rekomendacje spp 01 10 18

 

 

Wacław Holewiński

Julian Wołoszynowski – nie dać mu zginąć…

przed wschodemNota o Julianie Wołoszynowskim w Wikipedii: „(ur. 4 kwietnia 1898 w Serbach (obecnie Гонтівка) na Podolu, zm. 16 grudnia 1977 w Warszawie) – polski prozaik, dramatopisarz, krytyk i aktor teatralny. Studiował w Kijowie. Od 1919 mieszkał w Warszawie; był aktorem w Reducie (1922-1924). Był synem Joachima i Marii z Łukaszewiczów.” Wymieniono też utwory napisane przez pisarza. Koniec, kropka. Nic więcej. Czasami łapię się za głowę – to ten przypadek. Ktoś, kto napisał współcześnie dwie, trzy książki ma ogromną notę, pisarz wybitny, a takim bez wątpienia był Wołoszynowski, krótkie cztery zdania…

 

Autor „Roku 1863” jest pisarzem zapomnianym z wielką stratą dla polskiej kultury i polskich czytelników. Zapomnianym mimo trzech wydań „Opowiadań podolskich”.

Wołoszynowski należy do niewielkiej grupy wspaniałych polskich prozaików, dla których ich kresowe „małe ojczyzny” stały się tworzywem, osią ich twórczości. Poszukajcie ich Państwo w głowach (Iwaszkiewicz, Chciuk Konwicki, Czarnyszewicz, Łobodowski, jeszcze kilku, kilkunastu, ze współczesnych Helak) – nie za wielu.

To właśnie Serby, majątek rodowy Wołoszynowskich, jego okolice, najbliższe miasteczka są paliwem „Opowiadań podolskich” (także zbioru „Przed wschodem księżyca”). Nastrój, budowa postaci, opis miejsca, krótkie kilkustronicowe opowiadania, w których zaklęty jest świat miniony. Wspaniały, niedzisiejszy, a jednak jakoś nam bliski, tożsamy.

Trzeba czytać Wołoszynowskiego, nie dać mu zginąć w zalewie tysięcy słabych książek. Trzeba szanować wspaniałą polszczyznę i nasze, także kresowe, korzenie.

Julian Wołoszynowski – Przed wschodem księżyca. Opowiadania podolskie, PIW, Warszawa 2018, str. 384.

 

znaczek

 

Piotr Müldner-Nieckowski

Lech Witkowski: O dwoistości i ekologii kultury

humanistyka stosowanaUkazało się dzieło niezwykłe. Nie literackie, bo naukowe, ale bardzo ważne dla świadomych swojej roli pisarzy i zawodowców dziedzin, które wymagają szczególnie intensywnego myślenia i zaangażowania zgodnego z rolą społeczną.

Autor, profesor Lech Witkowski wraz ze swoim ponadczterdziestoletnim dorobkiem, jest postacią niezastąpioną. O jego książkach na temat pedagogiki, kultury, pogranicza teorii i praktyki, słowem tego, co w społeczeństwie decyduje o edukacji, produkcji, poprawnym wykonywaniu zawodów, specjaliści piszą w samych superlatywach. W recenzjach bez zażenowania są pisane słowa w rodzaju "znakomity", wybitny", "genialny". Tak się na przykład działo, kiedy ukazała się księga Lecha Witkowskiego pt. "Przełom dwoistości w pedagogice polskiej. Historia, teoria i krytyka" (2013), poświęcona zjawisku dla autora i jeszcze paru osób w kraju oczywistemu, przez niektórych (pojedynczych) polskich naukowców wstępnie rozpoznanemu, zbadanemu i opisanemu, a wymagającemu dalszych analiz i syntez. Wśród teoretyków pedagogiki, jej teorii i praktyki, autor znajduje się w ścisłej czołówce.

