Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

2 sierpnia niemożliwe stało się możliwe

treblinka 43 buntGalewski, Żelo Bloch, Sudowicz, Abraham Salzberg, Leon Haberman, Mosze Klajman, Chaim Tik, Simcha Tiszler, Berek Lajcher... Kto z Polaków ich zna, wie, kim byli? A przecież to oni dokonali niemożliwego. Niemożliwego? W życiu, jak się okazuje, wszystko jest możliwe. Nawet bunt, powstanie w największym na terenie Generalnej Guberni obozie zagłady, w Treblince. Historycy ustalili dziewiętnaście nazwisk ścisłego kierownictwa konspiracji, pewnie było ich więcej. Ci inni już na zawsze pozostaną bezimienni…

Stacja kolejowa z zegarem, który zawsze wskazywał szóstą, kasy dworcowe, rozkład jazdy, godziny odjazdu pociągów do Wiednia, Warszawy. Straszny teatr, w którym przywieziona do Treblinki siostra Zygmunta Freuda składa zażalenie na złe traktowanie. I ZOO… Zwierzęta… Fotografowane, do albumu z podpisem „Piękne czasy”…

Zwierzęta w ludzkiej skórze, przepraszam, nie, zwierzęta nie są okrutne, nie zabijają tylko dla zabijania. Osiemset, osiemset pięćdziesiąt, a może milion dwieście tysięcy ludzi pogrzebanych, spalonych na małym skrawku ziemi. Sto kilometrów od Warszawy. Lekarzy, prawników, wojskowych, kucharek, handlarzy, ludzi wszelkiej profesji…

Bali się? Więc ten teatr tylko po to, aby przez chwilę nie zwariowali, nie rzucili się na oprawców? Pewnie tak, przecież nie dla cynicznej zabawy.

Znamy nazwiska tych z drugiej strony. Kilkudziesięciu. Tak, niemiecka załoga Treblinki to ledwie kilkudziesięciu, trzydziestu, czterdziestu ludzi, komendant Stangl, Franz, zwany przez więźniów „Lalką”, Bredow, Mentz, Möller, Hirtereiter, Floss, Groth, Hering, Zierke, Bolender… Sami wypróbowani towarzysze. Kto inny by to wytrzymał? Zabijać, zabijać, zabijać. Każdego dnia kilka tysięcy ludzi. A popołudniem napić się piwa. Albo pojechać na piknik, wykąpać się w rzece.

Byli jeszcze Ukraińcy, mniej więcej setka. Zabijali, strzelali, pilnowali. Czasami udawało się ich przekupić, stawali się dobrze opłacanymi pośrednikami w handlu wymiennym między okoliczną ludnością a więźniami. Jedzenie, nawet wódka, za pieniądze, kosztowności. Ale na co dzień wcale nie byli lepsi od swych niemieckich mocodawców. O nie!

Z rampy biegiem do dołów śmierci. Wróć, najpierw rozebrać się, oddać rzeczy, kosztowności, wszystko, co może przynieść korzyść III Rzeszy. I łaźnia… Góry ubrań, nowiutkich i zniszczonych, drogich i nic niewartych. Dolary, franki, złotówki, brytyjskie funty, szmaragdy, brylanty, wszystko w wielkich ilościach, to, co ofiary zdołały zabrać ze sobą, ukryć. Odnajdywane w błocie, gdzieś ukryte w walizkach, szybko chowane, a przecież znalezione…

Początkowo zabijano seriami z karabinów maszynowych i składano w wielkich dołach. Pięć metrów głębokich, kilkadziesiąt metrów długich i szerokich. Warstwami. Po Katyniu przyszła refleksja, że przecież zostawiają dowód. A i tempo zagłady nie to. Szybciej, szybciej, szybciej. Więc komory gazowe. Spalić także tych już pogrzebanych. Trzeba było opróżnić warszawskie getto, pociąg musiał dojechać i wrócić tego samego dnia. Pięć, sześć tysięcy ludzi w każdym składzie kolejowym. Niewyobrażalne, nie do uwierzenia…

Tak, niektórzy żyli dłużej. Ci z komand do obsługi – sortowania rzeczy, palenia zwłok, obsługi SS-manów, cieśle. Średnia życia? Dwa tygodnie. Niektórzy dłużej, kilka miesięcy. To oni się           zbuntowali, to ich „zorganizował” starszy obozu, inżynier Gralewski. Niemcy mu ufali, dali pejcz do ręki. Nigdy go nie użył. Wiele razy byli o krok od wpadki. Któryś, ratując życie, zaczął sypać. Niemcy nie uwierzyli, padł strzał…

Jak to możliwe, że do tego buntu i ucieczki doszło? Wciąż będę powtarzał: nie do uwierzenia. A jednak dorobili klucz do zbrojowni, wynieśli kilkadziesiąt granatów, kilkanaście karabinów (tylko dla byłych żołnierzy). Nie wszyscy chcieli uciekać. Niektórzy chcieli się tylko zemścić za śmierć najbliższych, zabić tych, którzy zabijali, spalić obóz – to piekło, prawdziwe piekło na ziemi, umożliwić ucieczkę innym.

Michał Wójcik kategorycznie rozprawia się z mitem – mitem stworzonym w 1969 roku na użytek Moczara, Gomułki, tych wszystkich komunistycznych antysemitów – o polskiej pomocy, współdziałaniu przy buncie w Treblince. O broni przemycanej do obozu, przewodnikach, oddziałach AK, które strzelały do wież strażniczych… Pyta, dlaczego Polskie Państwo Podziemne nie ratowało, nie chciało ratować swoich obywateli! Swoich! Nie znajduje odpowiedzi. Bo i znaleźć jej nie sposób…

Plan był taki, że uciekają wszyscy, wszyscy co do jednego, że obóz płonie. Nie wszyscy uciekli, sto kilkadziesiąt osób zostało. Chwilę później zostali zgładzeni. Osiemdziesięciu pięciu, garstka z tych, którzy uciekli, którzy wzięli udział w powstaniu dożyło wyzwolenia. Tylko osiemdziesięciu pięciu czy aż osiemdziesięciu pięciu? A jaką mieli szansę przeżyć? Zerową. Dokładnie taką. Więc sukces. A cóż to za kategoria? Przeżyli, tylko to jest ważne. I dali świadectwo zbrodni bez precedensu.

Piszę te słowa i myślę o swojej babce spalonej w Brzezince. Nie mogła mieć nadziei. Nikt nie mógł. A jednak 2 sierpnia 1943 roku w Treblince kilkudziesięciu ludzi dało prawie tysiącu innym, choć na chwilę, nadzieję. Na życie, na zemstę, na krótki moment triumfu.

 

Michał Wójcik – Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci, Znak, Kraków 2018, str. 318.

 

Pin It