Tytuł: Nam wieczna w polszczyźnie rozróba! Marian Pankowski mówi
Autor: Piotr Marecki
ISBN: 978-83-62574-29-2
Projekt okładki: Agata Biskup
Seria: Literatura Non-Fiction
Liczba stron: 320 (+ audiobook)
Cena: 42 zł
Data Premiery: 2011-12-09
[materiały prasowe]
Nam wieczna w polszczyźnie rozróba! Marian Pankowski mówi
Piotr Marecki
FRAGMENTY WYWIADU RZEKI
1)
[Być pisarzem polskim]
[...] nie wolno zapominać, że jestem, nie powiem: niewolnikiem, ale na pewno jestem mocno związany z moim dzieciństwem, religią katolicką, z moim domem i matką, która dbała o moralność domu, a także z ojcem socjalistą. I, być może, trzeba w to włączyć pewną zazdrość pisarza, który musi przylepić jakąś łatkę, kiedy pisze [...]. A teraz można sobie po prostu na szczerość – również w stosunku do siebie – pozwolić.
2)
[Radykalne zdania i gesty]
– Powiedział pan kiedyś, że przeciwstawia się polityce obchodów żałobnych wokół pomników i nazwał pan osoby organizujące te obchody „piastunami narodowego bohaterstwa i kaźni”. Pańskie pisanie o obozach jest radykalnym gestem sprzeciwu wobec polityki rozpamiętywania śmierci, swego rodzaju kultury śmierci czy też myślenia kategorią śmierci. Próbuje pan kierować uwagę czytelników w stronę…
No właśnie, w stronę czego?
– W stronę życia ziemskiego, w którym wielką rolę odgrywają zmysły – tego nauczyła mnie Flandria, malarstwo belgijskie, sztuka i radość życia. Kiedy po raz pierwszy byłem zaproszony z ówczesną moją narzeczoną do jej przyjaciółki w Brukseli, siedzieliśmy przy stole, grzeczna rozmowa. Kiedy koleżanka zostawiła skórkę z chleba, wyjęła sam środek, zareagowała jej matka i rzekła do córki: „Marianne, jeśli chcesz mieć ładne piersi, to musisz jeść cały chleb, włącznie ze skórką”. Narzeczona spojrzała na mnie – zaskoczyło nas to, bo to było jednak coś zupełnie innego od tego, co znaliśmy z przedwojennej Polski. Obyczaj belgijski był całkiem inny: kult ciała, dobre jedzenie, picie, no i oczywiście kochanie.
I jeszcze coś na temat patosu i tej mody na święta, na uroczyste obchody. W którymś z listów do mnie (z lat pięćdziesiątych) mama pisze: „Dziecko, byliśmy znowu na cmentarzu. Co ci z Auszwicu wyprawiają, wyobraź sobie, tam jest taki duży krzyż, grób, i wiesz, przynieśli szmatę mokrą i ją zapalili, żeby był dym, i tam stali, śpiewali, ten dym do góry szedł, tak jak w Auszwicu z krematoriów”. Mama wiedziała, że to jest gruboskórność i popisywactwo: my tam byli i to my przeżyli. Z tego samego źródła bierze się moja cierpkość w spojrzeniu na te wszystkie uroczystości, na heroizmy indywidualne czy inne. Ci samochwalcy to była kategoria specjalna. A ja sobie może chorobliwie skromnie siedziałem wiele lat na tych prawdach, aż w końcu zdałem sobie sprawę, że trzeba wstać i zająć się opisywaniem, ale tylko na jednym terenie, w literaturze, i tylko po polsku. A ten mój Auschwitz to jest właściwie sprawa czysto religijna, to jest pierwsza moja rozprawa z Panem Bogiem, dokument, ale aniołami przeplatany: jakby anioły się zachowały, i niech ten Pan Bóg da nam święty spokój, bo my sami możemy pocierpieć.
3)
[Pisarz przede wszystkim]
– Jako organizator pańskich spotkań i wydawca zauważyłem, że konsekwentnie odmawia pan udziału we wszelkich spotkaniach na uniwersytecie. A jeśli już komuś uda się pana namówić na jakieś przemówienie, odczyt – jak na przykład w Sanoku, gdzie chcą z pana zrobić syna ziemi ojczystej, gdzie traktują pana bardzo tradycyjnie – to odczyt ten jest zawsze ukłonem w stronę poezji nieokrzesanej, wplata pan weń, jak bombę, jakąś fraszkę skatologiczną, czyli pewną transgresję. Dlaczego?
– Bo ja już skończyłem moją pracę poważną na uniwersytecie i teraz są inne miejsca, do których mnie ciągnie, są spotkania z młodzieżą, niezależną młodzieżą – to ma swój urok, to mnie buduje i pozwala zachowywać moją młodość. Przypuszczam, że gdybym wracał do togi profesora, to czułbym się źle. To już minęło, teraz młodzież jest inna i teraz ja już nie jestem profesorem, ja jestem pisarzem – nie tylko, ale przede wszystkim.
4)
[Panko nam współczesnym]
– [...] Panie Piotrze, pan chyba nie myśli, że to Pankowski mówi [w dramacie Brandon, Furbon i spółka] we własnym imieniu. On tu po prostu szkicuje, i to fantastycznie szkicuje, te dzieciaki, które mają z tego fajny ubaw – „Koniec tych oprawców rodziców, którzy nas trzymają za kark, bo jest wolność!” – to bezhołowie zupełne, obraz chaosu. W moich najnowszych tekstach jest podział na wartości: po jednej stronie Ład, po drugiej Chaos. Zaczynam zdawać sobie sprawę, że ten problem binarny, podwójny pozostanie mi do końca życia i mój nowy tekst [Tratwa nas czeka] kończy się strasznym obrazem tego chaosu.
– Ale ład jest po stronie ludzi, którzy myślą zachowawczo, konserwatywnie, natomiast pan – z pana poglądami socjalistycznymi, postępowymi – powinien się chyba raczej opowiadać po stronie tego, co chaotyczne.
– Panie Piotrze, jednak lata mijają. Ja tak myślałem, owszem, ale wtedy, gdy byłem na uniwersytecie – te teksty przylegają do mojej ówczesnej ideologii. Ale potem był ten postsekularyzm. To mocno wpłynęło na moją twórczość. I te książki moje, i teksty drukowane w Ha!arcie powstały już pod wpływem tych zmian. Tak więc, gdy słyszę pana lekturę z uśmiechniętą ironią, to momentalnie protestuję: ja miałem prawo szkicować charaktery słabe i obrzydliwe, bo na tym polega piekło, ziemia, ludzie, świat – tacy właśnie jesteśmy, zdolni do wszystkiego. Nie można autora do wszystkiego przylepiać.