Wydaje się, że "dwoistość" umieszczona w tytule wymienionego wyżej dzieła, jest sprawą centralną również dla tomu rekomendowanego tutaj. Bo to owa dwoistość została zaniedbana przez ogół, zapomniana czy może po prostu odepchnięta. To prawda, że nie jest to temat dla leniwych, ale jest to rzecz, którą zawodowcy mimo wszystko powinni wziąć na kieł, zacząć o niej myśleć, stosować ją dla dobra własnego i ogólnego, uczyć jej i z niej, ucząc, korzystać, i rozwijać. Już z pobieżnego przeglądu treści księgi wynika, że dzisiejsza praktyka pedagogiki musi się zmienić, bo zostajemy w tyle. To powinno się jak kręgi na wodzie rozchodzić między praktyków innych dziedzin, a przede wszystkim trafiać do programów edukacyjnych.

„Dwoistość” (ang. duality) polega m.in. na zdolności widzenia w każdej sytuacji alternatywy, ale nie na zasadzie prostej antonimii (nie [A versus nie-A]), lecz dwubiegunowego czy dwustronnego uwikłania (bo jest to sytuacja, a nie rzecz), w którym nie wolno czuć się tak jak "na rozdrożu", po którego przekroczeniu decyzją wyboru kierunku, jesteśmy na dobrej drodze, lecz gdzie tkwimy w ciągłym, powracającym dylemacie.

Dwoistość tak rozumiana wciąż jest pojęciem niemal zupełnie nieznanym, choć wydawałoby się oczywistym. Kiedy jednak się zrozumie choćby wstępnie, o co chodzi, zaczyna się jechać coraz szybciej.

Na pewno nie jest to ambiwalencja (zwłaszcza rozumiana tak jak podają słowniki), alternatywa, dualizm, podwójność i Bóg wie co jeszcze, ale pewna właściwość strukturalna, paradygmat zachowujący jedność z dostrzeżeniem rozbieżnych aspektów tej samej rzeczywistości.

Paradygmat trudny, ale konieczny do zrozumienia, jaką rolę zawodową ma na przykład lekarz, nauczyciel czy pisarz, i co w ramach swojej roli a zgodnie z paradygmatem należy czynić, aby działanie było skuteczne.

Dwoistość jest rozważana przez Lecha Witkowskiego w ślad za poprzednikami, którzy zostali zapomniani albo odepchnięci, albo zlekceważeni, do których należą (wypisuję z dedykacji wspomnianego wyżej dzieła z 2013 r.): Wielka Pokoleniowa Czwórka polskiej pedagogiki: Bogdan Nawroczyński (1882–1974), Kazimierz Sośnicki (1883–1976), Stefan Szuman (1889–1972), Zygmunt Mysłakowski (1890–1971), oraz jej pokoleniowi rówieśnicy: Sergiusz Hessen (1887–1950) i Józef Mirski (1882–1943), a także młodszy od niej o niemal dwie dekady Bogdan Suchodolski (1903–1992), dla których fundament zainicjował Bronisław Ferdynand Trentowski (1808–1869), a Henryk Rowid (1877–1944, zamordowany w KL Auschwitz) przypomniał.

Książka, którą trzymam w ręku, jest dalszym ciągiem, dobudowaniem i rozwinięciem tez zawartych w poprzednich dziełach Witkowskiego. Znowu tom opasły (pięknie wydany), ale inaczej chyba się nie dało, bo autor daje z siebie maksimum wysiłku, żeby ze wszystkim, co jest ważne, uporać się przed czasem, w którym już sił zabraknie. Na razie są, oby jak najdłużej.

Tom traktuje nie tylko o dwoistości. Ma w tytule wyrażenie "ekologia kultury", zdumiewający tym bardziej, że ekologia większości zjadaczy chleba kojarzy się z domem i przyrodą, a tu chodzi o coś innego. Warto więc wiedzieć o co, ponieważ ostatnimi czasy termin ten spotyka się coraz częściej, a na przykład dziennikarze czy pisarze w czasie dyskusji zupełnie sobie z nim nie radzą. Podaję więc za Johnem Holdenem, w tłumaczeniu Rafała Śmietany:

"Ekologię sztuki i kultury definiujemy jako złożone współzależności kształtujące popyt oraz produkcję sztuki i szeroko pojętej oferty kulturalnej. Ekologia sztuki i kultury obejmuje liczne sieci twórców sztuki oraz kultury, producentów, prezenterów, sponsorów, uczestników, a także postaci drugoplanowych osadzonych w różnych społecznościach". (Definicję tę i jej tekstową "obudowę" można znaleźć w książce "California’s Arts and Cultural Ecology", red. A. Markusen, et al., James Irvine Foundation, San Francisco 2011).

