Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

 

 

 

Powstanie Warszawskie – od pamięci klasycznej do „postpamięci”

powstanie umarlychTych, którzy zmęczeni i znudzeni inflacją tematyki powstańczej w mediach mogą z góry ulec uprzedzeniu i zniechęcić się do lektury tej książki upewniam, że mogą się nie obawiać – to nie jest kolejna, „tysięczna i pierwsza” sentymentalna opowieść o walkach powstańczych, o „nocach sierpniowych”, o powstańczych biografiach, dzielnych i ofiarnych sanitariuszkach itd. Marcin Napiórkowski opowiada o Powstaniu Warszawskim (dalej: PW) bez opisu którejkolwiek z potyczek i batalii powstańczych, bez żadnej sentymentalnej opowieści o „sanitariuszce Małgorzatce” z popularnej powstańczej piosenki i o jakimś młodym powstańcu zabitym pierwszego dnia zrywu, bez wymieniania nazw niezliczonych powstańczych oddziałów, bez dywagacji o poczynaniach dowództwa PW etc. „Powstanie umarłych” to rzecz o tym, w jaki sposób pamiętano o powstaniu od pierwszych dni po jego upadku aż po nasze obecne czasy (2014).

Przy czym słowo „pamięć” nie oznacza w tym przypadku jedynie tego, co zazwyczaj się pod nim rozumie, czyli psychicznego procesu rejestracji wydarzeń z przeszłości, lecz także to, jak przez te 70 lat odnosiły się do PW różne grupy społeczne, od rodzin i bliskich powstańców poczynając, poprzez szersze środowiska i grupy społeczne, sferę kultury (literatura, film, w tym dokumentalny), media (publicystyka) po postawy i praktyki władzy politycznej. Pierwszej pamięci o PW towarzyszyły dokonywane od 1945 roku ekshumacje ofiar, czasem w formule indywidualnej jak w opisanym przypadku legendarnego Andrzeja Romockiego („Morro), a niejednokrotnie jako wydobywanie makabrycznej, zbitej masy, jak miało to miejsce w wielu przypadkach, choćby na Woli czy na ochockim „Zieleniaku”. Ekshumacje i pogrzeby tworzyły to, co autor nazywa „toposem konduktu”, w którym w pierwszych latach łączyło się i społeczeństwo i władza. Szybko jednak pojawił się „topos pochodu” czyli ideologicznej formuły nowej władzy, która zaczęła dążyć do zepchnięcia „toposu konduktu” na margines, w imię „nieubłaganej logiki historii” uformowanej w duchu nauki Karola Marksa i w imię przeciwstawienia „pamięci grobów” budowy „nowego życia”. W latach 1949-1955 wyraziło się to w radykalnej redukcji przekazu pamięci o PW przez oficjalną propagandę, która ograniczała się jedynie do rytualnego oddawania hołdu ofiarom powstania, w szczególności walczącej młodzieży i ludności cywilnej, przy akompaniamencie radykalnych potępień reakcyjnych inspiratorów PW w osobach hrabiego generała Bora Komorowskiego oraz jego wojskowego i politycznego otoczenia. Pojawiły się więc wtedy kategorie pamięci określone przez autora jako „pamiętanie czegoś” i „pamiętanie przeciw komuś”, „konflikt między opłakiwaniem a odbudową”, „polityczne strategie wykluczania zmarłych” a także „proces upolityczniania zwłok”. Autor poświęca też rozdział „komitetom ekshumacyjnym jako próbie odzyskania kontroli nad ciałami poległych”. Napiórkowski, posługując się bogatą paletą świadectw z tamtych czasów pokazuje jak pamięć PW stawała się przestrzenią zmagania się oficjalnej wizji politycznej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej z pamięcią rozmaitych grup społecznych. Radykalni przeciwnicy PRL nazywają to walką z „oficjalną strategią niepamięci”, co jest formułą nieprecyzyjną, jako że mieliśmy do czynienia nie z całkowitą niepamięcią, lecz z tendencyjną redukcją tejże pamięci. Wyraziło się to choćby sporem wokół pomników PW, poprzedzonym zresztą wzniesieniem już w 1946 roku, w drugą