Andrzej Walter

Sygnały ostrzegawcze i podłożony lont

 

syreny z brodami   Jedną z najbardziej wstrząsających książek jakie dane mi było ostatnio czytać są znakomite opowiadania Jana Krasnowolskiego „Syreny z Broadmoore”. Warto odżałować czas na tę lekturę, choć jest to przejmujące w swym rodzaju rozpoznawanie anatomii zła oraz mimowolne i podstępne wnikanie w ciemne strony naszej wrażliwości. Nikt nie wychodzi z tej lektury czysty, a właściwie moglibyśmy powiedzieć nikt nie wychodzi z tej lektury odświeżony. Raczej przeciwnie. Czujemy się poniżeni, brudni i zbrukani. Czujemy się nieswojo, wtłoczeni w fotel refleksją do czego zdolny jest człowiek w swojej wyrafinowanej umiejętności czynienia piekła na ziemi. Dlaczego zatem namawiam na tę lekturę? Otóż od strony literackiej jest to dosyć ważny i ciekawy debiut – wnuk Jana Józefa Szczepańskiego chwyta za pióro i czyni to nad wyraz sprawnie. Czyni to w sposób mocny i zdecydowany, i nie pozwala do tego nad swoimi opowiadaniami przejść nam obojętnie. Czyni to jeszcze z perspektyw emigracyjnych, jakby stanowiących znak czasów, doskonale w książce ujętych i rozpoznanych, w których eskalacja zła stanowi w pewnym sensie przedłużenie systemu wartości jaką zafundowaliśmy sobie sami oraz naszej codzienności. Apogeum nowego świata w nowych czasach niesie za sobą konsekwencję braku wszelkich ograniczeń, a po Holokauście żadne zło przecież nie będzie już stanowić też żadnej sensacji, ani przynosić jakichś wielkich zadziwień czy obruszeń widzowi zmanierowanemu powszechną Sodomą i Gomorą współczesności. Tak to odsłania – bardzo sucho i reportażowo – ten ciekawy przecież autor, kulisy owych polskich (było, nie było) historii na obczyźnie, które niestety wydarzyły się naprawdę. Czy to ważne, że akurat „tam”...? Z pewnością tak, choć opium miejsca nie stanowi tu żadnej taryfy ulgowej, a raczej każe zastanowić się jedynie nad pustką ucieczki „za chlebem” oraz feralnymi konsekwencjami dla jej jednostkowych przypadków.

 

   Jan Krasnowolski wciąga nas w świat przestępców i ich historii. Szkopuł w tym, że każdy z nas mógłby się stać właśnie takim przestępcą, we właściwym czasie, we właściwych okolicznościach i w specyficznym miejscu pustki swojego życia. Odnoszę wrażenie, że pomimo iż bardzo wiele napisano już o tym debiucie nikt nie odważył się postawić najprostszej z możliwych tez, a jest nią teza o tym, że decyzja o emigracji, decyzja najtrudniejsza z możliwych jest tak wielkim dramatem dla człowieka, pomimo całej gamy okoliczności łagodzących, że jego system wartości już u zarania takiej decyzji postawiony jest jakby w stan krytyczny, nienaturalny z zasady i może to właśnie spowodować zachwianie naturalnych proporcji w rozpoznaniu dobra i zła. Zło wtedy wkrada się niepowstrzymywane i rozprzestrzenia niczym zaraza, w tak wzburzonej świadomości, w tak zszarganej psychice i w sprzyjających okolicznościach determinuje wybory człowieka. Człowiek jakby nie działa obiektywnie, nie działa świadomie, działa w zaburzeniu, w afekcie, w klatce swojej ucieczki. Czy jednak ta teoria daje się obronić biorąc pod uwagę skalę opisanych nam nieczystości?...

