Andrzej Wołosewicz

 

Księga podróży Małgorzaty Bocheńskiej

 

ruchomy swiat            Małgorzata Bocheńska zaczyna swoją książkę chyba najlepiej jak można, bo wykładając credo, że dla niej książki mają duszę. Nie wiem jeszcze o czym jest jej książka, ale nabieram czytelniczego respektu, obcowanie z książką w tak zarysowanej sytuacji nie może być czymś ot takim sobie. Zobaczymy.

            Idę dalej i od razu jestem wrzucony na głęboką wodę, gdy obok przywołanego już przesłania autorka umieszcza to od prof. J. M. Bocheńskiego: „na poziomie duchowym, zmuszeni jesteśmy do przemyślenia na nowo podstawowych dziedzin naszego życia, a więc religii, filozofii, sztuki. Teraz, kiedy możemy stwierdzić, że przyszłość nie należy jedynie do nauki, kiedy ludzkość przymiera głodem, kiedy cywilizacje są zgniłe, ludzie nie wierzą w prawdę, szerzy się sceptycyzm i relatywizm, nadchodzi czas dla myślenia i proroków. Oni wskażą kierunek duchowy epoki. Idź ich tropem.” I jakby tego było mało wcześniej czytamy wyznanie: „Czytam „Dziennik snów” Swedenborga. Idee – jak wiadomo – lubią pozostawać niezrealizowane, ale bez nich nie byłoby niczego, w co mogłabym wierzyć. Moją ideą była i jest Księga. Nie ta umykająca naszemu poznaniu, ezoteryczna Kronika Akaśa. Za mała jestem na takie marzenia. Moja idea to artefact, pięknie zdobiony wolumin. Kilkaset białych kart, które – mam nadzieję – zostaną zapisane przesłaniami na Trzecie Tysiąclecie.”

 

            I ja też wymyśliłem tytuł swego tekstu o książce Małgorzaty Bocheńskiej „ruchomy świat” – „Księga podróży”. Z tytułami często mam kłopot, ten przyszedł mi do głowy i zapisałem go na wszelki wypadek, gdyby żaden inny (lepszy?) nie przychodził, a teraz po kilku stronach lektury czytam podpis autorki pod listem do  Hermine: „Pozostań w zdrowiu. Serdeczności. Małgorzata pielgrzymująca.” Małgorzata pielgrzymująca – wiem, że z tytułem trafiłem, tak mi się przynajmniej tymczasem zdaje. I trafiłem na kolejną trudność. Oto na stronie 13 znajduję dwa fragmenty, które wywołują we mnie odkrycie (eureka!), z którym nie wiem, co zrobić. Oba są dla mnie czymś, co nazwałbym rodzinnym genius loci, gen losu Gąsiorowskich. Małgosia jest siostrą Krzysztof Gąsiorowskiego, którego twórczości poświęciłem kawałek swego życia i wydaje mi się, że dotarłem do jego wewnętrznego pulsu i teraz ten sam puls dociera do mnie z przywołanych słów. Dociera dzięki Małgorzacie. Nie wiem, czy to dobrze czy źle wróży mojej lekturze, ale dzielę się tym odczuciem szczerze i na gorąco. I druga uwaga na gorąco – nie wiem, czy nie będę chciał (musiał?) uzupełnić tytuł lub go rozszerzyć „Księga podróży. Dziennik intymny”, bo jednak wchodzę w jakąś spowiedź a minąłem dopiero pierwszy rozdział, kilkanaście ledwie stron. I widzę, że są mocne, stąd ta spowiedź, ta intymność.

            Opowieść zaczyna się od powrotu rodziny Gąsiorowskich po wojnie do kraju z tym, że nie od razu. Łącznie z wojną autorka oblicza tę rozłąkę na 9 lat. Widzimy ten czas i ten świat oczami dziecka. Zabieg, który literacko udaje się Bocheńskiej, a to wcale nie takie łatwe. Co prawda dość łatwo patrzeć oczami dziecka, to przecież doświadczenie każdego z nas, ale już jego przywołanie i to przywołanie literackie nie często się udaje, tym bardziej w prozie, która  musi dłużej utrzymywać nasze czytelnicze napięcie i zainteresowanie niż wiersze będące w sensie emocjonalnym – punktowe, krótkie.

