Andrzej Wołosewicz

 

Wiersze wyrwane z kontekstu

 

wolosewiczPrzedstawiam trzy wiersze wyrwane z kontekstu. Z jakiego kontekstu? No jak to z jakiego, jak trzy to z potrójnego.

Pierwszy to ten, że pochodzą z Antologii 47 Warszawskiej Jesieni Poezji zatytułowanej „… i Wisła świeci jak latarnia…”, stąd je wziąłem a raczej wyrwałem z kontekstu, nienajlepszego, wiem coś o tym, bo jestem (współ)redaktorem tej Antologii, więc jestem też (współ)winny. Już się z tego tłumaczyłem (www.pisarze.pl , nr 25/18 (412) z 2.10.2018r), więc nie będę do tematu wracał. Wyrwałem wiersze Aldony Borowicz z tego antologijnego kontekstu, więc je… uratowałem! Tak, tak, to nie żart, Aldona pisze tam mało, że nie wiadomo kiedy wyda swój kolejny (piąty dopiero, jeśli dobrze liczę) tomik. Więc drugi kontekst, to kontekst pewnej poetyckiej oszczędności, skąpstwa wręcz, którym Aldona Borowicz zadziwia w dzisiejszym poetyckim wyścigu szczurów. Aldona nie szczurzy, co osobiście uważam za stratę, ale co ja tu mogę. No mogę wyrwać te trzy wiersze na światło dzienne, bo takim światłem jest nasz portal (antologia, z której wyrwałem wiersze Aldony, to jedynie może świtało lampki nocnej, niedużej lampki nocnej). Ten drugi kontekst ma dla mnie wymiar prywatnej klęski recenzenckiej, bo mam ostatni tomik Aldony z…2014 roku (ta data to informacja potwierdzająca owo skąpstwo poetki, poetki przecież już nie pierwszej młodości; dla wścibskich: jak koniecznie musicie, to zajrzyjcie do Wikipedii), więc trochę już nad nim siedzę. Dlaczego tak długo? Tu wkraczamy już w materię samej poezji Aldony Borowicz. I to jest trzeci kontekst, kontekst wynikający z poezji pięknej, dobrze czytającej się i… cholernie trudnej do interpretowania. Aldona pisze w jeden z tych sposobów, który wciąga, ale niczego nie ułatwia. Ciszę się z pływania w głębinach takiej poezji, ale spróbuj mądralo (to ja sam do siebie, niektórzy tak mają) coś o niej napisać, spróbuj mówić pływając. No, właśnie, może wiec najpierw popływajmy.

 

 

Aldona Borowicz

 

Październik 2016

 

nie złoci się ani czerwienieje

obsypany jedynie kroplami deszczu

pod szarym ciężkim niebem

 

pełny nostalgii splątanej ze smutkiem

zwiastuje rychłą biel ziemi

 

Pod parasolami ludzie chronią

wspomnienia i minione ciepło

zawsze wpisane w czyjąś historię życia

w którym zabrakło wszechobecnego słońca

 

Było nie było

 

chociaż bycie tu i teraz

jest głębią wszelkiego istnienia

taki mały wszechświat

 

 

Jesienne dylematy

 

Dawno ukryłam głęboko swój mały świat pod skórą.

Jest zbyt odległy i niezrozumiały. Zamknięty w skorupie.

 

Wokół jazgot i wrzawa. Jedni chcą tego i owego.

Jeszcze inni pragną czegoś innego z niepokojem

spoglądając na wybrukowane parasolami ulice.

Tyle zamętu, tyle niepokoju, politycy wieszczą wojnę.

 

Po co komu zabijanie? Byleby przetrzebić homo sapiens,

aby inni mogli uwierzyć w długowieczność. Bez żadnych

barier.

 

Wiatr ogołocił drzewa z liści. Pod nogami jesienna zgnilizna.

Wszechogarniająca brzydota starości. Bez lustra.

Bez  pudru i nawilżających kremów, z setkami zmarszczek

niczym wyschnięte kryta rzek. Taka przeorana ziemia.

 

Przede mną zima. Jakże więc doczekać wiosny? Bez urody

raju.

 

 

* * *

Zaśnij księżycu, zaśnij.

Nie jesteś przecież wszechwładny,

krążysz wokół Ziemi przeglądając się w słońcu

taki nagi i zimny… wreszcie zaśnij,

ty, który jesteś bękartem kosmosu.

Gdy noc wsiąka swoją szarością w biel poranka

czekam na świt. Pragnę barw, pragnę traw.

Pragnę złocistej jasności.