Witkowski w polecanej tu księdze daje znacznie więcej definicji potrzebnych w pedagogice, działalności kulturowej i kulturalnej, w praktyce zawodów związanych z nieodzownym kontaktem z ludźmi. Rozwija myśli duże i małe, zawsze takie, które decydują o powodzeniu całości działania. Jak sobie radzić, kiedy stykamy się z problemem jednoczesnej wiedzy i niewiedzy, którego nie da się rozwiązać, a wobec którego trzeba się jakoś zachować?

Lekarze mają z taką sytuacją do czynienia codziennie, rzekłbym co godzina, i godzą wiedzę z niewiedzą, teorię z konkretnym przypadkiem, który tej teorii przeczy albo znacznie od niej odbiega. Ale nieraz mają kłopoty, których zwalczania mogliby się nauczyć już na studiach.

A pisarz? Pisarz, którego zadaniem (postawionym samemu sobie) jest opisywanie, ale czy opiewanie? Opisywanie, ale czy moralizowanie lub pouczanie? Przedstawianie, ale czy narzucanie swojej wizji? Użycie języka właściwego potencjalnemu odbiorcy czy słownika właściwego autorowi? O czym należy milczeć, mimo że samo ciśnie się na papier? To nie jest ambiwalencja typu schizofrenicznego, przeważnie rozwiązanie jest nie-zero-jedynkowe. To występowanie naturalnych, wspomnianych na wstępie dwoistości, sytuacji, z którymi mózg człowieka sobie poradzi, o ile się go odpowiednio nauczy. A jaką mu stworzyć ekologię umysłu, aby radził sobie łatwiej?

Piotr Müldner-Nieckowski

 

___________

Lech Witkowski, „Humanistyka stosowana. Wirtuozeria, pasje, inicjacje. Profesje społeczne versus ekologia kultury”. Oficyna Wydawnicza „Impuls”, Kraków 2018. Stron 790. Oprawa twarda. ISBN 978-83-7850-905-9.

 

znaczek

Małgorzata Karolina Piekarska

Niezwykłe świadectwo miłości bliźniego

zaslubiona wschodowiPoprosiło mnie ostatnio Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji o pomoc w stworzeniu tzw. Wielkiej księgi mocy z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości. W księdze ma się znaleźć sto życiorysów stu osób niepełnosprawnych, które przez ostatnie sto lat przyczyniły się do rozwoju polskiej państwowości, historii czy kultury. Znaleźli się więc wśród nich i politycy i artyści i sportowcy i żołnierze i dziennikarze, ale też kilku pisarzy. Niektóre sylwetki zostały mi „podane na tacy”, niektóre mogłam sama wprowadzić, więc… wprowadziłam. Nie ukrywałam przy tym, że Zofia Brudzińska Franciszkanka służebnica krzyża o zakonnym imieniu Jana to moja krewna. Była moją stryjeczną babką, gdyż jej mama – Maria Piekarska była rodzoną siostrą mojego pradziadka.

Siostra Jana zostawiła po sobie pamiętnik, który dla mnie, osoby niezbyt religijnej, jest lekturą niesamowitą. To świadectwo niezwykłej miłości do Boga, ale też do człowieka.