Bocheńska opisując czas swego dziecięctwa daje bardzo udaną panoramę nastroju tamtych lat, nastroju kompletnego pomieszania nadziei i lęku, biedy i relatywnego luksusu, codziennego strachu towarzyszącemu rodzinie wracającej z Zachodu, strachu związanego z notorycznymi przesłuchaniami ojca i zapominania o wszystkim, co złe, bo to normalny odruch każdego żywego świata patrzącego w przyszłość – to podstawowe prawo i przywilej dziecka. Potem to wszystko znika, traci swoją pierwotną dziewiczą ciekawość, grzęźnie w nic-nie-mówieniu świata dorosłych: „Gra w milczenie to zabawa dorosłych z pokoleniową tradycją, pradziadek, kiedy trzeba, milczał. Babka, choć wyrzucała z siebie całe symfonie okrągłych zdań z wykrzyknikami, nic nie mówiła. Dziadek nie odpowiadał na żadne pytania, zasłaniając się modlitewnym szeptem. Matka wiodąc podwójne, a może i potrójne życie, milczała albo o jednym, albo trzecim, niekiedy o drugim. Ojciec, odkąd wypalili mu struny głosowe, nie mówił nic. Bracia mówili przy okazji, nic nie mówiąc. Mówiły liczby i litery, przemawiały zdjęcia i obrazy. Opowiadały zapachy. Ja, dorastając do swoich ról, utajniałam to, co wiem. Swoje wiem, a jak już wiem, to nie powiem. Taka tradycja. Może dlatego, a przede wszystkim dlatego, mając dwadzieścia pięć lat, zostałam żoną młodego mężczyzny, który – czego by o nim nie mówić – milczeć umiał. I to było wszystko, co miał mi do powiedzenia. Każdy z czegoś czerpie swoje przemilczenia.”

„ruchomy świat” to świat dobrze opowiedziany. A opowiedzieć ruchomy świat nie jest łatwo, bo litery i zdania jednak jakoś go zatrzymują, unieruchamiają i co my wtedy mamy: ruchomy czy nie ruchomy świat? Bocheńska poradziła sobie lepiej niż dobrze z tym zadaniem, które sama na siebie nałożyła, pamiętamy: „Najtrudniejsze jest pierwsze zdanie.”, co nie znaczy, że następne przychodzą łatwo. Tym większa czytelnicza satysfakcja. Kiedy piszę o tym, że autorka poradziła sobie, mam na myśli ten efekt, że przemieszczam się  wewnątrz opowiadanego przez nią świata bez potrzeby przymierzania go do „obiektywnego” obrazu i takiejż wiedzy. Świat „ruchomego świata” jest w tym sensie samowystarczalny, chociaż przecież dysponujemy różnymi zewnętrznymi lustrami, w których możemy go oglądać. Jednym z nich jest przy tej lekturze moja dziesięcioletnia przyjaźń literacka z bratem Małgorzaty, Krzysztofem Gąsiorowskim i „druga strona tego samego” w jego poetyckim przekazie, „tego samego” co przedstawia autorka. To dość dziwne uczucie, bo Krzysztof tak wylewny nie był, robił to raczej mimochodem. By tak rzec – robił to „przy okazji” swoich wierszy, odsłaniając się tylko nieco bardziej w prozatorskiej książce „Pod powierzchnią pogody i Historii”. Zaczynam się bać tego mojego (mimowolnego?) (s)kojarzenia wszystkiego ze „sprawą Krzysztofa”. Czy to aby nie wywróci mojej krytycznoliterackiej uczciwości czy obiektywności? Piszę o tych lękach na bieżąco, bo są one naturalnym efektem lektury. Nie chcę i nie widzę powodu, by je odsuwać czy utajniać właśnie przez wzgląd na przywołaną uczciwość i „obiektywność”. I ratunek przychodzi… z tekstu Bocheńskiej, bo przewracam kartkę i kolejny rozdział („Krwawe gody”) zaczyna się tak: „On, brat beniaminek. Nie zapomniałam o nim. Był moim zapachem i pierwszym wizerunkiem. Był już tam, przeszedł na drugą stronę rzeki. Dzieliła nas wielka woda. Krzych w domu-przytułku pozostawił po sobie dębowe biurko zalane fioletowym atramentem, pełne kornikowych labiryntów. Wyszedł od nas nagle, porzucił kartki z dużą ilością nieznanych mi słów, liczb i niedomkniętą szufladą pełną czarno-białych zdjęć z rozłożonymi nogami kobiet. Został po nim krzyk taty, który ciągle słychać na moście: „Nie wierz poetom. Nie wierz poetom!””. Coś więc te nici moich relacji i nurtu „ruchomego świata” łączy, a przynajmniej pcha ku sobie. I niech tak zostanie. Nie będę się przed tym bronił. Byłoby to wbrew sobie. Zobaczymy, jak się potoczą dalsze losy lektury.

I oto znów wiodą mnie one do „kłopotów” z tytułem, bo trafiając na opis pierwszego dziecka Małgorzaty, opis dramatycznej sytuacji, kolejnej nieweryfikowalnej dla mężczyzny co byśmy my, faceci, ojcowie nie mówili, światy ciąży i połogu są nam z zasady niedostępne. To jedno z tych doświadczeń, w których skazani jesteśmy tylko na towarzyszące współuczestnictwo. Jesteśmy w nią z konieczności „zamieszani”, ale pozostajemy obok. Z tytułem mego tekstu ma to o tyle związek, że po tym opisie zaczynam patrzeć na „ruchomy świat” jako na dziennik duszy, bo opowieść zaczyna się przełamywać w tym właśnie kierunku. Czas staje się  wyraźniej czasem duchowości a nie linearnej rzeczywistości, na którą ta duchowość odpowiada. Mielibyśmy więc: „Księga podróży – dziennik intymny. Dziennik duszy”. A to jednak nakazuje pewną delikatność interpretacyjną. I tak patrzę na kolejne rozdziały, „Pomieszanie czasów” i „Translot”, odnoszące się do, zresztą sami zobaczcie:

Na jej ręce w srebrnej obręczy ulokował się okazały, zielony kamienny skorpion. Znak pustynny.

