Piotr Wojciechowski

 

ZMOWA DLA PRZYSZŁOŚCI

 

wojciechowski cr     Idzie październik – a ja znowu stanę przed studentami. Co im powiem o scenariuszu? Co roku co innego, aby samego siebie nie zanudzić, nie rozwalić uroku studiów siekierą starego konspektu.

     Scenariusz to myślenie o przyszłości, scenariusz filmu jest na podobieństwo scenariusza jutrzejszego obiadu, scenariusza rehabilitacji złamanej nogi, scenariusza ewentualnej wojny na Wschodzie, scenariusza zimowego wejścia na K – 2. Scenariusz to najpierw myślenie o przyszłości – ale też potem zapis opowieści o przyszłości.

     Musi to być taki zapis, od którego może zacząć się rozmowa. Rozmowa reżysera z aktorem, rozmowa operatora ze scenografem, rozmowa producenta z dystrybutorem.

     To nie może być tekst byle jaki, bo film staje, albo stanąć chce na progu sztuki, chce wejść w domenę kultury. A więc w tych wszystkich rozmowach, a także w zamyśleniach i niedomówieniach musi powrócić element piękna. Musi powrócić także pytanie o sens. Pytanie o wymowę.

   Scenariusz jest do filmu, a film jest dla ludzi. Dla nieznanych, nieznajomych, nieprzewidzianych – ale współczesnych. Film chce być dla ludzi towarem, kupując bilet, kupują film. Szkoda jednak czasu na robienie filmu, który byłby tylko towarem, bo to towar trudny do wykonania i trudny do sprzedania. Skoro film ma mieć wymowę, przesłanie, to scenariusz musi być podszyty wizją przemiany – to przemiany bardziej istotnej niż poprawa bilansu czyjegoś konta w banku.

Te kilka spraw muszę moim studentom przekazać wplatając je w profesjonalne receptury budowy postaci filmowych, konstruowania zawiązania wątku, wątków drugiego planu, dramaturgii dialogów, polifonii, zamykania finału, atrakcyjności wizualnej.

   I jak zawsze pod koniec jedno lub dwusemestralnego kursu będę czytał prace zaliczeniowe, odrzucał je lub akceptował, będę wpisywał do indeksu – jednym zaliczenie, innym ocenę. Na pożegnanie powiem im jak zawsze – że nie rozstajemy się przecież, świat filmu jest mały, ludzie zostają w branży, będą się więc widzieć na planach zdjęciowych, będą się mijać na korytarzach PISF-u, będą się spotykać na premierach i festiwalach.

   Rozstanie z każdą kolejną grupą będę widział poprzez te sprawy, o których nie było czasu mówić, a także przez sprawy, które musiały być przemilczane, bo zbyt osobiste, bo zbyt daleko od głównego nurtu profesjonalnego przygotowania pracowników przemysłu filmowego.

   Myślę że znowu nie bardzo będzie kiedy powiedzieć tym młodym ludziom, że scenariusze powstające w Polsce, realizowane przez Polaków, pisane po polsku, są częścią łączącego ludzi „mitu klanu”, swoistej wspólnotowej narracji, która trwa i przemienia się od stuleci, która łączy literaturę, sztuki sceniczne, dziennikarstwo, nauki humanistyczne, przemówienia polityków, kazania duchownych, pamiętniki i korespondencję ludzi prywatnych. Mit klanu jest szczególnym sposobem istnienia języka, szczególnym spoiwem łączącym użytkowników polszczyzny.

   Skończył się festiwal polskich filmów w Gdyni. Myślę, że dla historyka kultury, który chciałby wsłuchać w to, co i jak głosi „mit klanu” w roku Stulecia Niepodległości – analiza scenariuszy filmów z Gdyni byłaby rewelacyjnym polem badawczym. Nie widziałem większości z tych filmów, ale czytałem coś o wszystkich nagrodzonych i o wielu, które nagród nie dostały. One wspaniale korespondują ze sobą, uzupełniają się, dialogują. Pomyślałem jaki wspaniałym przedsięwzięciem teatralnym było by swoiste „garden party”, w którym obok siebie spotkałyby się postaci z tych filmów. Lekarze i oficerowie z „Eteru” Krzysztofa Zanussiego, są przecież w jakimś stopniu współcześni z postaciami z „Kamerdynera” Filipa Bajona. Echem ostatniej wojny jest horror „Wilkołak”. W czasy powojenne wprowadza „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego. Bohaterowie tego filmu są ledwo o pokolenie młodsi od postaci z dzieł Zanussiego i Bajona, a Polskę i Europę dostają w spadku od swoich protoplastów – z dziedzictwem dwu wojen i dwu totalitaryzmów. Ten sam czas Polski ubeckiej przypomina również „Ułaskawienie” Jana Jakuba Kolskiego. Z filmów próbujących znaleźć język opisu współczesności wymienić trzeba publicystycznie zadziorne interwencje społeczne - „Twarz” Magdaleny Szumowskiej, „Kler” Wojciecha Smarzewskiego i „Pewnego razu w listopadzie” Andrzeja Jakimowskiego. Czy dzieciaki z sierocińca w „Wilkołaku” poznałyby same siebie w społecznościach tak opisanych?

