Michał Piętniewicz


Poezja sympatyczna. O „Koleżankach mojej żony, czyli blogostanie_02” Michała Zabłockiego.

 

Pietniewicz Michal n            Po przeczytaniu Blogostanu_01, miałem dobre wrażenia, lektura wydawała mi się interesująca, chociaż przyznam, że ciężko mi było z początku się przyzwyczaić. Sam prowadzę bloga, z dość oszczędnie dozowaną regularnością. W przypadku Blogostanu_01, zastanowiła mnie kwestia, że tego rodzaju, mniej lub bardziej regularne zapiski na swoim blogu, czy stronie internetowej, mogą okazać się literacko płodne oraz interesujące. Blogostan_01, w porównaniu do drugiej części, był moim zdaniem nieco bardziej filozoficzny, bardziej problematyzował egzystencję, przez co dryfował w stronę szerzej pojętej ogólności oraz ogólnym rozważaniom o życiu jako takim, o życiu jako o problemie nie tylko do rozwiązania, ale chyba przede wszystkim do zapisania. Zapisania, dodam, w taki sposób, żeby je odpowiednio sproblematyzować, codzienność, każde, błahe zdarzenie, które przytrafiało się podmiotowi tych wierszy, było pretekstem do rozważań o tym zdarzeniu, próbie przyłapania życia, hic et nunc, oraz przedstawienia go w zwierciadle specyficznej refleksji. Refleksji nie tyle stricte filozoficznej, ale poetyckiej, przy czym słowo poetycki kojarzę tutaj z czasownikiem: problematyzujący. Zatem poezja problematyzująca rzeczywistość i pojedyncze istnienie, bohatera zmagań z tą rzeczywistością, tego w największym skrócie dotyczył chyba tom Blogostan_01.

 

            Co do Blogostanu 0_2, coś zaczyna się zmieniać, nie w samej esencji, ale w okolicznościach wiersza, okolicznościach, którymi obudowana jest ta esencja. Otóż dalej są to, jak sugeruje tytuł, luźne zapiski na blogu, nie pretendujące do miana wysokiego wiersza, wysokiej poezji. Niemniej już w samym sposobie ich przestawienia, zaczyna pojawiać się pewna zmiana. Chodzi mianowicie o większą konkretyzację czasoprzestrzeni poetyckiej, w porównaniu z poprzednią książką Michała Zabłockiego, w której konkretyzacja dotyczyła przede wszystkim problemów egzystencji, a nie samej egzystencji. Tutaj, to właśnie okoliczności egzystencji, wybijają się na pierwszy plan, co sprawia, że mamy do czynienia z przestawieniem sytuacji konkretnej. Kolejka w poczekalni po numerek, szorowanie naczyń (bo pewnie tak przykazała małżonka), kupno mieszkania, podróż pociągiem, nucenie kołysanki dla dziecka, wszystko to sprawia pomału, że podmiot liryczny, w porównaniu do poprzedniej książki, mówiąc nieco prosto, mniej filozofuje, a bardziej żyje, interesuje go konkretna, zewnętrzna rzeczywistość, która przedstawia sobą dużo uroku, pomimo ewidentnych uchybień, które obrażają zdrowy rozsądek, vide wiersz, "Odmowa wydania identyfikatora pojazdu", czy wiersz o kolejce na poczcie, bardzo czuły w swojej ironii, nie gryzącej i drapieżnej ironii, co warte podkreślenia, ale właśnie ironii, która nie jest pozbawiona ciepła i swoistej wyrozumiałości, dla pewnych paradoksów, tak, napiszmy to, przede wszystkim polskiej rzeczywistości.
   Odnosiłem wrażenie, że podmiotowi lirycznemu mimo wszystko dobrze się żyje w krainie, którą opisuje. Na początku tomu pojawiają się nieśmiałe marzenia o idealnym państwie, rządzonym przez uczciwych i rzetelnych mędrców, które wkrótce ustępują przedstawieniu codziennie napotykanego świata, zwyczajnego, nieco zabawnego, dziwnego, śmiesznego, ale pomimo to, nie pozbawionego jednak specyficznie odczutej swojskości. Tę swojskość, czy familiarność, rodzaj braterstwa ze światem widzialnym, z krajem, w którym się żyje, widać w języku, który nie jest ostry, drapieżny, nie jest też nadmiernie zmetaforyzowany, nie używa nazbyt wyrafinowanych środków wyrazu, ale raczej odnosi się wrażenie słowa "autentycznego", które niczego nie udaje ani na nic nie pozuje, słowa prostego i szczerego, zaprawionego czułą ironią i sporym poczuciem humoru, innymi słowy sympatią mimo wszystko, do opisywanych zjawisk tego świata. To widać także w przedstawieniu swoich przyjaciół, jak Pana Marka, czy Pana Bogusia, widać to w wierszu o dużej, poetyckiej urodzie, "Pan Dyrektor". W tym przedstawieniu świata, dyskretnie wyziera osoba podmiotu lirycznego, czy też lirycznego bohatera tych wierszy, który czasem zapomina o kontakcie z rzeczywistością, ale nie radykalnie, tak po prostu, po poetycku gdzieś odpływa, w sobie tylko znane rejony, jak w wymienionym wierszu "Pan Dyrektor", który równie dobrze może dotyczyć krakowskiego gołębia, co rzeczywistej osoby: Kiedy krąży wokół własnego gabinetu i puka w szybkę Wpuszczam go zawsze Witam i żegnam z czułością Gdy odlatuje z sali pełnej obrad W mojej pustej głowie.
     Gdybym miał jednym wyrazem określić specyfikę poezjowania Michała Zabłockiego, użyłbym określenia: poezja sympatyczna. Sympatyczna nie tylko w sensie możliwości wzbudzania sympatii czytelnika dla bohatera tych wierszy, ale sympatyczna również w rozumieniu współodczuwająca, bliska sformułowaniu: empatyczna. Empatia, której towarzyszą czuła ironia i ciepły humor, gdzie wyraźnie zarysowane kontury poetyckiego świata, prowadzą często ku poetyckiej zadumie i wnioskom, jak dyrektorski gołąb, który znienacka ulatuje z „pustej głowy” poety.

 

Pin It