Arkadiusz Frania

 

Sobie-piekło, Sobie-raj

 

Dwoje na wzgorzu    Dwoje na wzgórzu Tomasza Marka Sobieraja to poezja z wewnątrz, z głębi gnębiącej „ja”, „wycisk” z życia. Nie ma w tej liryce naleciałości i przymieszek niewiadomego pochodzenia, lecz wionie przez nią dech człowieka, który swoje przeżył i nie bez rozterek wypełnia los. Poeta wspomina, nie znikając jednak z pola czytania, nie rozpuszcza się. Opowiada historie wyjęte w równej mierze z życia widocznego, co z podświadomości. Niektóre nieco dłuższe, niemal fabularne, narracyjne czy dyskutujące ciągi liryczne (np. Park Źródliska, Rozmowa z Józkiem Baranem) sąsiadują z tymi zespolonymi ze znikomością słowa (haikowe, z niewielką liczbą słów, np. Obfita rosa, Nagła ulewa, Przed nadejściem mrozów); w obu przypadkach wyrażony został jednak endo-świat łódzkiego twórcy.

 

    W omawianych tekstach dominują odczucia kresu, choćby kresu wyrazu, linijki, strofy czy wiersza, które jawią się jako zaczątek, początek. A bardzo wiele dzieje się na przestrzeni 25 utworów z Dwojga na wzgórzu. Nie uchylam się przez nimi, wchodzę w ich oko cyklonu, tym bardziej że sprawiają wrażenie zamkniętych, skończonych, ale jednocześnie otwierających perspektywę na inne odczytanie, przede wszystkim prze-żywanie i prze-zżywanie.

    Otwierający książkę utwór Chłopiec we mgle rozpoczyna się niemal sielsko, a przynajmniej rześko, lecz czytelnik tylko przez chwilę może upajać się opisami poranka w stylu: „Mgła sunie znad rzeki, wypełnia dolinę, / płynie dalej, otula łąki milczącym obłokiem / o brązowym smaku wodorostów i dębowych liści” (s. 5). Wraz z pojawieniem się tytułowego chłopca podskórnie narasta niepokój, by znaleźć swoją codę w informacji, że mały bohater do przyniesionego słoika będzie zbierał okazy fauny łąkowej, zapewne motyle. Ich śmierć Tomasz Marek Sobieraj przedstawił jako zagładę nawiązującą do eksterminacji ludzi podczas II wojny światowej: „pociąg do zagłady małych żyjątek / zagazowanych eterem i przebitych szpilką / w małym Auschwitz dziecięcego pokoju” (s. 5). Powyższe porównanie właśnie poprzez dwukrotnie wykorzystane słowo „małe” buduje aurę grozy, przecież „małym żyjątkom” odpowiada „małe Auschwitz dziecięcego pokoju”, więc w istocie jest do wielka zagłada w skali „małych żyjątek”. Już inicjalny liryk tomiku zawiera główne linie tematyczne Dwojga na wzgórzu: naturę i śmierć, nieraz splątane ze sobą, jak w Chłopcu we mgle, innym razem występujące oddzielnie.

    W samym środku życia czytelnik znalazł się podczas lektury Tumora Jelitowicza, będącego, pozbawionym komentarza czy wyraźnej obróbki literackiej, zapisem stanów choroby. Jak przeniesione z dokumentacji lekarskiej brzmią już same nagłówki kolejnych części wiersza: „24.06.2010 / I. Kolonoskopia”, „27.07.2010 / II. Operacja”, „10.08.2012 / III. Histopatologia”, „10.09.2010 / Chemioterapia”. Sąsiadująca z powyższym lirykiem Chwila pełnej jasności ujętym w nawias podtytułem zdradza łacińską nazwę choroby i stanowi przykład dyskusji z Nim – Bogiem, przeznaczeniem: „Więc próbuję dotknąć niewidzialnego, / ale boję się, bardzo się boję” (s. 13). Czyż pierwszą reakcją na życie nie jest właśnie strach, biorący swoje źródło w świadomości, że można doznać utraty. Oba liryki chorobowe wiodą do wątków szpitalnych zrealizowanych przez poetę m.in. w tekście Stare kobiety nie powinny opłakiwać swoich synów, którego podmiot liryczny jest pacjentem nawiązującym intymny kontakt z lekiem przeciwnowotworowym: „Czterdzieści osiem godzin zmysłowego związku / z Oxaliplatyną. Piękna nazwa, ale to nie jest dziewczyna” (s. 15). To oczywiście próba oswojenia nieoczekiwanego i nieuchronnego. Wokół bowiem czai się śmierć: „Jestem szczęściarzem. Od jakiegoś czasu / śmierć mnie unika – / jednak znam już jej zapach i dotyk” (s. 15). Poczucie straty przedstawił łódzki twórca w przywołującym skojarzenia ze słynnym Kotem w pustym mieszkaniu Wisławy Szymborskiej wierszu Będą za nami tęsknić psy. Czworonóg Sobieraja stara się ujarzmić nieobecność człowieka: „[pies] Myśli pewnie, / że to jakaś nowa zabawa w znikanie” (s. 16), ostatecznie pozostaje tylko upływ czasu, zmiana pór roku i czekanie.

