Andrzej Wołosewicz

 

Opanować ważenie słów

 

dotykajac przemijania            Tomik „dotykając przemijania” Danuty Bartoszuk zainteresował mnie wcale nie dlatego, że otrzymałem go dzięki Pawłowi Kubiakowi, który ma dobra rękę do poezji i poznał mnie z autorką. Ci którzy mnie znają, wiedzą, że nie ma to żadnego znaczenia w moim patrzeniu na wiersze. Wiem nawet, mam takie doświadczenie za sobą, że kilku znajomych lub osób polecanych przez znajomych w liczeniu na moją spolegliwość już się zawiodło. Tak to jest – patrząc na wiersze wyłączam relacje osobiste.

 

            Warto zatrzymać się nad tytułem. Zdaje się on w sobie ujmować wszechświat wszystkich wierszy, bo pierwsze cóż nie przemija, a po drugie poeci piszą wiersze, by coś zatrzymać, dotknąć, a dzięki temu przekazać dalej, ocalić jak chciał Gałczyński. Mnie przemijanie zajmuje bardzo, tym bardziej, im więcej już „przeminiętego” niż tego „do przeminięcia”. Ale wiem też, doświadczenie czytelnicze mnie tego nauczyło, że dotyk przemijania łatwo, z wiekiem coraz łatwiej ulegamy nostalgii, tęsknocie za minionym, za dzieciństwem – pamiętacie frazę z Epilogu kończącego „Pana Tadeusza”?, przypomnę: Kraj lat dziecinnych! On zawsze zostanie/ Święty i czysty jak pierwsze kochanie; za młodością chmurna i durną, coraz łatwiej nas skłonić do zwierzeń i przypomnień, ale wyłącznie w sferze duchowej albo w żywiole rozmowy przy stole w gronie rodzinnym czy z kolegami przy piwie albo z koleżankami przy kawie. Bo przełożenie tego wszystkiego na literaturę, na wiersz, na poezję, to już zupełnie inna bajka. Ileż ja znam takich przedsięwzięć, których autentyczności nie sposób podważyć ale literackość już tak; ona bardzo często pozostawia wiele do życzenia spychając całą lekturę w odmęty niechęci. Wiersze Danuty Bartoszuk skutecznie się przed tym bronią, unikają wszystkich możliwych pułapek. Nic lepiej nie uzasadni mego zdania niż odpowiednie przytoczenie. Oto kilka wierszy otwierających tomik:

 

z innej perspektywy

 

wychowana

wśród sklepowych regałów

 

ciężkie buty

poskromiły palec

ten od figi

dziś w cenie środkowy

 

sporty trzy złote

klubowe cztery pięćdziesiąt

rozdeptane pety

odór piwa i uryny

 

unikała lepkich łapsk

chociaż postrach

budziła czarna wołga

nie pedofil

 

zaprzyjaźniona z kasą

szybko zaczęła liczyć

na siebie

nie opanowała tylko

ważenia słów

 

dojrzewanie

 

zasiana w zbożu

wyrosłam pszenicznie

wdzięczna przestworzom

taszczę podarowaną legendę

 

podobno pękałeś z dumy

niczym kolejne butelki

 

najbliższych dosięgały odłamki

 

jak co roku

pochylona nad ostatnią datą

ja córka marnotrawnego

dotknę przebaczenia

 

 

z niedokończonej podróży zmysłów

 

a gdybyś nie powstrzymał dłoni

i pozwolił na spotkanie

z kolorem miłości zapachem żelaza

 

czy w drodze do piekła

poznałabym smak ojca

 

 

nie pytaj o święta

 

wpatrzona w pierwsza gwiazdkę

przełykała kęsy nadziei

że kalekim żyrandolem

nie zakołysze latające krzesło

a kolęda przyniesie zwyczajną cichą noc

 

po latach

szczerbata zastawa teściowej

wyśmiała okruchy tradycji

 

spakowane do szarych pudełek

już nie starszą

 

 

dotykając przemijania

 

tak dawno opuściłam tamten dom

niewiele wspomnień spogląda ze wzgórza

a ono jakby skarlało

dzikie jabłka jeszcze bardziej cierpkie

stary klon ogrzał obce ściany

zmieniając się w proch jak ty

 

ja tez nie stoją w miejscu

choć już nie urosnę

 

tylko zgarbiona szopa poskrzypuje niezmiennie

wciąż nieświadoma że nie wrócisz

 