   „Syreny z Broadmoore” to książka na swój sposób oczyszczająca. Nie da się bowiem w żaden możliwy sposób uszlachetnić nie spoglądając w zwierciadło naszego zła. Tytułowych syren z Broadmoor jest 13. Każda z nich waży dwie tony i stoi na wysokiej stalowej wieży. Jak pisze Jan Krasnowolski, przypominają „gigantyczne maszynki do mielenia mięsa". W czasie wojny rozlokowano je w Londynie, by ostrzegać mieszkańców ich przeraźliwym wyciem przed nadlatującymi niemieckimi bombowcami. Dzisiaj stoją rozmieszczone we wsiach i na polach otaczających Broadmoor – owiany złą sławą szpital psychiatryczny, a w zasadzie więzienie dla najniebezpieczniejszych przestępców w Wielkiej Brytanii. Jeśli któryś z nich zbiegnie, to wyjące syreny ostrzegają okolicznych mieszkańców, że należy wzmóc środki ostrożności. A najlepiej zamknąć się w domu na cztery spusty, by nie powtórzyła się historia z lat 50., kiedy zbiegły morderca zabił dziewczynkę w pobliskiej wsi. To właśnie w tym miejscu rozgrywa się akcja tytułowego opowiadania – wyznania Polaka, który w głośnej sprawie na wyspie Jersey z 2011 r. podczas popołudniowego grilla zamordował w napadzie szału sześć osób, w tym członków swojej najbliższej rodziny...

   Dziesięć historii literacko rekonstruowanych przez krakowskiego prozaika, które obecnie mieszka w angielskim Bournemouth. Uczynił to nad wyraz sprawnie. Prawdziwym jednak testem na jego literacką dojrzałość będzie kolejna książka, która odpowie nam na kilka pytań. Między innymi na to: jak ten autor radzi sobie z autonomiczną konstrukcją fabuły oraz jak potrafi wymodelować sam i to swoją autorską fantazją i umiejętnością fikcję literacką, czy też w końcu jakie ma możliwości w stwarzaniu własnej narracji. Sam siebie o to pytałem zanurzony w te jakże sprawnie opisane rekonstrukcje wydarzeń. Temat jednak został jedynie zaczerpnięty. Pewnego rodzaju kryminalny samograj literacki. Tyle, że Jan Krasnowolski uczynił z tych rekonstrukcji pewną wartość dodaną. W moim odczuciu jest nią pełnokrwista i nad wyraz prawdziwa atmosfera emigracji. Jest nią też sam dobór i wybór tych właśnie historii (z tysięcy przecież innych), decyzja, że te, a nie inne, że to są właśnie przykłady wieńczące obserwację: pokoleń, czasów oraz norm tego świata, które wynikają z tych opowieści. Bohaterowie mówią zatem więcej niż zdołali (by) powiedzieć nam swoim literackim życiem. Tę układankę scalił sam autor, odcisnął wyraźnie na niej swe piętno i to on odpowiada zarówno za wszelakie sygnały ostrzegawcze, które chce nam postawić na naszej drodze, jak i za podłożony lont pod nasze dobre samopoczucie...

   Krasnowolski nadaje jakby nowy wymiar słynnej banalności zła. Uświadamia nam, że ów proces wcale się nie zatrzymał, że nadal trwa i ma się dobrze, że człowiek wciąż może dokonać postępu w zadawaniu bólu drugiemu człowiekowi – mój Boże – jakie to jest wszystko okropne...

   Długo zwlekałem przed opisaniem moich wrażeń z lektury „Syren...”. Odczekałem. Dałem sobie czas. Nie chciałem promować tej książki. Chciałem od niej uciec. O niej zapomnieć. Nie dałem rady. Teraz, po czasie, z dystansu myślę, że to ważna lektura. Wiele uczy. Szarga uczuciami i wrażliwością. Narusza emocje. Stanowi wartość samą w sobie. Stanowi wyzwanie i akt odwagi, aby to przeczytać. Jedno z opowiadań jest tak wstrząsająca (to o bitym chłopcu... niech wiedzą o co chodzi, ci, którzy przeczytają, bądź przeczytali...), że aż ciarki chodzą po plecach do teraz, albo już na zawsze.

   Nie namawiam Was na lekturę „Syren..”. To książka tylko dla odważnych. Rozpoznawanie zła wcale nie uszlachetnia. Jednak warto wiedzieć. Najzwyczajniej w świecie warto wiedzieć wiele... Ta wiedza to sygnał ostrzegawczy oraz lont podłożony... pod nasze sumienie. Ono już doświadczyło wiele, bardzo wiele traum, a przed nimi jeszcze przecież moc doznań. Już ten świat o to zadba. Chyba nikt w to dziś już nie wątpi?...

Andrzej Walter

 

Jan Krasnowolski „Syreny z Broadmoore”.

Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2017, stron 272. ISBN 978-83-8031-744-4

 

Pin It