rocznicę PW, pomnika „Gloria Victis” na warszawskich Powązkach. Dokonało tego w trybie półformalnym, „partyzanckim”, środowisko kombatanckie AK skupione wtedy wokół jednego z jej byłych, ważnych powstańczych dowódców, pułkownika Jana Mazurkiewicza. Mogło się to dokonać jedynie w tym krótkim interwale politycznym, jaki nastąpił wkrótce po upadku PW, a przed definitywnym zamknięciem się takich możliwości wraz z zainstalowaniem najbardziej brutalnej i dogmatycznej postaci reżymu stalinowskiego, co uległo przyśpieszeniu w drugiej połowie 1948 roku. Przy czym władza stosowała zarówno „miękkie strategie walki z pamięcią”, jak i „strategie twarde” (represje). Znacząca część książki poświęcona jest okresowi 1956-1989, kiedy to władza ludowa definitywnie zrezygnowała nie tylko z represji w stosunku do AK-owców, ale krok po kroku luzowała dogmatyczne ograniczenia dotyczące pamięci o PW, w tym w szczególności ograniczenia w zakresie upowszechniania wiedzy o jego historii. Hasłem wywoławczym stał się głośny wtedy artykuł „Na spotkanie ludziom z AK”, sygnowany przez trzech autorów na łamach sztandarowego dla „odwilży” tygodnika „Po prostu”. Dodatkowym czynnikiem legitymizującym tematykę PW i AK w polu narracji oficjalnie akceptowalnej były filmy „Kanał” i „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy, których premiery odbyły się w latach 1957 i1958. Apogeum procesu oficjalnego „absorbowania” tej problematyki miało miejsce w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy to wyodrębniona w kierownictwie PZPR grupa szefa MSW Mieczysława Moczara zjednała sobie część kombatanckich środowisk akowskich (w tym powstańczych) z Janem Mazurkiewiczem na czele w imię „wspólnie przelanej krwi” w walce z tym samym wrogiem. Rozkwitła wtedy ich obopólna współpraca na gruncie ZBOWiD, a związany z grupą moczarowską tygodnik „Stolica” poświęcał tematyce powstańczej sporą część swojej zawartości, co było zresztą kontynuowane aż po kres PRL. Od tego czasu narastała też kolizja między oficjalną, państwową wykładnią PW a wyobrażeniem społecznym. Nie dlatego jednak, że władze stosowały restrykcje wobec tego drugiego (przeciwnie, restrykcje słabły), ale dlatego, że narastała intensywność wizji nieoficjalnej, a alternatywne obchody rocznic PW były jednym z narzędzi budowania opozycyjnej świadomości w PRL. Za moment apogeum sporu o tę wizję uznał Napiórkowski rok 1984, a jego finałem było odsłonięcie pomnika Powstańców Warszawskich w 1989 roku. Przełom roku 1989 i kolejne lata przyniosły pełną rehabilitację samej idei Powstania Warszawskiego, stwarzając możliwość pisania i mówienia o nim w sposób niczym, także cenzurą, nieskrępowany. PW przestało być zagadnieniem kolizyjnym politycznie. Zmianę w tym względzie przyniosło pojawienie się na arenie politycznej obozu PiS, który wziął Powstanie na swoje polityczne sztandary i uczynił z niego instrument walki „obozu patriotycznego” z „liberalnymi modernizatorami” tradycyjnej polskiej świadomości. Jednym z najistotniejszych z tego punktu widzenia faktów było otwarcie w 70 rocznicę wybuchu PW, staraniem prezydenta stolicy Lecha Kaczyńskiego, Muzeum Powstania Warszawskiego. Był to moment graniczny w dziejach pamięci o PW. Od niego zaczął się czas, trwający de facto do 2015 roku, politycznych manifestacji na cmentarzu Powązkowskim, kiedy to w każdą rocznicę 1 sierpnia przeciwnicy władzy „liberałów” i „postkomunistów” wygwizdywali i „wybuczali” organizatorów i uczestników oficjalnych uroczystości. Od tego momentu opozycję: władza PRL – patriotyczny naród, zastąpiła nowa opozycja: zwolenników i przeciwników rządów „republiki Okrągłego Stołu”, „tradycjonalistów” i „modernizatorów”, „patriotów” i „zdrajców”. Tej radykalnej zmianie osi sporu wokół PW towarzyszyła też radykalna zmiana języka, jakim o nim mówiono. Tradycyjną narrację opartą głównie na piśmiennictwie, nagraniach dokumentalnych i wytworzonej w czasie PW symboliki, zaczęło spychać na plan dalszy wejście w domenę pamięci atrybutów kultury masowej, o czym pisze Napiórkowski w rozdziale „Postmodernistyczne powstanie? Powstanie warszawskie a przemysł pamięci”, poświęconym „nowej kulturze pamięci”. „Powstanie podbiło serca masowej publiczności, doczekawszy się popkulturowych odczytań w postaci rockowych (n.p. Lao Che) i hiphopowych płyt, komiksów (n.p. „Tytus, Romek i A’Tomek jako warszawscy powstańcy 1944” Papcia Chmiela), a nawet gier planszowych. Pamięć manifestowano też poprzez wpinane w klapę znaczki i tematyczne koszulki” – pisze autor. To wszystko jest zakorzenione w „światowym boomie pamięciowym”, ale warto też zwrócić uwagę, że są to „stare treści sprzedawane w nowym opakowaniu jako rewelacje”. O ile jednak gadżetowy aspekt zewnętrznych przejawów pamięci o PW mieścił się w szeroko rozumianej tradycyjnej formule, o tyle zupełnie nowa jakością było pojawienie się nowej, fantazmatycznej formuły tejże pamięci. „Nowa kultura pamięci z jaką mamy do czynienia po roku 2004 – pisze Napiórkowski – opiera się na zatarciu czy wręcz zniesieniu granic, które dotychczas uznawano za oczywiste. Rozróżnienie pomiędzy fikcją a faktem, między pamięcią a wyobraźnią, jest z pewnością jednym z podziałów najintensywniej podważanych przez rozwijające się w ostatnich latach „zmącone gatunki” pamięci”. W stosunku do tego fenomenu używane jest nawet określenie „postpamięć”. Siła psychologicznej presji „nowej pamięci” czy „postpamięci” jest tak silna, że fantazmaty zastąpiły wspominanie realnego doświadczenia nawet u żyjących powstańców. Uderzające były wypowiedzi niektórych kombatantów PW, którzy po premierze bardzo „fantazmatycznego”, komiksowego, będącego owocem nowej estetyki filmu Jana Komasy „Miasto ‘44” (2014) mówili o przekazie ekranowym, ulegając autosugestii: „tak było”, jakby mówili o dokumencie, a nie o popowej kreacji ekranowej. Prawdziwe wspomnienia zostały zastąpione przez emocjonalną podróż czy pielgrzymkę w czasie, w wersji „postpamięciowej”. Siła nowej estetyki przekazu tradycji PW wywołała nawet deklaracje w rodzaju: „powstanie czeka na swojego Tarantino”. Tabloidyzacji przekazu na temat PW towarzyszy też proces jego „uwspółcześniania”, czyli takiego ustawiania postaci i zdarzeń, by odpowiadały psychice, emocjonalności, mentalności i wyobraźni współczesnego młodego człowieka. Klasycznymi przykładami takiej estetyki jest n.p. film „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały” (2013), w którym obrazom walk powstańczych towarzyszą dźwięki hip hopu czy akcja „Kumpel z przeszłości. 1944 Live” (2009) prowadzona na facebooku. To wszystko mieści się w ramach nowej estetyzacji PW i realizacji idei „wczuwania się w historię”, którą współtworzą także popularne od lat rekonstrukcje historyczne. Co znamienne, w tę formułę „nowej pamięci”, „postpamięci” i tabloidyzacji pamięci wpisało się także Muzeum Powstania Warszawskiego. W tym muzeum, podobnie jak w innych muzeach nowej generacji, bardzo charakterystyczne jest, w pierwszym planie, zjawisko „zdetronizowania eksponatów”. Autentyczne eksponaty z PW (n.p. broń, hełmy, opaski, sprzęt techniczny, ulotki etc. przestały być najważniejszym (jak w tradycyjnych muzeach) elementem ekspozycji jako „czysty fakt” materialny, lecz wtapiane są