Wacław Holewiński

 

Mebluję głowę książkami

 

mebluje-glowe

 

 

 

Dwie opowieści o fałszerzach do czytania jedna po drugiej…

ostatni obraz saryNiezbyt często zdarza się, aby jeden wydawca opublikował dwie książki, które tak bardzo się uzupełniają. Ktoś zada pytanie: biografia najsłynniejszego w dziejach fałszerza obrazów i powieść? Tak, właśnie tak. Bo Frank Wynne, autor „To ja byłem Vermeerem”, opisał nie tylko zdumiewające losy Hana van Meegerena, ale także sposoby, w jakie doszedł do mistrzostwa w falsyfikowaniu („Van Meegeren dodawał bakelitu do pigmentów, żeby je postarzyć i móc potem upchnąć swoje fałszywe Vermeery Göringowi”), do techniki postarzania obrazów, nadawania im wyglądu dzieł mistrzów XVII wieku. A Dominik Smith? Przecież „Ostatni obraz Sary de Vos” to zupełna fikcja. Taka malarka nigdy nie istniała. To prawda. Tyle, że bohaterka (dla uściślenia jedna z trojga bohaterów) umiejscowiona została dokładnie tam, gdzie Vermeer, jest jedną z pierwszych kobiet, przed którą swe podwoje otworzyła gildia Świętego Łukasza, zaś inna z bohaterek wcieliła się w rolę… no tak, domyślacie się państwo, w rolę Meegerena, fałszując obraz holenderskiej malarki.

 

Wbrew planom ojca był malarzem (choć skończył architekturę), zdolnym, mającym nawet indywidualne wystawy, ale zdolnych i niespełnionych na tym świecie tylu, że trudno byłoby ich pomieścić nawet w obszernym indeksie. Więc choć zauważony, kariery nie zrobił.

Urodził się w 1889 roku w Deventer i gdyby… gdyby nie był Veermerem, pewnie nikt by go dziś nie pamiętał. W swym niezbyt długim życiu – przeżył ledwie pięćdziesiąt osiem lat– zaznał wszystkiego: biedy, bogactwa, podziwu, nawet zachwytu do swych dzieł (do których, rzecz jasna, przyznać się nie mógł) i pogardy jako ten, który wyprzedawał majątek narodowy (bo przecież Veermer to holenderski majątek narodowy) Hermanowi Göringowi.

Czytałem tę biografię i zastanawiałem się, jakie cechy musi posiadać genialny fałszerz. Myślę, że poza talentem przede wszystkim musi się identyfikować z tym, którego naśladuje, kopiuje. Ale van Meegeren miał coś więcej. Miał wyobraźnię i tupet. Tak, tupet to odpowiednie słowo. Bo trzeba mieć tupet, aby stworzyć dzieło swego mistrza. Nie kopię, a obraz, który współcześni przypiszą malarzowi, nie byle jakiemu, ale określonemu, uznają go za odnalezione zaginione dzieło. Namalował i sprzedał co najmniej „sześć Veermerów”, dwa obrazy Pietera de Hoocha, pewnie podrobił też kilku innych (ale najpewniej były to tylko eksperymenty).

Kochał dawnych mistrzów, kobiety, pewien standard, przyznajmy, wysoki, życia. I chciał pokazać, że maluje, że potrafi malować nie gorzej, niż wielcy Flamadowie. Znalazł autorytety, w tym ten najważniejszy – Abrahama Brediusa – które potwierdziły autentyczność obrazów, muzea je kupiły, publiczność z rozdziawionymi ustami gapiła się na „odnalezione arcydzieła” – „Uczniów z Emaus”, „Chrystusa i jawnogrzesznicę”…

Mógł uchodzić „tylko” za kolaboranta. Wybrał prawdę. Nikt nie chciał wierzyć, namalował więc w więzieniu kolejnego Veermera…

Wracajmy do drugiej z książek. Dominik Smith i jego opowieść o fałszywym obrazie. Falsyfikaty to wdzięczny, nośny temat. „Zimowy pejzaż z trumienką dziecka” Sary de Vos, tej fikcyjnej malarki (ale czy pierwowzorem nie była Judith Leyster – 1609–1660 – znakomita malarka z Haarlemu, uczennica Frasa Halsa, pierwsza kobieta, którą przyjęto do gildii Świętego Łukasza?), jeden z bodaj trzech odnalezionych jej obrazów… Pisarz rozpisał swą opowieść w trzech planach, trojga bohaterów. Malarki (zaczyna wioną 1636 roku), Marty de Groota – spadkobiercy jej obrazu (Nowy Jork 1957) i młodej konserwatorki, a potem eksperta i uniwersyteckiego profesora, Elli (to ona kończy opowieść latem 2000 roku).

To powieść, więc australijski pisarz utkał w niej współczesny romans, ale i sporo realiów holenderskiego baroku (kto dziś wie, że kobiety tego czasu odsuwane były od malowania pejzaży – tulipany, martwe natury, proszę bardzo, pejzaże wyłącznie dla mężczyzn) i tego, na czym oparł swą biografię Frank Wynne. Realiów fałszerzy – tych płócien z XVII wieku, podmalówek, spękanej farby, pociągnięć pędzla. Ale też wyrzutów sumienia.

Wyrzuty sumienia? U fałszerza? No taka troszkę bajka, ale… ale ładnie opowiedziana…

Te książki trzeba czytać w kolejności opisanej przeze mnie. Czysty zysk przy czytaniu powieści. Bo wszystko układa się wówczas logicznie, prawdopodobnie.

Wszystkie muzea/galerie (te wielkie) mają ponoć pomieszczenia, w których odkładane są fałszywki (technika pozwala je w coraz większym stopniu identyfikować). Czym się różnią od oryginałów? Czasami, tak się wydaje, praktycznie niczym. Niektóre pewnie są nawet lepsze... Więc zniszczyć? Udostępniać? Pozwolić o nich zapomnieć?

Frank Wynne – To ja byłem Veermerem. Narodziny i upadek największego fałszerza XX wieku, przekład Ewa Pankiewicz, Rebis, Poznań 2018, str. 280.

 

Dominik Smith – Ostatni obraz Sary de Vos, przekład Katarzyna Karłowska, Rebis, Poznań 2018, str. 394.

 

Pin It