Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 

 

 

Wehikułem czasu przez dawną Francję

gdy europaNiektórych żywiących jeszcze wyobrażenie o „Francji-elegancji”, kraju najwytworniejszego z języków świata może zdziwić fakt, dzieło Marca Fumaroli „Gdy Europa mówiła po francusku” było między innymi głosem w kulturowej francuskiej batalii w obronie języka francuskiego przed wulgaryzacją i zubożeniem, przed przerobieniem go w „galaretowaty nowofrancuski”, który coraz bardziej opanowuje mowę codzienną współczesnych Francuzów, a już dawno zawładnął mową przybyszów. O potężnym dziele Fumarolego tak napisała autorka wstępu do wydania polskiego, Anna Grześkowiak-Krwawicz: „Ta książka to nie tylko apologia osiemnastowiecznego francuskiego, a wraz z nim cywilizacji francuskiej wieku świateł, to podróż po mówiącej po francusku Europie, której różnorodny i barwny obraz Fumaroli kreśli z erudycją, a zarazem swobodą godną największych mistrzów wieku XVIII – epoki, kiedy lekkość pióra była nie mniej ważna od głębi myśli. Europa z książki Fumarolego, choć nie wolna od trosk, jest jednak miejscem radosnym, przypominającym po trosze obrazy Watteau bądź sztuki Marivax.

To wysublimowany świat bywalców salonów, władców, arystokracji i zaprzyjaźnionych z nimi filozofów (…) To zarazem czas oddechu między wielką wojną o sukcesję hiszpańską a krwawym przewrotem rewolucji francuskiej, czas pokoju i względnej stabilizacji” . Autor zaczyna swoją opowieść o „francuskiej Europie” od „hieratycznego panowania Wielkiego Ludwika XIV” a kończy na Wielkiej Rewolucji Francuskiej i oprowadza czytelnika po świecie francuskiej cywilizacji kulturowej od Madrytu po Petersburg, od Rzymu i Neapolu po Sztokholm, od Berlina po Londyn, sięgając także za ocean, do USA. Znamienne, że ko ostatni rozdział dzieła poświęcony jest najważniejszemu  i jednemu z najbardziej zasłużonych eksponentów cywilizacji francuskiej nad Wisłą jest królowi Stanisławowi II Augustowi Poniatowskiemu, ostatniemu polskiemu monarsze, a zarazem ostatnim wielkim krzewicielem kultury francuskiej w Polsce w czasach gdy przeżywała ona apogeum swojej świetności.

Czytałem, a raczej studiowałem to dzieło nie tylko z wielkim duchowym i estetycznym pożytkiem (także z uwagi na wspaniała ikonografię) nie bez wzruszenia, bo ta lektura była dla mnie, od dziesięcioleci miłośnika kultury francuskiej i historii Francji, także autora historyczno-literackiego przewodnika „Paryż”, swoistym podsumowaniem mojego „francuskiego romansu”, którego zresztą nie zamierzam kończyć, moich licznych francuskich lektur i francuskich, głównie paryskich pobytów i podróży. Przy lekturze tej stale towarzyszyły mi „klimaty”, nazwiska, nazwy, wydarzenia, tytuły, który przywoływały mi na myśl pamięć tamtych, dawnych, niezliczonych lektur, dawnych, choć ciągle do nich powracam zwłaszcza przed każdym kolejnym powrotem do Paryża.

Rzecz jasna, lektura dzieła o Francji i jej języku po polsku, gdy nie pobrzmiewa nam przy niej specyficzny czar francuszczyzny, nie daje niestety tego smaku jaki można mieć czytając w oryginale, ale i tak jest to doznanie wspaniałe.

