Leszek Żuliński

Historyjki o traconym czasie

Marek Wawrzkiewicz debiutował w roku 1960 tomem wierszy Malowanie na piasku. Z mijającym więc rokiem 2010 mija także półwiecze jego pracy twórczej. Wydał w tym okresie około 40 książek, głównie poetyckich, ale przez wszystkie te lata zajmowała go również proza oraz translatorstwo z języków słowiańskich.

Był przypisywany do kręgu Orientacji Poetyckiej „Hybrydy” i do kojarzonego z nią modelu poetyki, którą w późniejszych latach usiłowali zdezawuować poeci „Nowej Fali”, a potem „młode bizonki poetyckie”, które z impetem tratowały literaturę swoich „strasznych ojców”. Chodziło o spory artystyczne i ideowe literatury „nowego czasu”, która m.in. pokoleniu Wawrzkiewicza zarzucała tradycjonalizm i eskapizm wobec wyzwań rzeczywistości.

Dziś niemal oczywistym staje się, że – nie ujmując zasług „Nowej Fali” – Orientacja przetrwa bardziej i piękniej. Dzięki barwności swojego języka i uniwersalizmowi przesłań, które miały siłę malowania na piaskach wszelkiej ułudy i lichości życiowej egzystencjalnych rozterek, w końcu być może najważniejszych w substancji naszego istnienia.

Wawrzkiewicz jest tradycjonalistą. Nigdy nad własną, białą kartką papieru nie przejął się – dajmy na to – peiperowsko-przybosiową doktryną języka, potem doktryną „mówienia wprost”; pisał wiersze wysoce zmetaforyzowane, jednak komunikatywne, proste, jak podanie ręki i jasne, jak spojrzenie w oczy. Dla mnie stał się jednak jednym z najlepszych poetów mojej współczesności. To dlatego, że w oparach liryki szukał, najbardziej czułym ze sposobów, oparów absurdu egzystencjalnego oraz wyłuskiwał dramaty rozmijania się naszej nadziei z naszym fiaskiem i tym wszystkim, co nazywane jest dolorosa existentia. To poezja wspaniale wmyślająca się w los, przeznaczenie, klęski, niedosyty i ostateczne, marne prochy naszego tu bytowania. Zarazem poezja pogody i hedonizmu, poezja zachwytu nad tym, co odurza nas, oślepia i ogłusza przed zbliżającą się trąbą nihilistycznej zapaści. Poezja nie negująca radości życia.

Jednak ledwo co wydany tomik Dawne słońca zaliczam do nurtu szeroko rozumianej „poezji tanatoidalnej”. To chyba kwestia naszego wieku, „wieku męskiego”, „wieku klęski”, acz nie ma to większego znaczenia – jakiego wieku... Tomik otwiera cykl wierszy o umarłej matce, a potem już niemal wszystkie teksty krążą wokół refleksji o przemijaniu, umieraniu, znikomieniu... Sic transit gloria vitae...

Snuje się w tym tomie cały spleen przemijania, nostalgia wobec urody życia, uporczywe powroty do wsłuchiwania się w niechybną Nicość. Próchnica Czasu sypie się w tych wierszach (w jednym z nich taka oto fraza: ..Nie róbmy tyle szumu wokół miłości / Jest wiosna. Pomyślmy o dżdżownicach). Wawrzkiewicz ani razu nie drapuje żadnych rozpaczliwych szat, nie pozwala sobie na taniochę łez ani na Rejtanowe gesty. Nic z tego! Bierze na klatę Prawo Natury z pogodą godną stoika. Nie obraża się na świat, na los, na wyrok; czyni raczej rachunki pozytywne wszystkiego, co jest nam dane przeżyć. Potrafi błyszczeć dowcipem poetyckim, jak np. w wierszu NN, mężczyzna lat 40..., ale i w innych), jakąś osobliwą „lekkością”, specyficzną ironią, dystansem, „zwyczajnością” mówienia o sprawach, było nie było, ostatecznych.

Dla przykładu: wiersz pt. Z biegiem dni, biegiem lat, opowiadający symptomy starzenia się i odpływania w zamknięty świat „geriatrycznych” dziwactw, podszytych aurą ostatecznego finiszu... otóż ten skądinąd przejmujący tekst kończy się tak oto:

 

...Plwać na rzeczywistość.

Z nie odpartym czarem i takim samym wdziękiem

Rozsiewamy szczodrze nasze bogactwa.

Choć dla otoczenia może to być

Mocno upierdliwe.

 

Cała metafizyka tej poezji i jej niewątpliwa rozpacz (aż wstyd mi używać tego słowa, jest w tym przypadku jakby z innego leksykonu) wynika nie z definicji, tylko z sytuacji i prostych ich opisów. Refleksyjność nie jest budowana dyskursywnie czy poprzez komentarze – jest implicite zawarta w ekspresji obrazów. Tak, nie jest to poezja „na koturnach”, choć jednak zakorzeniona w poetyce „liryzmu” i „pięknego pejzażu nastrojowego”, w metaforyce i symbolice, imaginacyjności, a nawet – momentami – w swoistym oniryzmie.

Myślę, że można te najnowsze wiersze Wawrzkiewicza odbierać jako „gorące”, a nawet „namiętne” w ich eschatologicznej perspektywie. To są tematy, które nikogo nie pozostawiają obojętnym; wszyscy – im starsi – idziemy ku tym popiołom częściej z łomotem serca niż apatią. A jednak Wawrzkiewicz zachowuje nieprawdopodobne wręcz opanowanie własnych emocji i buduje dystans „ochładzający” taką autoekspresję, która tworzy poezję „przerysowaną”, histeryczną, nadeskpresyjną, przez to samo często pretensjonalną. W tym dystansie jest wręcz kunsztowny i właśnie dzięki niemu potrafi spotęgować swój mądry, nawet epikurejski stoicyzm, który staje się osobną wartością jego poezji.

I jeszcze jedno – jest w ten poezji coś, co nazwałbym „konceptem”, i to wybornym. Wawrzkiewicz – co ciekawe – opowiada w swych wierszach przeróżne „historyjki”, tzn. wymyśla krótkie „fabuły”, incydenty, zdarzenia, co stanowi bardzo czytelną, jakby realną, a również atrakcyjną w lekturze metodę kreacji. Oczywiście, te „fabułki” są po to, by uplastyczniać przekaz istotny i parabolizować tekst, czyli obok jego warstwy dosłownej budować jego przesłanie uniwersalne. Notabene jest tu co najmniej kilka wierszy o mocy „przesłania”, co sam zaliczam do najwyższego waloru poezji (takim wierszem jest np. utwór pt. Wszystko). Ostatecznie odnosi się wrażenie po zamknięciu tomu, że Autor czyni jakieś podsumowania, a ten typ książek jest pośród innych chyba najcenniejszy.

W dorobku Marka Wawrzkiewicza Dawne słońca to zbiorek wspaniały.

Stawiam go na podręcznej półce z książkami, po które sięgam wielokrotnie.

 

Marek Wawrzkiewicz Dawne słońca, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2010, s. 92

Pin It