Zofia Maria Smalewska

ŚLADAMI KSIĘDZA MAZELLI I ORGANISTY KAMPERA

 

saga rodziny GrzeszczakowZ dużym zainteresowaniem obejrzałam podczas 43 Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni wyróżniony Srebrnymi Lwami film „Kamerdyner”. Ten sponsorowany przez wiele instytucji Pomorza dwu i półgodzinny dramat historyczny, trwale wpisuje się w czterdziestopięcioletnią historię Kaszubów walczących o przetrwanie. O ziemię, która obok licznych wątków i ukazujących ich obrazów filmowych wynikających z konieczności łączenia losów trzech nacji: Prusaków, Polaków i Kaszubów, staje się jednym z głównych bohaterów tego filmu. Jako rodowita Pomorzanka, sama również zetknęłam się z historią rodzinną, silnie - na początku okresu kształtowania się naszej polskiej niepodległości - związaną z walką o przyłączenie ziem zamieszkałych przez Warmian i Kaszubów do Pomorza i Polski.

Oto fragment na ten temat, z mojej książki pt. „Saga rodziny Grzeszczaków”, wyróżnionej podczas Kościerskich Targów Książki Kaszubskiej i Pomorskiej COSTERINA 2018.

 

Związków historii z 11 lipca 1920 roku nie sposób pominąć z uwagi, że wydarzyła się ona w dniu pamiętnego plebiscytu na Warmii i Mazurach.

W tym dniu organista Franciszek Kamper i ksiądz proboszcz Mazella wywiesili na wieży kościoła biało-czerwoną flagę. Pod kościołem stała dziewięcioletnia Martunia i zadzierając mocno główkę, obserwowała z uwagą zmagania ojca i księdza proboszcza.

 

- Martuś, zapamiętaj dobrze ten dzień! To dzień bardzo ważny dla nas i całej Polski - pouczył córkę pan Franciszek, schodząc z metalowej drabiny wbudowanej w mur Kościoła.

Historia plebiscytu na Warmii i Mazurach była tragiczna w swych skutkach i nie sposób jej nie przytoczyć.

Jeden z dwóch plebiscytów dotyczących Polski, a wyznaczonych w 1919 w Traktacie Wersalskim kończącym I wojnę światową, odbył się właśnie w Prusach Wschodnich. Biorąca w nim udział ludność Warmii, Mazur i Powiśla otrzymała prawo zdecydowania o tym, czy chce należeć do Niemiec, czy Polski.

Za przynależnością tych terenów do odrodzonej Polski przemawiał fakt, że wg polskich spisów ludności aż 80% mówiło językiem polskim – posługiwało się jego lokalnym wariantem. Inaczej na ten temat wypowiadali się Niemcy, którzy twierdzili, że jest wręcz przeciwnie, tylko 10% ludności tych terenów jest rdzennymi Polakami.

Sytuacja rzeczywiście była niezwykła, zorganizowaną przez Niemców kampanię plebiscytową wsparły ich terrorystyczne bojówki, zastraszające Polaków, że głosujących za przynależnością do nowo powstałego państwa polskiego, w razie przegrania plebiscytu, usunie się z tych terenów.

Związki ludności polskiej Warmii i Powiśla, zostały zerwane z Rzeczpospolitą po 1772 roku, a czas jaki od rozbiorów upłynął, działał na korzyść Prusaków; materialnie i organizacyjnie. Jeszcze gorzej to wyglądało w stosunku do Mazurów, których historyczne związki z Polską były bardziej odległe.

Nie sprzyjał też ludności polskiej tych terenów termin plebiscytu, który przypadł akurat w czasie, gdy (4 lipca) rozpoczęła się wojna polsko - bolszewicka. Niemcy jej wybuch natychmiast wykorzystali propagandowo, głosząc, że nowa Polska jest tylko państwem sezonowym, a wojna z bolszewikami sprawi narzucenie Polakom ustroju sowieckiego, co tylko wzmogło niepewność swego losu u ludności objętej plebiscytem.

Rzetelnemu przeprowadzeniu plebiscytu nie sprzyjały również posunięcia powołanych w tym celu przez Ligę Narodów międzysojuszniczych komisji, spośród których ich włosko - brytyjska część optowała jawnie za Niemcami, a tylko francuska sympatyzowała z Polską.

Na dodatek na kartach do głosowania zostało wydrukowane zamiast Niemcy – Prusy Wschodnie, co zacierało obraz skołowanej tym wszystkim ludności Warmii, Mazur i Powiśla. Niemcy to było coś nowego, nieznanego, ale Prusy Wschodnie przecież propagandowo gwarantowały pewien status quo oparty na znanej przeszłości.