 

            Te wiersze emanują spójnością wewnętrzną, czymś, co dla mnie w czytaniu jest zasadnicze, spójność wewnętrzna dotyczy tego, że czytając wyłapujemy z wiersza trzy warstwy. Pierwszą rozpoznajemy wychodząc z istoty wiersza, który – w naszym czytaniu – ujawnia swój zamiar. To jest pewna konieczność, którą założył i ujawnia nam (świadomie lub nie, o to teraz mniejsza) sam autor, zgodnie z maksymą Fryderyka Chrystiana Hebbla, że: „Pierwszy stopień oddziaływania sztuki: tak może być! Drugi stopień oddziaływania sztuki: tak jest! Trzeci stopień oddziaływania sztuki: tak być musi!” Ta autorska warstwa jest podstawowa. Od niej wszystko się zaczyna. Druga to nasze jej rozpoznanie – to sa jakby dwie strony tego samego jak powiedziałby Camus („Dwie strony tego samego” to tytuł jednego z jego esejów). Tą drugą warstwę albo odczytamy sami albo potrzebujemy do tego pomocy recenzenta, krytyka literackiego a czasami nawet literaturoznawcy (przykład: komu łatwo czyta się to, co nazywa się poezją lingwistyczną). I warstwa trzecia to rozpoznanie, zbadanie tego w jakim stosunku stoi autorski zamiar (ten z warstwy pierwszej) do wykonania. Wszelkie inne podejście jest – poznawczo – funta kłaków warte. Jeżeli więc – co powtarzam i podtrzymuję – poezja autorki „dotykając przemijania” cechuje owa spójność wewnętrzna, to właśnie miałem na myśli wszelkie pozytywy wynikające z powyższej analizy wszystkich trzech warstw. U Bartoszuk dobrze splecionych.

            Spójrzmy na niesamowite połączenie poetyckiej delikatności w przedstawianiu dość drapieżnych sytuacji życiowych.  To m.in. w przytoczonym wyżej wierszu „nie pytaj o święta” widzę napięcie między oczekiwaniem na „zwyczajną cichą noc” (a przecież niezwyczajną, bo  tą zapowiadana przez kolędę) a „kęsami nadziei/ że kalekim żyrandolem/ nie zakołysze latające krzesło”. To wszak nie jest opis sielskiego przygotowywania świąt, przedświątecznej sielanki, którą tak często zakłóca nam zmęczenie połączone ze zniecierpliwieniem i obawą aby wszystko nam się dobrze upichciło. Tutaj gra toczy się o coś więcej niż zwykły spokój zewnętrzny. A przecież nie mamy w tym wierszu erupcji rozpaczy, epatowania dramatem własnych przeżyć, raczej mamy ową poetycką delikatność wyrazu i literackie stonowanie, które – jak dla mnie – tym wyraźniej podkreślają temperaturę tego, co bohaterka wiersza przeżywa. Być może ta delikatność wynika z tego, co widzę w wierszu

 

na krańcu mapy

 

tam gdzie psy szczekały

diabłu na dobranoc

a gnojówka hartowała nozdrza

buszowanie wśród barwników

i kamiennych płyt

przynosiło niepozorny bukiecik

strach zawłaszczał noc

aż żaden umarły

nie zgłosił prawa własności

 

z czasem

obory ustąpiły pola

obcym domostwom

wczorajsza zgraja dzieciaków

porzuciła omszałe nagrobki

dla nowego świata

a nawet zaświatów

 

nieprzejednaną czerń

kolejnej cmentarnej alejki

przełamuję fioletem

zaplątanym w sny

 

            Autorka swą psyche pokazuje tu na tle życia przeżywanego z dala od szumu codzienności (ona pojawia się ledwie jako tło), w zatrzymaniu na krańcu swojej duszy, krańcu łąki za domem (w zmienionych już cywilizacyjnych didaskaliach). W sensie literacko-przedstawieniowym stąpamy tu po znanym nam – mówię z autopsji – przenikającym się świecie małych miasteczek i okalających je wsi a stąpając po nim stąpamy po sprawach fundamentalnych: po pamięci, wspomnieniach, przeżyciach, egzystencjalnych doznaniach życia i śmierci, po ich muśnięciach naszych twarzy. Danuta Bartoszuk doskonale to wyłapuje i transponuje na poetycki przekaz. A ten przekaz układa poetka z przenikliwej i dojmującej obserwacji naszego życia dokonywanej przez pryzmat tego, co najważniejsze, a przynajmniej decydujące, bo przez pryzmat naszych emocji, których – jak wiemy – ani umiemy, ani chyba nie chcielibyśmy się pozbyć, bo czymże/ kimże bez byśmy byli? Wynik tej obserwacji otrzymujemy w wierszach takich jak choćby ten:

