Małgorzata Kulisiewicz

 

Enormi Stationis „Centaurydy”. Dionizyjski świat poezji

 

enormi stationisCzy wiecie, że mamy w Polsce poetycki rekord świata, około dwóch milionów piszących? Tak konstatuje w swoim niezwykle ważnym eseju Andrzej Walter („Popcorn zabłąkanych słów…” , „Poezja dzisiaj” 124/125 2017). I wyobraźcie sobie, że w tej ilości, każdy z tych dwóch milionów gdzieś tam pisze wiersze o miłości. Jednakże tomik „Centaurydy” Bartosza Radomskiego jest pod wieloma względami niezwykły i nie może przejść niezauważony. Tak, Bartosza Radomskiego, gdyż Enormi Stationis to tylko stylizowany pseudonim literacki. Autor to filolog klasyczny, historyk idei, doktorant w Zakładzie Studiów nad Renesansem UW, tłumacz literatury rumuńskiej, a wszystko to ma wpływ na jego poezję, niezwykle erudycyjną i mimo pozornie prostej formy, wymagającą wnikliwego czytania.

 

          Dokładnie jedną czwartą tomiku zajmują wiersze o centaurach (centaurydach) czyli mitycznych dzikich istotach, w połowie ludziach, w połowie koniach, zamieszkujących szczyty gór w Tesalii w zachodniej Arkadii w starożytnej Grecji. Najczęściej spotykaną wersją jest, że Kentauros spłodził je z dziką kobyłą w magnezyjskim lesie. Ponad dwadzieścia z tych stworzeń znamy z imienia. O kobietach centaurach milczą stare mity. Centaurydy w początkowej części tomiku Stationisa to też mężczyźni: Eurytion, Hylajos i Rojkos, Thereus, Argeus i Homados, Nessos, Folos i Chejron, Sagittarius. Poeta przywołuje tu mitologiczny topos, centaur jest dla niego symbolem i archetypem erotycznej zmysłowości, zwierzęcej i dzikiej strony natury ludzkiej. Młodsze  centaury przyłączyły się do sylenów i Pana i tworzyły z nimi orszak Dionizosa, greckiego boga płodności, lasów, wody, winnej latorośli i wina. Na jego cześć odbywały się ekstatyczne misteria. Wydawałoby się, że taki mitologiczny topos aż zaprasza czytelnika do świata nieokiełznanej radości i zmysłowości. Ale zastanawia już samo motto z Owidiusza: „Ile muszli na brzegu, tyle cierpień w miłości”. Owszem, już w drugim wierszu „słowa i myśli transmigrują”, podlegają reinkarnacji w następny żywot, czyli greckie mity o centaurach przenosimy do współczesności. Co jednak znaczy rozpoczynające tomik: „Jestem zdaniem./Jestem wierszem.” („Od autora”). Poeta utożsamia się z archetypem? „Zamknięte w ciałach dusze osiągają ekstazę.” Utożsamienie się z archetypem jest niebezpieczne, prowadzi do zatracenia. Może stąd cierpienia w miłości. Czyta się te wiersze, przejmując ekstatyczny nastrój, niczego nie podejrzewając, tak bliskie są mitologii, gdzie centaury uwodziły przecież kobiety. I nagle zaskoczenie. W ósmym wierszu „Grupa Homadosa” pojawia się stwierdzenie: „Gdyby zaspokajali się wzajemnie/nie ginęliby jeden po drugim.” Orientujemy się, że będą to wiersze homoerotyczne, pełne fascynacji miłością gejowską. W „Rzeźbiarzu” posąg ma muskularne ciało, Galatea jest tutaj mężczyzną, obrazy wyimaginowane to też faceci. Adresaci liryczni wielu innych wierszy to też mężczyźni („Męski smak”, „Zarost”, „Aromat”, „Całun Turyński”). Tak więc w potoku utworów o miłości wiersze Stationisa wyróżniają się tym, że opowiadają o miłości gejowskiej. Motyw ten występował w polskiej literaturze o wiele wcześniej, choćby u Jarosława Iwaszkiewicza. Tutaj mu poświęcony jest mu cały tomik. Są jednak i wątki kobiece: „Delikatna Safona”, „Nocny spacer”, „Magnezyjski las”. Czyżby w tej poezji objawiał się mit Androgyne, dwupłciowego bóstwa, występującego w wielu starożytnych mitologiach?