Przyznam, że niewiele wynika z tej wyliczanki – ale nie wykreślam jej z felietonu, bo potrzebne mi to poczucie oceanicznej rozległości i labiryntowego powikłania tworu jakim mógłby być tak obszerny „mit klanu”. Osobliwością tego hipertekstu jest to, że każdy z nas czyta go poprzez własny życiorys kulturowych wtajemniczeń, poprzez własną bibliotekę. Każdy więc otrzymuje inny obraz naszej wspólnej ojczyzny. Subiektywne odczytania tego mitu nie są więc po prostu subiektywne – są subiektywne z dążeniem do dialogu, do konfrontacji, do poszukiwania obiektywności.

W przypadku pokłosia festiwalu w Gdyni widzę, jak suma tych filmów próbuje wypełnić nie lada zadanie – opowiedzieć kraj poprzez historyczne korzenie, poprzez pytania i lęki współczesności. Nie ufam ani systemowi nagród i recenzji, ani wskaźnikom oglądalności, tak jak nie ufam liczbowym opisom demokracji i rynku, rankingom, sondażom, prognozom. Setki tysięcy widzów są równie mało ważne jak setki i tysiące nakładów. Nie muszę wierzyć temu, co nazywa siebie dokumentem albo obrazem realistycznym. Z filmem jest jak z literaturą. To, co okaże się istotne, nie musi przodować w oglądalności, musi natomiast w mieć w sobie trudny do określenie element wzruszenia, element zachwycenia się prawdą, odkrycia siebie w opowieści filmowej czy literackiej. Taka pociągająca prawda przebije się jakoś przez szum mediów, przebrnie przez pianę komercyjnego badziewia, zwróci na siebie uwagę elit opinii jako coś, co poprzez celnie postawione pytania buduje most ku przyszłości. Niektóre z tych filmów trzeba będzie obejrzeć – ciągle czekając na arcydzieła trwające dłużej niż sezon festiwalowy.

Książki idące na przemiał, tomy wycofywane z bibliotek – przegrywają, chociaż są to czasem cenne książki. Filmy, które znikają, gdy gaśnie lampa projektora, filmy, które ulegają zapomnieniu trzy lata bo festiwalowym sukcesie, też przegrywają – przeważnie jednak zasługują na niebyt. Działanie jednak jednych i drugich może sumować się i nawarstwić wtedy, gdy w pamięci żyjących pokoleń

one zazębiają się, pasują do siebie pytaniami i odpowiedziami. Są książki, które ludzie noszą w sobie, są sceny filmowe, które wracają do nas, gdy zamkniemy oczy. Jest jakiś główny nurt w ogromnej powodzi wielkiej tożsamościowej narracji, nazywanej tu „mitem klanu”.

   Scenariusz ma w sobie coś z marzenia, a jednocześnie jest jakby manifestem wzywającym do spisku. Wzywa ekipę, aby zjednoczyć się w wysiłkach i wypchnąć marzenie na ekran. Spiskowcy chcą dokonać porwania tłumów – chcą nas, widzów wyrwać z kinowych foteli i zabrać na swoje urojone wyspy, wystawić na pastwę zmyślonych postaci.

Ale to wszystko – marzenie, spisek, porwanie - dzieje się wewnątrz „mitu klanu”, dzieje się w nurcie historii, która opowiada Polskę – opowiada Polskę samej sobie, ale też musi opowiadać ją światu. To imperatyw ekonomiczny – pieniądze wydane na produkcję zwracają się wtedy, jeśli film kupią zagraniczni dystrybutorzy. I tylko wtedy reżyser będzie miał nadzieję, że dostanie kasę na kolejny film.                                                                  ,

Pin It