 

od wiosny do…

 

nie każdego przynosi bocian

ale przecież w kwietniu za wcześnie na kapustę

zostawcie ją w szpitalu

prosiły siostry

gdy balkonik przestał być balkonikiem

nieprędko zasłużyła na miłość

 

noszona na rękach

prowadzona za rękę

wreszcie dorosła do radości

a potem nieszczęść starszego rodzeństwa

mniejsze większe śmierć

długo tuliła coraz drobniejsza dłoń siostry

 

przyniósł ją bocian

czy jak innych zabierze rak

 

            Zauważmy jak poetka potrafi kondensować w krótkich skądinąd formach jakie stanowią wiersze, długie, wieloletnie, czasami całożyciowe nasze doświadczenia i losy. Ta umiejętność poetyckiego skrótu, nieprzegadanie wydaje mi się dla jej poezji charakterystyczna, wyróżniająca ją na tle tego, co Heidegger pogardliwie nazywa „gadaniną”. Spójrzcie trzeźwo – ule tej „gadaniny” w dzisiejszej poezji! Danuta Bartoszuk unika tej pułapki, co mnie wielce raduje.

            I kolejny aspekt przemijania, którego Dance udaje się dotknąć, ten ważniejszy. Ale zanim o nim, najpierw jednak wiersze.

 

obcy

            Olkowi

 

pół wieku

i ani papierosa dłużej

przyszłość uleciała

z przyczajonym intruzem

 

zanim poznałeś jego imię

 

 

czarnoskrzydła

            Olkowi

 

tamten dzień

zapisany kłamstwami

łykiem kawy

gorzkiej jak prawda

później kocham

tuliło ślad ciała

 

znowu jesień

ubrana na czarno

 

 

Wigilijny wieczór

 

Znowu dotykam chłodnych dłoni.

Już się nie boję, nie powinnam,

Spójrz, gwiazdka gwiazdkę chce dogonić.

Zadrżałam. Szyba taka zimna.

 

Zapamiętany smutek w słowach

(cichych, bezradnych) – pomyśl o mnie,

gdy świat okryje biel puchowa,

kiedy choinka błyśnie w oknie.

 

Znużony księżyc gdzieś odpłynął,

przy stole cisza i samotność.

Ściskam opłatek. Tak tu zimno,

a oczy coraz bardziej mokną.

 

 

Prośba zrozpaczonej

                        Mai

 

Nie dorosłam do śmierci,

nie dojrzałam do rozstań.

Błagam was – Wszyscy Święci:

Ona musi tu zostać!

 

Ściskam w dłoniach niepewność,

głaszczę ręce i włosy:

Zostań, zostań tu ze mną,

przecież wciąż nie masz dosyć!

 

Skąd ten pośpiech, kochana,

by odwiedzić zaświaty?

Wiem – ktoś czeka tam na nas.

W snach spotkajmy się z bratem.

 

Tyle jeszcze przed nami,

zacznę być lepszą siostrą.

Już nie płaczę, kochanie,

tylko proszę; Nie odchodź!

 

 

 

Po jesieni przychodzi zima

                                   Mai

 

musimy się pożegnać

pani doktor podaje dłoń

za oknem jesień

opadają liście i ręce

ale może zdążysz jeszcze na grzyby

 

drobna postać w objęciach najbliższych

opuszcza korytarz wypełniony nadzieją

tak niedawno przywiozłaś tu swoją

teraz zostawiasz ją obcym

koczującym pod ścianą

oni jeszcze grają w zielone

 

rano padał śnieg

nie ma już grzybów

ani ciebie

 

 

Mój AAnioł

                        Józiowi

 

Mój AAnioł odleciał gdzieś nocą,

bez pożegnań i zbędnych bagaży.

