacje i wynaturzenia oraz nie powielać tych wzorców, co niestety dzieje się nadal na brukselskich salonach reform współczesnego człowieka i lewackich utopii pseudonowoczesnych elit Europy. Ufff. Zapędziłem się dość daleko. Ale tak trzeba. Trudno bowiem gangrenę leczyć polopirynką. A tego typu terapię fundował nam przez lata świat na ów koreański „problem” i doszliśmy do ściany w postaci Kima machającego nam przed nosem realnie zagrażającą bombą wodorową mogącą unicestwić co najmniej połowę USA. Nie wspomnę już o możliwych konsekwencjach jej użycia. Trochę wyobraźni – drodzy Czytelnicy. O nią Was jak najbardziej i dalece posądzam.

   Wróćmy na moment do samej książki. W internecie znajdziecie mnóstwo jej recenzji. Lepszych i gorszych, ale na pewno szybko zorientujecie się o co w tym wszystkim chodzi i dlaczego warto tę książkę przeczytać. Bowiem książkę warto przeczytać, tak naprawdę z uwagi na jej szeroki kontekst. Zapoznałem się z tymi recenzjami rozpiętymi od poważnych po zupełnie amatorskie i przyznam szczerze, najbardziej oddającą ducha książki była recenzja zamieszczona przez pewną użytkowniczkę – Panią Emilię Postulkę na portalu Allegro. Przytoczę kilka fragmentów, z którymi absolutnie i w sposób bezdyskusyjny się zgadzam. Sam nie napisałbym tego adekwatniej zatem oddajmy głos Pani Emilii:

„Dziewczyna o siedmiu imionach” to książka, która całkowicie zmieniła moje postrzeganie Korei Północnej. Od razu zaznaczę, że ekspertem w temacie nigdy nie byłam. Z Koreą Północną kojarzyłam te wszystkie słowa-klucze znane mi z przekazów medialnych. „Reżim”, „łamanie praw człowieka”, „głód”, „tortury” – to rzeczy, które momentalnie przychodziły mi na myśl, gdy słyszałam hasło „Korea Północna”. „Dziewczyna o siedmiu imionach” odczarowała to stereotypowe podejście, ale przede wszystkim pokazała mi codzienność mieszkających tam ludzi.”

 

Podczas lektury „Dziewczyny o siedmiu imionach” właściwie nieustanie towarzyszyła mi myśl: „jak to możliwe”? Władze pozwalają niemal na wszystko, jeśli masz odpowiednie „songbun”, pieniądze na łapówki dla urzędników oraz zmysł handlowca. Wystarczy kochać partię, czcić jej liderów i święte miejsca pamięci, aby stosunkowo łatwo szmuglować z przygranicznych Chin wszelkiej maści towary. O ile bielizna, płyty czy obuwie brzmią jeszcze sensownie, to pomysł przemycania motocykli, sprzętu AGD oraz narkotyków wydaje się szalony. Ale w Korei Północnej o wiele bardziej szalone jest nieposiadanie w domu portretów Wielkiego Wodza i jego ukochanego syna. Za kurz na portretach umiłowanych przywódców cała rodzina mogła trafić do ciężkiego obozu pracy. Na przemyt narkotyków władza nie tylko przymykała oczy, ale wręcz czerpała z niego korzyści finansowe. W latach 70. Korea Północna słynęła z produkcji wysokiej jakości heroiny, którą sprzedawała w ogromnych ilościach do Chin. W następnych latach produkcja przerzuciła się na kryształki metaamfetaminy nazywanej „bingdu”. Autorka książki wychowała się w rodzinnie, której zdolności handlowe były nieprzeciętne. Matka Lee Hyeon-seo jest zaradną, inteligentną kobietą, która potrafi załatwić praktycznie każdą sprawę w zgniłym, komunistycznym systemie. To dzięki niej Lee Hyeon-seo wyrasta na indywidualistkę, która lubi wyróżniać się z szarego tłumu – choćby czerwonymi butami przemyconymi z Chin.

 

„Życie w tym kraju pod wieloma względami nie różni się od życia, jakie ludzie wiodą gdzie indziej – martwimy się o pieniądze, cieszymy się z dzieci, pijemy zbyt wiele i drżymy o karierę zawodową” – tak Lee Hyeon-seo próbuje oddać czytelnikowi z Zachodu codzienność w Korei Północnej. I to jest właśnie najważniejszy wymiar tej wspaniałej opowieści. Możliwość zobaczenia Korei Północnej z bliska. Z perspektywy zwykłego człowieka z jego codziennymi problemami. Drugi wymiar to trzymająca w napięciu historia uciekinierki, która musi przejść naprawdę wiele, aby w końcu móc normalnie żyć.

   I tak oto lektura „Dziewczyny o siedmiu imionach” doprowadziła nas do tych przygnębiających rozważań. Czy los świata naprawdę jest w naszych rękach? Dopóki nie padły strzały, nie poleciały bomby, nikt nikogo tu nie zabił, wydaje się, że tak. Co jednak z „tam”? Tam strzały wciąż padają, a śmierć przybiera niskie nominały – warta jest być może miskę ryżu?...  Ten obłęd, doskonale opisany w książce, nie pozwala pozostać obojętnym. Dlatego piszę do Was te słowa. Powinniśmy wreszcie przyjąć pełną odpowiedzialność za nasze: spojrzenia, poglądy, idee oraz wypowiadane sądy. Pytanie – jak to uczynić w świecie mediów i iście Goebelsowskiej propagandy? To już pytanie, z którym Was pozostawię. Warto sięgnąć po „Dziewczynę o siedmiu imionach”. Może te imiona coś nam powiedzą? Ukształtują jakąś myśl na temat współczesności? Może dadzą asumpt do konfrontacji naszego życia, naszego świata w obliczu klatki jaką stworzono tysiące kilometrów stąd? Nie wiem. Wiem natomiast, że te opowieści z piekła są poważną przestrogą. Przestrogą, którą wykłada nam literatura. Literatura, którą coraz mocniej się deprecjonuje. Spróbujmy z jej siły skorzystać. Sądzę, że nadal warto.

 

Andrzej Walter


Hyeonseo Lee, David John „Dziewczyna o siedmiu imionach”, tłum. J. Szajkowska, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015, ss. 513.

 

Pin It