w nowe fantazmaty i znaki (symulakry zdefiniowane przez Jeana Baudrillard), jedynie jako ich składnik, jako element ogólnego kolażu. Historyczna realność PW zeszła na drugi plan, przesłonięta przez emocjonalny fantazmat „postpamięci”. Sprawiło to, że na daleki plan zeszła faktograficzna zawartość ekspozycji, która przestała być popularnonaukowym wykładem historii i stała się próbą przekazu idei, emocji, wrażeń, „sensu” PW oraz nowej „prawdy historycznej” o nim. Muzeum zamieniło się w „disneyland pamięci”. Te zabiegi - jak pisze Napiórkowski – przeniosły PW „ze sfery faktów w sferę sensów”. Zgodnie z formułą nowoczesnych muzeów, „nagie” fakty „nikogo” już nie interesują. Atrakcyjne jest teraz „wczucie się” poprzez wrażenia, które mogą stać się udziałem n.p. uczestnika wędrówki przez atrapę kanału albo skosztowanie „powstańczej żywności” (syndrom „proustowskiej magdalenki”). Przekaz werbalny został natomiast sprowadzony do minimum. Rzeczywisty czas historyczny został zastąpiony przez „czas mityczny”. Nie tylko ideowo-emocjonalno-fantazmatyczny, ale także nie chronologiczny charakter ekspozycji sprawił, że wielu zwiedzającym umyka finał powstania, które przecież zakończyło się klęską. Niektórzy zwiedzający mogą nawet odnieść wrażenie, że PW zakończyło się zwycięstwem, bo tak duża jest siła „heroicznej” narracji. Do tego uzupełnienie ekspozycji obrazem przemawiającego z ekranu Jana Pawła II i ekspozycja sztandarów „Solidarności” wywołuje w percepcji części mniej przygotowanych, na ogół młodszych widzów, komiczne qui pro quo, pomieszanie percepcyjne wyrażające się w pytaniach czy JP II uczestniczył w PW i czy czas walk pokrywa się z czasem „Solidarności” lat 1980-1981. Historia w klasycznym rozumieniu, jako zbiór naukowo ustalonych faktów i ich opisu oraz zobiektywizowanej interpretacji ulotniła się także na rzecz ideologicznej moralistyki, opartej na mitologizacji i nostalgicznym sentymencie, w której PW stało się przede wszystkim wzorem „właściwej”, patriotycznej postawy, formą kultu bohaterstwa. W narracji Muzeum Powstania Warszawskiego nie ma natomiast najmniejszego nawet miejsca na krytyczną recepcję decyzji o podjęciu przez dowództwo AK walki, który to proces rozrachunkowy, w postaci fal dyskusji trwał z różnym nasileniem od początków PRL aż po rok 2004 i wyraził się setkami wypowiedzi publicystycznych pisanych z różnych pozycji ideowo-politycznych (nawiasem mówiąc: brak szerszego ujęcia tego aspektu wydaje mi się jedną z nielicznych wad tej znakomitej pracy). Krytyczną recepcję opartą na przesłankach racjonalistyczno-pragmatycznych zastąpił bezwarunkowy, idealistyczny bezkrytycyzm i bezwarunkowa apologia zrywu oraz kult bohaterów. Tak ujęte PW przestało być formą racjonalnego przekazu historycznego i stało się emocjonalnym „generatorem sensu”. Dokonując rekapitulacji problematyki pamięci historycznej, i tej dawnej, i tej nowego typu nie łatwo ustrzec się wrażenia, że coraz częściej przybiera ona charakter kulturowego terroru, szantażu, że jest wszędobylska i „namolna”, czemu sprzyja wszechobecność coraz to nowych typów medialnego przekazu. Dlatego gdy w finale swej panoramy pamięci o Powstaniu Warszawskim autor napomyka także o zwykłym ludzkim prawie do niepamięci, przypomina tym samym o alternatywnej możliwości życia poza owym psychologicznym przymusem uczestniczenia w narzuconych koleinach, poza kleszczami imadła. I to właśnie wydaje mi się w tej książce najbardziej optymistyczne, owo zwrócenie uwagi na prawo do wolnej woli i swobodnych wyborów w świecie narzucanych moralnym szantażem obsesji i przymusów politycznych.