Nawet butów nie zabrał. Bo po co?

Można boso szybować wśród marzeń.

 

Nigdy piwa nie napił się ze mną,

odkąd trzeźwość została mu siostrą.

Brał za rękę, gdy los zsyłał ciemność,

wyprowadzał z zakrętów na prostą.

 

Mój AAnioł po ludzku ułomny,

nie miał skrzydeł i nie był bez grzechu.

Zniknął nagle, zostawił garść wspomnień

I dwa zdjęcia z szelmowskim uśmiechem.

 

 

Nieobecni

 

Przestaję pytać: Czyja wina?

Komu potrzebni wiecznie młodzi?

Nie chcę się wściekać i przeklinać,

sensu w bezsensie znów dochodzić.

 

Dał, wziął – bezwzględna sprawiedliwość.

Gdyby to było takie proste,

lecz tu nierówno, a tam krzywo,

młody już odszedł, stary został.

 

Czy złość i smutek wreszcie zbledną.

gdy wątpliwościom powiem – koniec?

Może mi będzie wszystko jedno,

że chwytam pustkę w drżące dłonie?

 

Nie wiem, kto  o tym zdecydował.

Pokora? Jeszcze nie potrafię.

Snują się myśli, plączą słowa,

a oni patrzą – z fotografii.

 

 

            Pomieszałem tu wiersz biały i rymowany, rytmiczny, dla wyrażenia radości czytelniczej, wiersz rymowany jest bowiem formą bardzo rzadko już uprawianą (pomijam tych, którzy ostali, niezależnie od metrykalnego wieku, na etapie przedszkola literackiego i miotają się między cieniami romantyków a „poetycką Częstochową”) choć tu i ówdzie błąkają się błędni rycerze, jej mistrzowie (na www.pisarze.pl choćby …). Wydaje się, że wiersz rymowany jest obecnie wierszem trudnym, jeśli chce się by pozostał wierszem na dobrym poetyckim poziomie a nie katarynkowym wierszoklectwem. Tym większy szacunek zywię dla tego, co osiąga w tej poetyckiej formie autorka „dotykając przenikania”. Mówię to mocno, wyraźnie i bez krzty kadzenia. No i najważniejsze – w „dotykając przemijania” odczuwam dojmującą głębię przemijania, którego poetka dotyka. A to znaczy, że udało się jej to przemijanie jakoś oswoić, oczywiście oswoić poetycko, chociaż z tej poezji – odważę się domniemać – da się wyczytać, że to egzystencjalnie przemijanie udało  się autorce i rozpoznać i oswoić. Czy zaakceptować i pogodzić się z nim? – to już pozostawmy jej osobistemu wnętrzu. Nie należy dalej, nie da się dalej bez naruszenia prywatności, wnikać. Tym bardziej, że Danuta Bartoszuk i tak jest wobec czytelnika nad wyraz otwarta, choć przecież jej poezja nie jest tematycznie ani łatwa ani bezpieczna. Poza otchłanią przemijania dobiera się poetka do drapieżności życia, którą często wolimy (to nasz psychologiczny obronny mechanizm) odsuwać na bezpieczną odległość, ignorować, pomijać, albo udawać, że to nie dzieje się w naszym świecie, że przecież dotyczy kogoś innego, kogoś  s p o z a, kogoś „poza nawiasem”:

 

poza nawiasem

 

nazywana ladacznicą

za nieumiarkowanie w miłości

za usta nie tylko do mówienia

budzące męskie żądze

i czujność bogobojnych niewiast

 

wyrzucona poza granice wsi

a potem pamięci

nadal rozdawała siebie

nic innego przecież nie potrafiła

 

któryś zimowy wieczór skradł jej ciepło

 

gdy spóźniony poranek próbował ogrzać

wychłodzone ramiona

tylko rękawy trzepotały beztrosko

gotowe do lotu

 

ale czy niebo jest miejscem

dla dziwek

 

 

w cieniu Raskolnikowa

 

oswojona z bólem

karmiona obelgami

dźwigała co Bóg złączył

cuchnący oddech

długie noce

i niestrudzoną pięść

 

a wolność czekała

na wyciągnięcie noża

 

nad przesoloną zupą

zawisło pytanie

zbrodnia czy kara

gdy kat ofiarą

 

A przecież – i to jest nauka, którą z poezji Danuty warto przyswoić – nic nie jest poza nawiasem, choć jakże często chcielibyśmy, by było.