    Autor jako wierny i czuły obserwator przyrody notuje: „Cisza gęsta jak zastygła lawa. / Nieruchome źdźbło trawy. / Tylko biedronka wspina się wytrwale / po łodyżce ostu” (s. 9). Odsłania dla siebie i dla nas wszechświat skryty w trawie, raz jest to wizja śmierci (Chłopiec we mgle), innym razem mistyczna niemal normalność czy bardziej realność natury: „Idea / odciśnięta w materii” (s. 9).

    Perspektywa rozszerza się w liryku Park Źródliska, gdzie podmiot w akcie wspomnienia wraca do przeszłości, dokonując jej poetyckiej inwentaryzacji: „Księga miejsc dawno niewidzianych / i skoroszyt spłowiałych zdarzeń” (s. 7). Podczas spisu wszystko jest objawione jednocześnie: ludzie, miejsca, widoki, zapachy i smaki, nawet tak z pozoru odległe elementy prywatnej mitologii: „cudowny / zapach spalin, knedle z truskawkami” (s. 6). Gdzie indziej konkret przeistacza się w magię: „pierwszy rower, / niebo / z przyklejonymi strzępami / cukrowej waty / udającymi obłoki” (s. 7).

    Łódzki poeta posiada wyobraźnię kolekcjonerską, przywołującą szeregi ludzi, zjawisk, zdarzeń, poza wzmiankowanym Parkiem Źródliska z mnogością bytów z przeszłości, na przykład w Fotografii zostaje wymienionych „wiele rzeczy niewidocznych / na fotografii” (s. 8), w tym: „Kropla wina na prześcieradle Napięcie i ekstaza. / Nasze oddechy, myśli, wilgoć skóry. / Nawet senny śpiew ptaków, / i dzwony kościoła w pobliskim Prato” (s. 8). Taki chwyt nie sugeruje zagubienia „ja” w tworzywie istnienia, ale ukazuje jego bogactwo, zwłaszcza że przesycone człowiekiem; mało byłby przecież wart „Aromat herbaty, dźwięk odstawionej filiżanki” (s. 8), gdyby nie to, iż właśnie podmiot liryczny czuje ten zapach i słyszy ten dźwięk. Nieodczute i nieusłyszane cechuje się bytem pozornym, złudzeniem.

    Wymiar eschatologiczny łączy się z filozofią zen, bodaj najbliższą bohaterowi wierszy; z Codziennej praktyki zen wynotujmy: „Jeśli chcesz zobaczyć, / szeroko otwórz oczy. / Jeśli chcesz dojść, / uważnie stawiaj stopy” (s. 32). Poszukiwanie sensu życia, świata, miejsca człowieka w jego własnym bycie to wędrówka: „biorę kij / i ruszam w drogę, / poszukać swojej natury” (s. 26), będąca niczym innym, jak poszukiwaniem wewnętrznego ładu, harmonii, czemu pomaga kontemplacja natury poprzedzona stwierdzeniem przez homo sapiens własnej znikomości: Widok z Doliny Kościeliskiej na mnie, co nie przeszkadza jednak rozkoszować się „obfitą rosą”: „Kładę się na niej / dotykam, piję, / wdycham aromat, / do rana” (s. 27). Porywające są opisy zjawisk atmosferycznych, sytuacji ze świata flory: „śpiew ptaków / rozpędził deszcz” (s. 28), „Niewielki obłok / zakrył słońce” (s. 29). Opis przyrody wychodzi daleko poza zgrabny poetycki oleodruk: „Ostatnie liście opadły z klonu, / ptaki milczą na gałęzi sosny. // Trzeba okryć kwiaty na zimę, / nadchodzą siarczyste mrozy” (s. 31); ten fragment potraktowałbym jako przykład pejzażu mentalnego bohatera.

    Warto wyłowić z poddawanego refleksji tomiku glosy o roli poezji w światopoglądzie autora. W Chwili pełnej jasności czytamy: „a poezja / to tylko sen” (s. 13), utwór Ty, który… jest wymówką adresowaną do poetów piszących tylko z wyobraźni, bez przeżycia. Najpełniejszy wykład teorii poezji według Tomasza Sobieraja zawiera Rozmowa z Józkiem Baranem, zbierająca niejako rozsiane w innym tekstach wątki autotematyczne:

Wiem, że wiersz idealny może powstać bez słów,

do wiersza pięknego wystarczą sny i płomienie,

ale nie może powstać wiersz ważny,

jeśli nie służy poszukiwaniu prawdy,

jeśli nie jest pytaniem do Boga

(s. 21)

    Tomasz Marek Sobieraj nie dryfuje, ale z pełną wiarą w siłę słowa płynie naprzód.

 

    Tomasz Marek Sobieraj, Dwoje na wzgórzu, Wstęp: Józef Baran, Posłowie: Jacek Świerk, Editions Sur Ner, Łódź 2018, ss. 50, Biblioteka „Krytyki Literackiej”.

 

 

Pin It