 

Marcin Napiórkowski – „Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944-2014”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016, str. 467, ISBN 978-83-65369-24-6

--

 

Kobiety starego świntucha

kobiety bW swoim zbiorze esejów o najważniejszych dokonaniach literatury XX wieku, „Pierwszym bilansie po Apokalipsie”, Frederick Beigbeder umieścił m.in. „Kobiety” Charlesa Bukowskiego jako jego najważniejsze „arcydzieło”. Nazywa go wielkim poetą, najwrażliwszym, najsubtelniejszym amerykańskim pisarzem drugiej połowy XX wieku”. Pisze o jego „ciętej klarowności, gwałtowności, bezlitosnym humorze dialogów, okrucieństwem wobec samego siebie” i „tumiwisizmie”. Nic dodać nic ująć. Ci którzy znają prozę Bukowskiego wiedzą, że zbudowana jest ona z sekwencji, z drobnych faktów i fakcików, z drobin codzienności, że jest przesycona odorem Jacka Danielsa, odorem fizjologicznych wydzielin, ostrym, mięsistym, pieprznym seksem, postaciami pełnymi amoralnej, biologicznej dezywnwolury. Jak pisze Beigbeder, Bukowski to „punk romantyczny”, który „destyluje liryzm ze świństwa”. To pisarstwo amoralne, ale głęboko ludzkie, pełne obscenów, fragmentami pornograficzne właściwie jak najpodlejsze pornole. Beigbeder ma rację. Tylko zdumiewający, wielki talent pisarski potrafił wyczarować z tak podłej materii życia, z „anus mundi” prozę tak kapitalną, której się chce więcej i więcej. Zrobić z tworzywa tak podłego, z tak na pozór monotonnej kakofonii wulgaryzmów i fizjologii prozę tak wspaniałą potrafił tylko Wielki Artysta. O „Kobietach” Bukowskiego nie ma co zbyt dużo gadać po próżnicy. To proza tego rodzaju, że po prostu trzeba ją brać i czytać, a czynność to wielce przyjemna i nawet, co najmniej z lekka, ekscytująca.

Charles Bukowski – „Kobiety”, przekł. Lesław Ludwig, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2016, str. 398, ISBN 978-83-7392-510-6

--

 

Czerwona Róża

W czerwcu bieżącego roku, będąc w Berlinie, postanowiłem odwiedzić miejsce śmierci Róży Luksemburg. Nad Landwehrkanal, gdzie w styczniu 1919 roku mordercy wrzucili jej ciało, znajduje się nietypowa, sugestywna, metalowa konstrukcja artystyczna, jakby rzut pionowy liter jej i imienia i nazwiska skierowany ku dołowi, ku nurtowi kanału. Przypomniało mi się to miejsce, gdy sięgnąłem po wybór pism Róży Luksemburg, dotyczących głównie dwóch rewolucji rosyjskich XX wieku: 1905 i 1917. To zbiór mniej lub bardziej obszernych tekstów teoretycznych publikowanych na ogół w prasie niemieckiej, choć są także m.in. teksty z „Czerwonego Sztandaru”, pisma SDKPiL w Królestwie Polskim i z „Przeglądu Socjaldemokratycznego”. Róża Luksemburg jawi się w swoich pracach jako ciekawa analityczka polityki niemieckiej, rosyjskiej, ale i ogólnoeuropejskiej, analityczka procesów społecznych, jako analityczka współczesnego sobie kapitalizmu. Są też oczywiście reminiscencje polskie („Łódzka epopeja”), bo urodzona w Zamościu Róża Luksemburg, choć większość życia spędziła poza Królestwem Polskim, była bardzo przywiązana do polskiej kultury, w tym jako wielbicielka poezji Mickiewicza i jego „Pana Tadeusza”. Styl pisania Luksemburg jest na ogół spokojny, rzeczowy, daleki od tzw. publicystycznej, pamfletowej, szyderczej i agresywnej swady, tak charakterystycznej n.p. dla Lenina. Róża jest cokolwiek po kobiecemu wstrzemięźliwa w warstwie retorycznej, frazeologicznej, choć i na takie passusy można natrafić. Choć pisała swoje teksty na ogół w warunkach niełatwych, w ciągłym zagrożeniu aresztowaniem i w przerwach w gorączkowej działalności organizacyjnej, to wolne są one od pospiesznej doraźności i mają do dziś walor świadectwa uczestniczki i obserwatorki historii. Jak zauważa autor noty od wydawnictwa, wiele passusów pism Róży Luksemburg zachowuje jednak aktualność do dziś, jako że „współczesny kapitalizm z jego władzą korporacji, atakiem na prawa społeczne i nieograniczoną „wojną z terroryzmem” przypomina ten z początków minionego stulecia”, a i obecnie „mechanizmy akumulacji kapitału stanowią zagrożenie dla zdobyczy demokracji”. Tom opatrzony jest przedmową autorstwa Feliksa Tycha (1929-2015), wybitnego historyka polskiego ruchu rewolucyjnego i robotniczego, w tym znawcy życia i dzieła Róży Luksemburg. Tych jest zresztą także współbohaterem tej edycji, jako bohater tekstu o jego działalności naukowej, autorstwa Holgera Politta, także pomieszczonego w tym wydaniu.