            Poezja Danuty jawi się jako dość pesymistyczna, ale przecież życiowi optymiści tak naprawdę są idiotami, być może – nie przeczę – szczęśliwymi, być może tak jest lepiej, nie wiem, nie jestem życiowym optymistą, za dużo widziałem i wiem. Powtórzyć mogę za Rilkem:

„Kto mówi o zwycięstwach, przetrwać oto wszystko”

 

Myślę, że poezja autorki „dotykając przemijania” każdemu czytelnikowi takie Rilkeańskie przetrwanie pomoże. Tym bardziej, że swój pesymizm Danuta potrafi osłodzić wyjątkowym ciepłem jakim otacza swoich tragicznych bohaterów – spójrzmy na wiersz

 

Miecio

 

nie zachowuj się jak Miecio

wielokrotnie powtarzana połajanka

traci aktualność

 

otwarte usta

przechylona na bok głowa

wiejski głupek

a przecież to  nie jego wina

że rodzice zawsze pod wpływem

przekazali materiał wątpliwej jakości

 

nie zobaczę już Miecia

ręce braci uwolniły go

od dalszego dźwigania defektu

 

może w lepszym świecie

odnajdzie brakujący element

 

 

I na koniec, Danuta Błaszuk jest w swoich wierszach przykładem tego, co w poezji najważniejsze, umiejętności muśnięcia słowem, dotknięcia właśnie!, wszystkiego, co w życiu ulotne, przemijalne i przemijalnie tragiczne. Jest jej poezja przykładem dotknięcia bez profanacji, a przecież mocuje się poetka z Nieobliczalnym, bo z Przemijaniem, czasami z przemijaniem zaklętym w bardzo krótki, bo

 

Przerwany lot

 

mury gimnazjum

znudzone szeptami

 

plotki na forach

usnęły zmęczone

legendą Wiktorii

 

uciekające

bezpowrotnie piętra

skrzydła z pajęczyn

i skostniały beton

 

już nie gloria

 

Z lektury mini-biogramu na czwartej stronie okładki i ze wstępu pióra Tadeusza „Coobus” Knyziaka dowiadujemy się, że Danuta Bartoszuk pisze, udziela się, stara się być aktywna literacko. Powiem tak – dawno nie byłem zaskoczony in plus tak dobrą poezją kogoś, kogo nie widać na „poetyckich salonach”, bo się tam nie pcha robiąc swoje. Odbieram te wiersze jako wiersze pisane przez kogoś kogo życie porządnie przemieliło a jednak potrafił to przekuć na dobra poezję. Bo to dobra poezja! We wszystkim mogę się mylić, ale nie w tym rozpoznaniu. Wyczyściłbym tylko tomik z kilku, dosłownie z dwóch trzech wierszy, choćby ostatniego i – to już do korekty – przypilnował takich drobiazgów jak numeracja stron: po 35 jest 26 (?), ale to są drobiazgi.

            Warto jeszcze podkreślić, że poetka bardzo dobrze operuje językiem, są to wiersze pisane jakby bezwysiłkowo – choć ja przecież doskonale wiem, ile to nas poetów kosztuje. Tym bardziej cenne są walory poetyckiego języka Bartoszuk, jego płynność i naturalność, spokój i piękno, dojrzałość i jasność. Frazę buduje poetka polszczyzną bez zbędnych udziwnień i komplikacji tak często, zbyt często zabrudzających współczesną poezję – a tu nie, tutaj Danuta zaufała i polszczyźnie i sobie i bardzo dobrze na tym wyszła. Okazuje się, że nie trzeba komplikować i kombinować, wystarczy wykorzystać polszczyznę, jej pojemność i potencjał, oczywiście, jeśli ma się coś do powiedzenia, a Bartoszuk ma. A gdy przypomnimy, że mierzy się z problematyką nad wyraz poważną i przejmującą, bo dotyczącą granicy życia i śmierci, to mamy obraz ujmujących wierszy, które zmuszają do myślenia i nie pozostawiają czytelnika obojętnego emocjonalnie. Dziękuję Ci Danusiu, za TAKIE wiersze!

 

 

Danuta Bartoszuk, dotykając przemijania, Warszawa 2017

Pin It