Marc Fumaroli – „Gdy Europa mówiła po francusku”, przekł. Wawrzyniec Brzozowski, Jan Maria Kłoczowski, wyd. Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie, Warszawa 2017, ISBN 978-83-64178-37-5

--

 

Szyfr „Bolesław Prus”

prus sledztwo biograficzneNie tylko jego nazwisko autorskie było kryptonimem kryjącym prywatnego Aleksandra Głowackiego. Także życie jednego z największych polskich pisarzy było sferą otoczoną tajemnicą. Życie właśnie, istotna egzystencja, a nie formalna biografia, bo ta „od zawsze” jest powszechnie dostępna i – powiedzmy – znana.  O ile raczej ekstrawertyczny, światowy, elokwentny, udzielający się na wielu polach Henryk Sienkiewicz jaki się dziś swoim czytelnikom ze swoją przejrzystą biografią jak „na patelni”, o tyle Prus w dużym stopniu pozostaje enigmą. Warto przy tym zauważyć, że w przeciwieństwie choćby do Sienkiewicza i wielu innych wybitnych pisarzy, Prus nie pozostawił po sobie obszernej, zwartej korespondencji, którą można by wydać w formie „listów”. To też coś o nim mówi. Rozwiązania, a przynajmniej znaczącego odsłonięcia zagadki biograficznej podjęła się nie warszawska akurat, lecz krakowska dziennikarka i pisarka Monika Piątkowska. Skądinąd, być może Prus ze swoją tajemniczością i osobnością bardziej pasowałby do galerii krakowskich dziwaków niż do przejrzystej, przewietrzanej przez wiatry mazowieckiej Warszawy. Piątkowska przewędrowała nie tylko przez główne trakty życia Prusa, ale też przez najwęższe, odkryte przez siebie, a po części ponownie przeanalizowane szlaki, szlaczki, ścieżynki i zaułki. Wyłania się z tego jakby nowa postać pisarza, stereotypowo postrzeganego na ogół jako dobrotliwy starszy pan karmiący gołębie i rozdający podczas spacerów cukierki dzieciom, choć tacy choćby autorzy jak Olga Tokarczuk czy Jan Tomkowski wiele zrobili, by pokazać „innego” Prusa i „inne” sensy jego prozy niż te, do których zdążyliśmy się niejednokrotnie przyzwyczaić. Jawi się w oświetleniu Piątkowskiej postać monumentalna, naznaczona bogatym życiem duchowym, targana wewnętrznymi sprzecznościami, cierpieniem. „Śledztwo…” to fascynująca lektura, przynosząca ten rzadki rodzaj doznania, gdy odwiedzając krainę, wydawałoby się, doskonale nam znaną odkrywamy, że tak naprawdę nie znaliśmy jej wcale. Kompletne przeciwieństwo tego, co zachowało się u wielu z nas w pamięci z nie tylko szkolnych lektur Prusa, ale także lektur późniejszych, dojrzalszych.

Monika Piątkowska – „Bolesław Prus. Śledztwo biograficzne”, wyd. Znak, Kraków 2017, str. 490, ISBN 978-83-240-4543-3

--

 

Stary, dobry Chesterton

niewinnosc ksiedza brownaOprawiony w zielone płótno, wydany w 1969 roku przez PAX tom opowiadań Gilberta Keitha Chestertona „Przygody księdza Browna” w przekładzie Tadeusza Dehnela zaliczam do najukochańszych książek mego późnego dzieciństwa i wczesnej młodości. Mądry jak Ulisses, choć bardzo niepozorny, bohater tych nowel, katolicki ksiądz detektyw żył w mojej wyobraźni w jednym szeregu z Sherlockiem Holmesem, Philippem Marlowe i im podobnymi romantycznymi poniekąd stróżami prawa. Dlatego lektura ponownej edycji opowiadań o księdzu Brownie to dla mnie jakby ciepłe deja vu, tym razem w nowym przekładzie Magdy Sobolewskiej. W nowym tomie opowiadań jest mniej niż w tamtym, kilka się pokrywa (choć autorka, chyba niepotrzebnie, zmieniła n.p. tytuł „Złamana szabla” na „Pod znakiem złamanej szabli”, a lepszy frazeologicznie tytuł „Młot Boży” na „Młot Boga”), a kilku, jak „Grzechy księdza Saradine’a” czy „Honor Izraela Gow” w tamtym tomie nie było. Frapujące, intelektualne, filozoficzne, a przy tym bardzo wciągające są te opowiastki kryminalne, w których pulchny jak pan Pickwick, poczciwy ksiądz katolicki, często z Francuzem Flambeau u boku, z angielską przy tym flegmą godną porucznika Colombo, demaskuje straszliwych demonów zbrodni, przed którymi drży świat cały.