Oczywiście w tych warunkach i w takiej sytuacji patriotyczne siły Polaków poniosły całkowitą porażkę. W wyniku plebiscytu za przynależnością do nowej Polski opowiedziało się jedynie kilka procent ludności, w sumie tylko 8 wsi przyłączono do ziem polskich.

 

Od dawien dawna, wśród borów i jezior, leżały rozległe Kisielice – duża warmińska wieś, której ludność mówiła po polsku.

W latach pierwszej wojny światowej w tychże Kisielicach rezydował ksiądz Jan Mazella, proboszczujący Warmiakom - jak na te czasy się mówiło - gorącym sercem i światłym umysłem.

Na organach w kościele grywał do mszy księdzu Mazelli organista Franciszek Kamper, dziadek mojego kuzyna Kazimierza Grzeszczaka.

Oni to obaj w dniu 11 lipca 1920 roku, kiedy odbywał się plebiscyt, wywiesili na plebani i wokół kościoła biało-czerwone chorągwie.

Wszystkim tym zabiegom przyglądała się z zaciekawieniem dziewięcioletnia Martunia Kamper, która gdy dorosła, została żoną Józefa Grzeszczaka, rodząc mu potem trójkę dzieci - Kazika, Rysia i Tereskę.

Nikt nie przypuszczał, że przystrojenie kościoła w polskie flagi, wywoła taką wściekłość hakatystów - niemieckich nacjonalistów prowadzących germanizację ziem polskich w zaborze pruskim - jakiej najstarsi mieszkańcy dotąd nie pamiętali.

Mała Marta zapamiętała obraz rękoczynów na jej ojcu do końca życia, opowiadając potem swoim synom, jak z podjudzenia junkierstwa hakatyści wywlekli z kościoła księdza Mazellę i jej ojca - organistę Kampera - z domu, i okładając ich kijami, gdzie popadło, zmusili do własnoręcznego zdjęcia flag narodowych. Obu potem zawlekli na plac pośrodku wsi, obiecując tłumowi niemieckich „turystów” patriotyczne widowisko.

Miał to być wiec prusaków żądnych krwi, masakry i odwetu za biało-czerwone sztandary.

Hakatyści,  czyli członkowie stowarzyszenia popierającego pruską politykę germanizacyjną,wyjąc jak rozjuszone zwierzęta, pluli na sutannę plebana i czarny surdut organisty. Zmasakrowanego księdza Mazellę zmuszono do własnoręcznego podpalenia chorągwi, a kiedy resztkami sił opierał się napastnikom, podpalono mu flagę w ręku, doprowadzając go do ciężkich poparzeń.

Martunia, wraz z innymi dziećmi z polskich rodzin, przerażona biegała od chałupy do chałupy, wołając: - Ludzie! Pomocy! Ratujcie naszego księdza i organistę! Prusaki męczą ich na placu we wsi!!!

Poruszeni wołaniem dzieci o pomoc Polacy powybiegali z domostw i chwytając za widły, topory, kosy… ruszyli w kierunku placu.

Hakatystów było więcej, byli zorganizowani, mieli broń. Na nic się zdał czynny opór mieszkańców wsi, którzy zostali otoczeni i także ulegli przemocy.

Ten masowy bunt polskiej ludności Kisielic przeciwko terrorowi Hakaty przyczynił się do uznania plebana i organisty za podżegaczy i posłużył za pretekst do wysiedlenia ich i innych Polaków z Prus Wschodnich.

Franciszek Kamper, dziadek mojego kuzyna Kazika, był za swoje poglądy szczególnie prześladowany. Jako aktywista polskich organizacji patriotycznych, działał razem z żoną Marianną Kamper z domu Schulz. Oboje położyli duże zasługi w budzeniu polskiego ducha wśród ludności warmińskiej. Kolportowali prasę polską i książki.

Z pokolenia na pokolenie przekazywane są wspomnienia, jak Marianna doczepiała do roweru damki wózek dziecięcy z budką, w którym do okolicznych wiosek dostarczała gazety i książki.

Przyszedł jednak sądny dzień zapłaty: po przegranym plebiscycie trzy dni dano rebeliantom na opuszczenie Kisielic wraz z dobytkiem i patriotycznymi uczuciami. Niemcy bali się ich jak zarazy. Zarazy, która może „spustoszyć” całą Warmię i Mazury.

Kamperowie z rodziną i całym dobytkiem wyjechali z ziemi swoich ojców najpierw do Kwidzyna, a następnie do Gniewu nad Wisłą.

Po kilku latach Franciszek Kamper dorobił się niewielkiej księgarni, w której sprzedawał także artykuły papiernicze. Gniewska księgarnia była jego oczkiem w głowie i spełnieniem pragnień o wolnej Polsce.

Oboje zmarli w Gdyni, gdzie też zostali pochowani - Franciszek Kamper zmarł w1940 roku, a jego żona Marianna w1975.

 

 

 

Pin It