Róża Luksemburg – „O rewolucji 1905, 1917”, wybór i opracowanie Przemysław Wielgosz, wstęp Feliks Tych, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2018, str.319, ISBN 978-83-65304-59-9

--

 

Erotyczny przewodnik po Szekspirze

szekspir bez cenzuryLiteratura szekspirologiczna jest podobno najobfitszą literaturą przedmiotu na świecie. Każdego roku powstaje na temat Williama Szekspira i jego dzieł tyle tekstów, że ich bibliografia mogłaby się ułożyć w pokaźną książkę. W Indiach na przykład ukazuje się kwartalnik poświęcony wyłącznie „Hamletowi”. W Polsce pod tym względem aż tak bogato nie jest, więc z tym większą satysfakcją należy przyjąć edycję „Szekspira bez cenzury” Jerzego Limona. Szekspir nie był pornografem starego typu jak choćby Pierre Brantome („Żywoty pań swawolnych”), Pietro Aretino czy nasz, dużo późniejszy, Aleksander Fredro („13 księga „Pana Tadeusza”), w ogóle nie był pornografem, ale i duchowy i cielesny aspekt erotyki odgrywał w jego komediach oraz dramatach ogromną rolę. Profesor Jerzy Limon z Gdańska, wybitny szekspirolog, pomysłodawca otwartego kilka lat temu nad Motławą Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego napisał rzecz o Szekspirze żartobliwym i – delikatnie mówiąc – frywolnym. Co znamienne, podczas lektury polskich przekładów dzieł Szekspira, to wrażenie jest na ogół raczej wątłe. Jako najbardziej nasycone erotyką dramaty Szekspira wymienia Limon tragedię „Romeo i Julię” (naliczono w niej 175 erotycznych kalamburów) oraz - za innym autorem - komedię „Wiele hałasu o nic”. Polskie przekłady określa jednak jako „cnotliwie ugrzecznione”, a można by do tego dodać także przymiotnik „pruderyjne”. Z tego powodu ogromna część frazeologicznego i leksykalnego bogactwa erotycznego utworów Szekspira w polskich przekładach przepada. A przecież fraza jego utworów przepełniona jest nieogarnionym bogactwem wyobraźni erotycznej, grą słów, kalamburami, aluzjami erotycznymi. Bardzo dosadny, dosłowny, obsceniczny jest Szekspir rzadko, choć i taki bywa. Przy czym jego erotyzm podawany jest zarówno w tonacji poważnej, jak i – częściej – jowialnej, rubasznej, wesołej, żartobliwej. Książka Limona składa się z obszernego wstępu, w którym sam autor omawia jej problematykę, dotyczącą zresztą nie tylko Szekspira, lecz fenomenu teatru elżbietańskiego w ogólności, oraz z obszernego słownika, ułożonego w ramach słownictwa angielskiego. Aby przekonać się, jak bogata i wielopiętrowa jest materia książki Limona wystarczy zajrzeć do pierwszego hasła słownika. Jest nim słowo „account”, które dosłownie oznacza „rachunek”, „listę”, „wyliczenie”, ale tworzy kalambur ze słowami „a count” („hrabia”) i „a cunt” („cipa”). Ileż możliwości dla uprawiania gier słownych! I tak przez cały słownik. Erotyzm fraz szekspirowskich rozciąga się od nazywania rzeczy po imieniu, jak choćby w przypadku arcybogactwa pomysłowości leksykalnej w odniesieniu do damskiego atrybutu płciowego („bruzda” – „cut”, „piecyk” – „oven”, „gniazdko” – „nest”, „wrota” – „door”, „brama” – „gate”, „sakiewka” – „purse”, „zatoczka” – „bay” i wiele, wiele innych) po aluzje i sformułowania kontekstowe, jak choćby „łaźnia” jako jeden z atrybutów domu publicznego, burdelu, czy „młody księżyc”, oznaczający zazdrość miłosną. Odczytanie wielu kontekstów jest więc niemożliwe bez odpowiedniej wiedzy kulturowej o epoce, ale właśnie Limon czytelnika po niej oprowadza. „Szekspir bez cenzury” jest formalnie pracą kulturowo-językoznawczą, ale czytelnik spragniony innych zgoła wrażeń może po nią sięgnąć z nadzieją na ich obfite zaspokojenie.

Jerzy Limon – „Szekspir bez cenzury. Erotyczny żart na scenie elżbietańskiej””, wyd. Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2018, str. 391, ISBN 978-83-7908-120-2

Pin It