drzewa pychyNatomiast drugi wydany przez „Frondę” tom „Drzewa pychy” zawiera opowiadania nieopublikowane dotąd w języku polskim. To jest ten Chesterton, który zawsze kojarzył mi się co nieco z dickensowskim spojrzeniem na świat, odrobinę sentymentalnym poetyckim, ciepłym, nastrojowym, ironicznym, z upodobaniem wprowadzającym wątki tajemnicze i kryminalne oraz na swój sposób romantycznym, a przy tym piszącym niejednorodnie, lecz stylistycznie wielogatunkowo. Lekturę tego rdzennego „Angola” urodzonego pod szarym, deszczowym, surowym niebem Anglii, który w katolicyzmie znalazł „baśń, tajemniczość i  urodę życia” (jak on to zobaczył?) i który w końcu się na katolicyzm przekonwertował i który swoim bohaterem detektywem uczynił nie anglikańskiego pastora, lecz katolickiego księżula - z czystym sumieniem polecam nawet zakamieniałym ateistom.

Gilbert Keith Chesterton – „Niewinność księdza Browna”, przekł. Magda Sobolewska,  wyd. Fronda, Warszawa 2017, ISBN 978-83-141-1

Gilbert Keith Chesterton – „Drzewa pychy i inne opowiadania”, przekł. Magda Sobolewska, wyd. Fronda, Warszawa 2016, str. 239, ISBN 978-83-8079-076-6

--

 

Ta stara, dobra Samozwaniec

trzymajmy sie zyciowe rady dla starych i mlodychCzasem aż trudno w pierwszym odruchu przyjąć do wiadomości, że Magdalena Samozwaniec (-1972) zmarła zaledwie 45 lat temu, w kwiecie, by tak rzec, Polski Ludowej, bo ilekroć o niej pomyślę, jawi mi się jako postać z XIX wieku, a co najmniej z Międzywojnia 1918-1939. Toteż choć wydany właśnie przez „Iskry” kolejny tom wspomnień córki malarza Wojciecha Kossaka i siostry Marii Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej usytuowany jest głównie w okresie PRL (przy licznych dygresjach sięgających do czasów II RP), odnosiłem przy lekturze wrażenie, że Samozwaniec  przedłużyła w PRL życie sanacyjnej Polski. Co prawda większość znanych postaci tamtych czasów, z ówczesnego monde’u już nie żyła lub była na emigracji, to modus życia Samozwaniec, jej styl bycia, charakter zajęć, typ życia towarzyskiego jakie uprawiała stanowiły swoiste przedłużenie stylu życia warstw średnich tamtej epoki. Coś podobnego można by powiedzieć choćby o stylu życia Jerzego Waldorff, przez autorkę zresztą wzmiankowanego, też jakby żywcem przeniesionego do Warszawy gomułkowsko-gierkowskiej z przedwojennej kawiarni „Ziemiańskiej”. A że pióro Samozwaniec było i satyryczne i barwne, więc jej pełna anegdot opowieść jest lekturą pyszną jak ciastka w przedwojennych cukierniach. I niezależnie od tego, czy czytelnik skorzysta z tytułowych rad pani Magdaleny, a to odnośnie tego, czy warto się uczyć, bogacić czy mieć dzieci, czy z nich nie skorzysta, to skorzystać z zasobu pamięci Magdaleny Samozwaniec warto bezapelacyjnie, do samego końca, do ostatniej kropki.

Magdalena Samozwaniec – „Trzymajmy się. Życiowe rady dla starych i młodych”, wyd. Iskry, Warszawa 2017, str. 210, ISBN 978-83-244-0494-0

 

 

Pin It