Krzysztof Lubczyński

Epitafium dla antyku

„Antyk po antyku” Jacka Bocheńskiego to książka wielowarstwowa. Brzmi to jak banał, ale - nomen omen – w epoce triumfującego banału z wolna banałem być przestaje, jako że wielowarstwowość staje się coraz bardziej rarytasem we współczesnej kulturze. Wielowarstwowość nie zaskakuje u autora, który niewątpliwie jest - nie tylko w przestrzeni polskiej literatury – mistrzem misternych dygresji, układających się w wyrafinowane i logiczne wzory. Z takich dygresji zbudowana była choćby najwspanialsza proza J. Bocheńskiego – „Boski Juliusz” sprzed 46 lat.

„Antyk po antyku” może, po pierwsze, spełnić rolę balsamu i odtrutki w jednym dla tych wszystkich, którzy doznają bólu zębów oglądając konfekcyjne produkcje filmowe z dziejów starożytnego Rzymu. Ich bohaterowie, ubrani w pseudostarożytne stroje, w pseudostarożytnej scenerii zachowują się i mówią tak, jakby dopiero co zeszli z łamów tabloidów i kolorówek. Rzymscy herosi przypominają młodzieńców z kilkudniowym – podobno kokieteryjnym - zarostem reklamujących płyny po goleniu lub dezodoranty. I nie jest to błąd w sztuce prezentowania historii. To świadoma metoda. A przecież ludzie ukształtowani kilka tysięcy lat temu, w warunkach diametralnie odmiennych od dzisiejszych nie mogli się zachowywać tak, jakby wzorce zachowań wszelakich czerpali z internetu lub telewizji. Bocheński zwraca uwagę na starą, choć dziś wyjątkowo silną, dążność do tego, by ukazywać i interpretować historię sprzed setek czy tysięcy lat za pomocą pojęć i klisz nam współczesnych, w imię komunikatywności, w imię porozumienia się z cieniami dawnych bohaterów. To dlatego rzymskie zalotnice rozmawiają w serialach typu „Rzym” jakby były celebrytkami z „Sukcesu” lub czytelniczkami tegoż. To dlatego rzymscy patrycjusze rozprawiają ze sobą tak, jakby spotkali się na grillu. To dlatego Cycero, Juliusz Cezar czy August muszą przypominać Radka Majdana albo przynajmniej biznesmena z sąsiedztwa. Cały ten redukcjonizm do współczesności i to najprymitywniej pojmowanej, dokonuje się w imię przystępności historii. A przecież, zdaje się mówić Bocheński, sens poznawania historii polega na tym, że przeszłość była inna niż teraźniejszość. Jeśli bowiem była taka sama, po cóż zawracać sobie nią głowę? Wywód Bocheńskiego jest oczywiście nieporównywalnie bogatszy niż powyższe nawiązanie do jednego tylko wątku, ale przywołuję go po to, by uzmysłowić zakres podjętej przez niego problematyki. Warto przy tym zwrócić uwagę, że szkic „Rzeczy stare i nowe” powstał w 1973 roku i od tamtej pory zjawisko, o którym mowa zaostrzyło się radykalnie.  Aby się o tym przekonać, wystarczy porównać krytykowane wtedy hollywódzkie superprodukcje „Kleopatra” i „Upadek Cesarstwa Rzymskiego” z dzisiejszymi produkcjami.

 

Wprowadziwszy czytelnika w tę zasadniczą dla pojmowania historii kwestię, J. Bocheński zaprasza go do udziału w swoich wędrówkach po antyku - po antyku, który umarł, jak zdaje się mówić w szkicu „Noster,  a nad którym to antykiem „zamyka wieko trumny” w końcowym akordzie książki. Pochylamy się więc wraz autorem nad dokonana przez niego próbą rekonstrukcji „dzieła niestworzonego”, jakim miała być zamyślana przez Jerzego Stempowskiego rzecz o poecie Owidiuszu. W eseju „Z Herbertem w labiryntach” wracamy do herbertowskiej optyki patrzenia na starożytność, a ściśle biorąc na antyczną Grecję, którą twórca „Barbarzyńcy w ogrodzie” przedkładał – w przeciwieństwie do Bocheńskiego – nad Rzym. W tryptyku przypisów do „Boskiego Juliusza”, „Nazona poety” i „Tyberiusza Cezara”, jego rzymskiej trylogii, odnajdujemy alchemię tworzenia tych dzieł i warunki w jakich postawały, włącznie z perypetiami polityczno-cenzuralnymi pierwszej z nich - opowieść o tym, jak wymyślony przez Bocheńskiego Gajusz Juliusz Cezar zawędrował do gmachu Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej czasów Gomułki i Cyrankiewicza, czyniąc tam prawdziwy ambaras, a nawet popłoch.

„Antyk umarł” – powiada Bocheński w konkluzji książki. I wiedziony uzasadnionym pesymizmem nie dodaje do tego zdania frazy: „Niech żyje antyk”. „Antyk, jaki  w kulturze europejskiej istniał dzięki humanizmowi, przestał istnieć” – powiada. Szybko dodaje jednak pytanie: „A czy coś pod inną postacią nie kontynuuje mimo wszystko antyku? Uczestniczę w tym, czy się tylko łudzę?”.

Czy antyk będzie miał „życie po życiu”? Zeus raczy wiedzieć.

Jacek Bocheński – „Antyk po antyku”, Świat Książki, Warszawa 2010

Pin It