 

Dobrze, wychodzę już na brzeg i próbuję wydać z siebie głos. Najpierw o wszystkich trzech wierszach na raz. I co widzę? Nie ma tu epatowania radością istnienia czy bycia poetą, ale nie ma tez śmiertelnego smutku. Nie ma banalności uczuć, co tak dewastuje – moim zdaniem – współczesną poezję. Nie mam nic przeciwko uczuciom, aż tak cyniczny nie jestem, przecież są one nam niezbędne i na szczęście – chyba – niezbywalne, chronią przed zezwierzęceniem (przepraszam, zwierzęta, nie wiem, dlaczego używa się was w tak pejoratywnym sensie), ale mam wszystko przeciwko ich poetyckiej banalizacji, której nielicznym udaje się uniknąć. Nie ma u Aldony Borowicz pretensji do siebie i całego świata. Nie ma omnipotentnej mądrości ani w wydaniu ja poetyckiego ani ja autorskiego. Nie ma tu ani jednego sowa zbędnego, ani jednego za dużo, ani za mało! W „Październiku 2016” widzę w obrazie przedstawionej jesieni obraz ludzkiego (mikro)kosmosu. Tak jakby poetka postawiła lustro pod jesiennym niebem, ale postawiła je na skrzyżowaniu krajobrazu (który „nie złoci się ani czerwienieje/ obsypany jedynie kroplami deszczu”) z naszą duszą, z takim –naszym – małym wszechświatem”. Bo jaki to krajobraz nie ma kolorów? A jakie kolory ma nasza dusza?, nasz wewnętrzny wszechświat? Mimo deszczu nie wpadamy w kałuże ani w nasze w nich odbicie, wpadamy za to w sytuację takiej historii, w której deszcz „pada i pada/ zmywając z nas grzech pierworodny”. No właśnie, gdzież ten  krajobrazowy wydawałoby się deszcz pada? Jaka jego moc, skoro zmywa grzech pierworodny? No to deszcz to jeszcze czy już nie-deszcz? Ja czuję się tak jakby poetce udało się coś, co wydawało mi się dotąd niemożliwe, a mianowicie jakby postawiła mnie na skrzyżowaniu – pożyczam sformułowanie od Franciszka Fiszera – świata i nieskończoności. Nie każdy poeta potrafi nas tam zaprowadzić, jak zrobiła to Aldona Borowicz w „Październiku 2016”.

„Jesienne dylematy” zdają się zmierzać (mentalnie) w podobną stronę co wiersz poprzedni., w stronę poetyckiego ziszczenia się niemożliwego. Oto mamy w poetyckim skrócie przetrawione dylematy współczesności (nie dajcie się nabrać, że to tylko dylematy jesienne) przetrawione i przepuszczone przez cielesność poetki, której pozwala ona nam niemalże dotknąć. Dotykamy, a wręcz przełamujemy pewne tabu, tabu naszej intymności, naszej cielesności, a jednocześnie nie ma tu ze strony poetki ani krztyny jakiegokolwiek eskapizmu, chociaż przecież „Wiatr ogołocił drzewa z liści./ Pod nogami jesienna zgnilizna./ Wszechogarniająca brzydota późnej starości. Bez lustra./ Bez pudru i nawilżających kremów, z setkami zmarszczek/ niczym wyschnięte koryta rzek. Taka przeorana ziemia.” Jeżeli ktoś mi wskaże podobne miejsca i sytuacje, w których podmiot poetycki (dla mnie notorycznie równoznaczny z podmiotem autorskim, z rzeczywistą postacią) pozwala tak blisko do siebie podejść i nie są to sceny klasyki erotycznej ani konfabulacje z kilometra rozpoznawalną sztucznością, łatwą poezją teflonowo-lateksową (choć nieraz bardzo literacko zgrabne, często wygrywające konkursy – ten poetycki wyścig szczurów), to proszę o przykłady. Dla mnie ten wiersz, Aldono, jest przytłaczająco prawdziwy, drapieżnie przyciągający, niemożliwie szczery, piękny. I bolesny. Choć nieprawdopodobnie spokojny.

I wiersz trzeci, wiersz bez tytułu, jak bez tytułu jest nasze życie. Dopiero my sami jakoś je nazywany, pracując, kochając, nienawidząc, pisząc. Ten wiersz pokazuje, jak można patrzeć na świat, jak można ujrzeć coś na co patrzyły miliony poetów (i nie tylko poetów), od milionów lat (i wierszy) i ująć to w poetycki sposób. Tu słowa mają swój smak, ich zestawienie ma swój wigor, a całość wspięła się – w moim prywatnym rankingu – na najwyższą poetycką orbitę. Ja zawsze takich wierszy poetom zazdroszczę, tobie też, Aldonko, to tak żebyś wiedziała. I korzystając  a rebours z frazy tego wiersza: nie śpij poetycko, nie śpij.

 

 

Pin It