Pamiętnik we fragmentach staraniem mojego ojca został po raz pierwszy opublikowany w 1993 roku w piśmie „Niepodległość i pamięć” wydawanym przez Muzeum Niepodległości. Jego autorka nie doczekała jednak publikacji, gdyż zmarła kilka miesięcy wcześniej. Ukazanie się drukiem całości nastąpiło dopiero w 2007 roku nakładem wydawnictwa Święty Paweł. I do tej lektury gorąco zachęcam. Cieniutka to książeczka, która oprócz pamiętnika i jej wspomnień m.in. o Rafale Kalinowskim zawiera liczne wspomnienia o jego autorce. A była to osoba niezwykła. Rzadko które dziecko wie, kim chce zostać w przyszłości. Mała Zosia wiedziała – nauczycielką. Nie wiedziała natomiast, że za nauczanie polskich dzieci na kresach trafi do więzienia i na zesłanie. Część pamiętnikarska książki jest niezwykła także pod względem literackim. Wprawdzie zachowana jest tu chronologia, ale autorka nie skupia się na datach, ale na faktach, a przede wszystkim na własnych myślach i uczuciach oraz na Bogu dając świadectwo ogromnej wiary, której wielu z nas dziś brakuje. Jest tu też sporo o marzeniach o byciu nauczycielką. Gdy autorkę pamiętnika w 1915 roku przymusowo wywieziono w głąb Rosji i trafiła do Samary jej marzenie się spełniło. Została nauczycielką i wychowawczynią w Domu Sierot Wychodźstwa Polskiego w Samarze. Ponieważ ciężko zachorowała na malarię, więc po drugim ataku choroby wyjechała do Satanowa na Podole, gdzie zaczęła organizować pierwszą polską szkołę na ziemiach oderwanych od Polski po rozbiorze w 1772 roku. Tam zastała ją rewolucja październikowa. Fakt, że nie padła ofiarą mordu lub gwałtu uznała za akt boskiej opieki. Zwłaszcza, że choć wojsko polskie opuściło Podole, Brudzińska została tam, by cały czas prowadzić jedyną polską szkołę na tym terenie i pisać szkolne podręczniki. Było to bardzo niebezpieczne zajęcie. W 1929 roku w Płoskirowie (dziś Chmielnickij) została aresztowana przez władze bolszewickie i oskarżona o udział w spisku mającym na celu oderwanie od ZSRR Podola, Wołynia i Winnicy. Proponowano jej pójście na układ i zdradzenie polskich księży na co się nie zgodziła. Skazano więc ją na 5 lat więzienia oraz zesłanie z pozbawieniem praw publicznych. Już wtedy miała kłopoty ze wzrokiem, ale jeszcze przed zesłaniem, od lekarza dowiedziała się, że z powodu ciągłego niedożywienia i na skutek przebytych chorób (m.in. malarii i tyfusu) grozi jej całkowita ślepota. W 1934 roku w wigilię, podczas której wyobrażała sobie, że urwana gałązka syberyjskiej sosny jest krzyżem i śpiewała jej polskie kolędy, napisała podanie do Józefa Stalina prosząc w nim: „o pozwolenie na powrót do kraju, do Warszawy, bo pragnę służyć Bogu, zostać zakonnicą, a tutaj zakonów nie ma…” Ku jej własnemu zdumieniu prośba została rozpatrzona pozytywnie i w 1935 roku Zofia była już w Warszawie, a w 1936 wstąpiła do nowicjatu Franciszkanek Służebnic Krzyża prowadzonego przez Matkę Elżbietę Czacką. Przyjęła zakonne imię Jana. Pierwsze śluby zakonne złożyła tuż przed wybuchem II wojny światowej, podczas której zupełnie ociemniała. Nadal jednak była nauczycielką w szkołach dla niewidomych dzieci. Wspomnienia „Zaślubiona wschodowi” dotyczą czasów młodości i opowiadają o życiu przed wstąpieniem do zakonu. O braku dalszej części zdecydował ślub milczenia, jaki złożyła na prośbę kardynała Stefana Wyszyńskiego. Temu ślubowi była wierna aż do śmierci. Wiadomo jednak, że w czasie powstania warszawskiego w Laskach opiekowała się rannymi powstańcami z grupy Kampinos, a od 1966 roku jako niewidoma zakonnica jeździła w miarę regularnie na wschód przemycając przez granicę m.in. konsekrowane komunikanty, różańce czy medaliki i pomagając prowadzić tajne nowicjaty na terenie ZSRR. Zmarła w 1993 roku w Kraśniczynie mając 94 lata. Być może dlatego, że znałam ją, więc jej pamiętniczek „Zaślubiona wschodowi” czytałam kilkanaście razy. Ale polecam lekturę wszystkim tym, którzy wątpią, tym którzy szukają pocieszenia, a także tym, którzy nie wierzą w miłość. Wspomnienia babci Zosi dowodzą, że ona naprawdę istnieje.

„Zaślubiona wschodowi”

Wspomnienia

Siostra Jana Zofia Brudzińska FSK

Wydawnictwo Święty Paweł 2008

 

 

 

Pin It