Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

Pisarze na wycieczce

czarna ikonaPrzepisuję za Wikipedią: [Kanał Białomorski] „Zbudowany w ciągu zaledwie 20 miesięcy kanał miał mieć długość 227 km, z czego 37 km trzeba było wykuć w skalnym podłożu. Zaplanowano 19 śluz, 49 tam, 15 zapór. Na rozkaz Stalina wszystko należało zbudować szybko (w ciągu 20 miesięcy) i tanio – zamiast stali i żelbetu używając drewna oraz opierając się na pracy więźniów obozów koncentracyjnych Gułagu. Przez dwadzieścia jeden miesięcy przy budowie kanału pracowało ok. 170 tys. więźniów i specprzesiedleńców. Racje żywnościowe były głodowe.

 

Stalin uczestniczył w otwarciu kanału 1 maja 1933. Praca tysięcy więźniów nie przyniosła wyników planowanych – kanał okazał się zbyt płytki (3,5 m głębokości), by przerzucać nim duże okręty wojenne z Bałtyku na Morze Białe, a stąd w razie potrzeby przez Ocean Arktyczny na Pacyfik. Z tego powodu kanał był używany dla celów gospodarczych – w praktyce do spławu drewna”.

Aleksander Sołżenicyn twierdził, że budowa kanału kosztowała życie 250 tysięcy łagierników, Iwan Czuchin, pewnie najbardziej wiarygodny w tych statystykach, że 50 tysięcy, Anne Applebaum – że 25 tysięcy. Gdyby przyjąć tę najniższą liczbę wychodzi, że kilometr tak naprawdę nikomu niepotrzebnej inwestycji pochłaniał 110 ofiar. Machnąć ręką, jeszcze jedna zbrodnia tragicznego wieku XX. Słabo opisana, zbadana, opłakana. Ktoś powie: po co do tego wracać? Odpowiem: wracać właśnie dlatego, że nikt nie poniósł za tę zbrodnię kary. Co więcej, znaleźli się piewcy szaleństwa, ludzie, którzy gotowi byli położyć na szali często wcale nie mały dorobek, aby wpisać się w „ten lepszy” świat gotowany wszystkim narodom byłego ZSRR rękami GPU.

Tak, znaleźli się… Zorganizowano im wycieczkę statkiem. Płynęli, podziwiali, nawet pozdrawiali łagierników i ze zdziwieniem konstatowali, że nikt im nie odpowiada. Ale przecież znalazło się wytłumaczenie: resocjalizowani „zecy”, kontrrewolucjoniści, szkodnicy pracowali z takim zapałem…

Marian Sworzeń pokusił się o rzecz niezwykłą. Postanowił opisać rejs i tych, którzy wzięli w nim udział. To wcale nie było łatwe (może łatwe byłoby, gdyby sowieckie archiwa były kiedykolwiek otwarte, ale przecież – bez złudzeń! bez złudzeń! – one nigdy nie będą otwarte).  Bo niby napisali książkę „Kanał Białomorsko-Bałtycki imienia Stalina. Historia Budowy 1931–1934”, ale tylko niektórych dopuszczono do pisania. Tych najbardziej zaufanych? Niekoniecznie. Ten przeklęty system plątał rozum także tym, którzy – przynajmniej z pozoru – zachowali resztki godności, człowieczeństwa. Strach? Na pewno. Ale czasami ledwie groźba, jakiś pomruk gniewu. Pytanie, jak bardzo musieli się zeszmacić? Pisali, z wyjątkiem jednego rozdziału, kolektywnie, po dwu, trzech, czterech. Trudno więc konkretne zdania przypisać temu, a inne drugiemu. Prawie sami mężczyźni. Wszyscy mają swoje miejsce w literaturze rosyjskiej (a może jednak sowieckiej?), niektórzy mają muzea, pomniki, ich książki są wciąż wydawane.

A pozostali? Ci, którzy „tylko” płynęli? Sworzeń szukał i pewnie prawie wszystkich opisał. Poświęcił każdemu kilka stron. Śmiali się, robili zabawne wpisy w „gazecie pokładowej” (znaleźli się też ilustratorzy, kwiat sowieckiej plastyki).

Pytanie, czemu się na tym statku znaleźli? Kto i dlaczego decydował, że to właśnie oni mają sławić czekistów? Kto i dlaczego zawiązał im przepaski na oczach, które pozwalały dostrzec wyłącznie roześmianych, szczęśliwych „budowniczych” wypełniających 200%, 300%, a czasami i 600% normy? Kto? Kto?

Zapraszał na spotkanie Gorki. Nie, jego tam nie było. Byli Katajew, Jasieński (tak, tak, ten „nasz” Bruno), Szkłowski, był wesołek Ilf i jego „współbrat” Pietrow, był „narodowy poeta Białorusi” Janka Kupała, był książę Mirski, był Zoszczenko, Babel (wszyscy zachwycamy się jego „Armią konną”), Pilniak i tylu innych.

Chwalili, ale uważnie patrzyli na reakcję. Słowo za mało, słowo za dużo… Niektórzy, wcale nie tak mało, w kilka miesięcy, kilka lat później sami trafili do łagrów. Niektórzy zakończyli tam żywot, niektórych po latach zrehabilitowano. Inni opływali w dostatek. Władza Kraju Rad potrafiła się odwdzięczyć: dacze w Pirediełkinie, samochody, luksusowe wczasy, zagraniczne podróże, przecież zupełnie niedostępne człowiekowi sowieckiemu, przekłady finansowane z kasy państwa.

Niektórych zabrakło. No tak, Bułhakowa nie było. Mandelsztama też nie. Napisał wiersz o Kanale. Ratował się? Żona zniszczyła po śmierci, całe szczęście nikt nie oglądał. Wyliczyć na jednej ręce. Bo niektórych nie było, choć być chcieli. Bardzo chcieli. I swoją porcję szamba wylali.

Wstydzili się, po latach próbowali umniejszać swoją rolę, mieli dziwną amnezję. Ale najczęściej mogli wzruszyć ramionami. „Kanał Białomorsko-Bałtycki imienia Stalina. Historia Budowy 1931-1934”, ta haniebna książka po prostu… zniknęła. Nie ma, nie istnieje. Zniknęła z księgarń, bibliotek… Wystarczyło, że oberzbrodniarz Jagoda, tak wychwalany w „dziele”, poszedł na szafot i zastąpił go „krwawy karzeł” Jeżow.

660 stron. Ciemnych. Czystej hańby. Wciąż i wciąż przychodzi mi do głowy, czy jest cena za którą można kupić każdego? Cena życia, tortur, Chevroleta, daczy? A może strachu tak wielkiego, że nie sposób go opisać?

Sworzeń stworzył portret pisarza sowieckiego. Leksykon obowiązkowy dla każdego, kto chce ze zrozumieniem pochylić się nad tamtym czasem. Nie szuka usprawiedliwień, te podawano nam na tacy przez kilkadziesiąt lat. Wystarczy!

I na koniec. Czy polscy pisarze byli lepsi? Nie chwalili zbrodniarzy? Na pewno? Weźcie Państwo do ręki „Wiersze i pieśni poświęcone pracownikom Bezpieczeństwa.”. Data wydania? 1954. Unikat, ale warto szukać.

 

Marian Sworzeń „Czarna ikona. Biełomor. Kanał Białomorski. Dzieje. Ludzie. Słowa”, SiC!, Warszawa 2017, str. 674 + 32 strony ilustacji zdjęciowych.

 

Pin It