- Jaki bagaż ze sobą ciągniesz? – zapytała.

- Walizkę i..

- Na nowej ziemi najlepiej poruszać się bez bagażu, lżej. Młodość ci sprzyja. Wszystko gotowe. To wielka szansa i Ziemia Obiecana dla nas obu. Wszystko się ułoży, okej!

- Są takie bagaże, które się nosi ze sobą – wydeklamowałam z surowością. – Wiesz, w zeszłym roku umarli Sartre i Hitchcock! To niedobra wiadomość, prawda? Widziałam z góry kontynent z oceanem. Ogromny. Jego ptaki wciąż krążą, atakują. Strasznie tu u was duszno, mglisto – bredziłam. – Nie wiem, czy dam radę, dopiero co…

- Nic się nie zmieniasz, to straszne. Naucz się mówić o konkretach. Wiem od twojego brata, że bardzo leśmianujesz.(…)

- Trochę się nie znamy, jak wiesz zapewne – wtrąciła – ale to nie jest dla mnie temat. Tak to już jest. Mam swoje siedemdziesiąt lat, pora zbierać żniwo, a nie szperać w przeszłym. Na dwóch półkulach czas inaczej biegnie. My tu witamy świty, ptaszki nam grają , a tam u was już szarówa, i wojna domowa będzie. Inne powietrza. Co tam się dzieje, wiem od twojego brata. Piszemy. Ostatnio pisał z Mongolii, że też go tam poniosło. Pisał, że na świecie są ich miliony, a tam tysiące z nich mieszka jeszcze w jurtach. Wyobrażasz sobie? Wojna nic nie zmieniła. Ludzie się mnożą jak króliki. Tego chyba sam pan Bóg nie przewidział. Która u ciebie godzina? Co czytasz i po co? Zdążymy na lunch, jak myślisz? Masz jakiś plan? Co mówią w Polsce? Podobno skończyłaś studia, jakie? Czy ktoś na ciebie tam czeka?” I w następnym akapicie trafiam na przywołanego przez Bocheńską Junga: „Poniedziałek, lipiec 1980 zapisałam: Zdumiewające i najbardziej istotne okazało się dla mnie u Junga stwierdzenie, iż nie to, co zewnętrzne stało się jego historią, a tylko to, co wewnętrznie rozstrzygnęło się w jego emocjonalnym i duchowym doświadczeniu.” No to jak teraz wyglądają moje karpiele umysłowe z tytułem?

            I - na koniec - jeszcze jeden cymesik. Idzie o spotkanie autorki z Józefem Franciszkiem Emmanuelem Marią Bocheńskim, Ojcem Innocentym. Bocheński, tak, tak, zbieżność nazwisk nie przypadkowa i niech to wystarczy czytelnikowi, by do książki i opisu tego spotkania dotrzeć.

„ruchomy świat” sprawia mi pewien krytycznoliteracki kłopot, bo jest - z jednej strony – pełen realności: nie mamy problemów z usytuowaniem akcji w czasie i miejscach, z odnalezieniem osób i uczuć powtarzalnych w naszym ludzkim świecie jak mało co, a – z drugiej – dat tu jak na lekarstwo, tak samo nazwisk, geografia akcji raczej przypomina świat z dziecięcej gry patykiem na piasku w państwa (ktoś ją jeszcze pamięta?), gdzie kontury i granice nie przypominały niczego realnego nie wspominając już o mapach (nawet z dużą podziałką) czy o dzisiejszej dokładności gps-ów.  Tak więc poruszałem się w nomen omen „ruchomym świecie” właśnie jako w ruchomym, w czymś na wzór utrzymywania się na miękkim gąbczastym podłożu, gdzie stabilizacja jest zjawiskiem raczej mniej niż rzadkim, przypadkowym. Stabilność sytuuje się tu w wymiarze duchowym, powiedziałbym, że stabilniejsze u Bocheńskiej są sny, zwidy i nawet omamy niż to, co nazywamy realnym światem. Być może dlatego dobrze mi się czytało i – być może – dla innych odbiorców będzie to lekturowa przeszkoda. Ale nie dowiecie się tego póki się z „ruchomym światem” nie zmierzycie.

Życie pisze swoje scenariusze. Właśnie dopisało puentę do tego teksu. Małgosia Bocheńska zmarła 2 stycznia po południu. Ostatnią rozmowę odbyliśmy w drugi dzień Świąt. Miała jeszcze plany… Wszystko zależy od tego, czy i ew. jakie zostawiła dyspozycje, ale to będzie ważne później, teraz, kiedy Jej podróż dobiegła końca ważne jest   d o b r e  s ł o w o.

Żegnaj, Małgosiu.

 

Małgorzata Bocheńska, „ruchomy świat”, Warszawa 2017

 

 

Pin It