    Niewątpliwie, jaka by nie była, jest to miłość ekstatyczna, porozumienie zmysłów, bez słów, „namiętna mowa pocałunku” („Delikatna Safona”). Nie sięga ona poziomu logos, jest dionizyjska. Trudno się od niej uwolnić, jest jak narkotyk: „Moja dusza/niczym niewolnica ciała albo zmysłowości” („Aromat”). Miłość zmysłowa to misterium, które wypełnia się poprzez zapach. Upojne rytuały nie mogą obejść się bez wina, dionizyjskiego atrybutu. „Wino kołysze nasze zmysły/jak poezja” („Wino”). Napój ten w jakimś ziemskim sensie przeistacza ludzi w dobrych, bo inaczej „nocą/zamieniają się w bestie” („Folos i Chejron”). Ekstatyczny język tej poezji jest również jak wino. Nie w znaczeniu rozchełstania, ale szczerości, głębi, zmysłowego odtworzenia doznań, poetyckiego upojenia słowem. Daleki od językowej ascezy, raczej soczysty i świeży, lecz nie przegadany. Dla autora w życiu liczy się tylko przyjemność, ma ono być jak róża bez kolców („Kwiat”). „W ciemności przyjemność/zdaje się jeszcze większa” („Oczy”). W ciemności, w sferze nocy widoczny jest tylko księżyc. „On sprawia, że szaleję” („Księżyc”), wyzwala moce dionizyjskie, ale jest niedostępny dla ludzi. „Sfera nadksiężycowa nie istnieje”. Pojawia się niewiara lub zwątpienie w nadświadomość. Księżyc, przywoływany w tej poezji kilka razy, odarty jest z sentymentalizmu, natomiast występuje wątek ekspresjonistyczny, po nocnym niebie fruwa nietoperz, kojarzący się z hrabią Drakulą  i mityczną Transylwanią. „Dzika natura nie ma czasu/żeby nauczyć mnie fruwać./To instynkt rozwija moje skrzydła” („Ja-motyl”). Znów motyw zgrany w poezji, który tu użyty jest w świeży sposób. Narodziny i życie motyla, dla którego kosmosem jest łąka, pokazane są w czasie teraźniejszym, gdzie chwila się wydłuża jak w czasie transowym. Widzimy świat oczami motyla, z perspektywy czasownikowej pierwszej osoby. „Nagle: przelatujący ptak otwiera dziób i …/To byłem ja-motyl”. Mistyczna ekstaza ego-motyla była chwilowa. W wierszu, a i w całym tomiku nie ma czasu przeszłego istnieje tylko życie obecne: faustowskie „chwilo trwaj”. Przeszłość jest, ale mityczna, kulturowa, nieprawdziwa. Prawdziwe jest tylko tu i teraz, które jest miłością zmysłową i opowiadaniem o niej. Rzadko pojawia się ironia, żart i rozpacz, ukryta za nonszalancją: „To byłem ja-motyl”. Czasu przyszłego też nie ma, zdarzenie jest nagle przerwane, ucięte jak w filmowym montażu. Cała reszta jest zagrana na niedopowiedzeniu, możemy się jej domyślać, analizować, dlaczego. I to właśnie jest pozorna prostota tych wierszy. Żal i rozpacz ukryta za maską pozornej niewrażliwości. Interesujące  niedookreślenie pojawia się też wraz ze stoickim chłodem puenty wiersza „Morska piana”: „W zalegającej na nas pianie/nie narodzi się Afrodyta”. W tym miejscu może, ale nie musi ukrywać się żal, że nie zaistnieje miłość, a samo zaspokojenie zmysłów to zbyt mało.

      Erotyzm sam dla siebie, zdepersonalizowany, gdzie o obiekcie miłości mówi się: „nie wiem tylko, kim jesteś” („Sauna”), panerotyzm, gdzie wszystko zmysłowe, a „wytrysk/niczym dusza uchodząca z ciała” („Wytchnienie”) dopełniają wizji tego dionizyjskiego świata. Dostajemy też obrazy miejsc ekstatycznych, darkroomów, sauny, siłowni, które też mogą być podniecające, tu przegląda się współczesny świat z mało pokazywanej dotąd we współczesnej poezji perspektywy. Ciekawe są też metafory niewidzenia, które niejako symbolicznie podkreślają kondycję dzisiejszej cywilizacji śródziemnomorskiej, czyli nas. Zaślepieni hedonizmem, zmysłowością i używaniem świata nie jesteśmy w stanie zobaczyć nie tylko wartości, ale i niebezpieczeństwa. Ślepa jest nie tylko bogini Fortuna w ostatnim wierszu „Całun Turyński” (zawsze przedstawiana z zawiązanymi oczami). Ciemno jest w erotycznym darkroomie, gdzie nic nie widzimy, „konie o ludzkich głowach/tańczą w ciemnościach”, ludzie w zmysłowym szale „nie widzą nawet/ swoich twarzy”, upojeni miłosnym transem zamykają oczy, bo w ciemności przyjemność zdaje się jeszcze większa. Ciemność i noc to jedne z najważniejszych słów-kluczy dla tego tomiku. Być może jesteśmy jak „Ślepcy” Maeterlincka, ekran gaśnie, ciemność, przestajemy się wyświetlać. Dla takich obrazów, spostrzeżeń, wrażeń warto przeczytać, poczuć i przemyśleć „Centaurydy”.

Centaurydy / Enormi Stationis ; [rys. Danko Zarević]. – Złotokłos : Wydawnictwo Print-Land, 2016. – 51,

ISBN 978-83-61634-46-1

Pin It