wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2010
ISBN 978-83-7453-681-3
Informacja: seria Idee i polityka,
268 stron,
format 140×225 mm, oprawa miękka
Cena detaliczna: 49 zł
Nota:
Zbiór szkiców z lat 1979–1989 dotyczących relacji między literaturą a polityką w ostatnich latach komunizmu. Autor przygląda się językowi sprzeciwu wobec tej władzy. Analizując przebieg strajku w sierpniu 1980 roku, pielgrzymki papieskiej z 1987 oraz manifestacji ulicznych z lat osiemdziesiątych, ukazuje, jak walka z komunizmem przebiegała w przestrzeni słów, tekstów i komunikatów.
Biogram:
Stanisław Rosiek – ur. w roku 1953 w Gdańsku. Historyk literatury, eseista i wydawca. Pracuje w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego. Był członkiem redakcji „Litterariów”, „Punktu” i „Podpunktu”, a także rocznika „Punkt po Punkcie”. Współredagował z Marią Janion trzy tomy z serii „Transgresje” (Galernicy wrażliwości, 1981, Osoby, 1984, Maski, 1986). Razem ze Stefanem Chwinem napisał książkę Bez autorytetu. Szkice (1981), za którą w 1983 roku otrzymał nagrodę Fundacji im. Kościelskich. W latach dziewięćdziesiątych zajmował się kultem pośmiertnym Adama Mickiewicza (Zwłoki Mickiewicza. Próba nekrografii poety, 1997) oraz twórczością kilku pisarzy dwudziestowiecznych (Peiper, Schulz, Białoszewski). Jest współautorem Słownika schulzowskiego (2002) oraz cyklu pięciu podręczników do nauki języka polskiego w szkołach średnich („Między tekstami”, 2002–2005). W 2002 opublikował antologię Wymiary śmierci. Jesienią 2008 roku ukazała się najnowsza książka, pt. [nienapisane]. W druku znajduje się antologia Mickiewicz w „Pamiętniku Literackim” oraz druga część nekrografii pt. Spór o martwego wieszcza. Pośmiertne dzieje Adama Mickiewicza.
Spis treści:
Po co ja piszę te słowa… 5
[A]
Mowa niczyja. Druga wersja szkicu o obcości w mowie 21
Ceremonie inicjacji 43
Broniewski i inni 63
[B]
Odzyskane „my” 79
Strajk mówi sam siebie 85
Ulotki zmieniają styl 99
Strona Dobrowolskiego i inne strony. O archeologach, moralistach i ekspertach 103
Wolność czytania 116
Koniec śmiesznych miłości? 124
[C]
Referat 147
Referat. Notatki do drugiej części 171
Fragment o przemówieniu władzy 178
Społeczeństwo mówi ulicą 181
Co powiedziano 1 maja 1982 roku w Gdańsku? 194
Liturgia i eksces 207
Mechanizm zbiorowej ekspresji 219
ZAMKNIĘCIE
Ze środka 235
ŚWIADECTWO FOTOGRAFII
Niech będzie pamiętany 243
Próba opisania (z pamięci) zagubionej fotografii 249
Przypisy 255
Nota bibliograficzna 261
Indeks osób 262
Fragment wstępu: Po co ja piszę te słowa…
1
Dlaczego po dwudziestu z górą latach, mimo wielokrotnych deklaracji w mowie i na piśmie, że nie, że nigdy, że nie warto i nie ma sensu – postanowiłem ostatecznie opublikować kilkanaście tekstów spod znaku „władzy słowa”? Sam się sobie dziwię. Przecież miało być inaczej. Samokrytyczna rezygnacja i milczenie. Ale nie, nic z tego. Zmieniłem pierwotny zamiar, ponieważ poczułem się sprowokowany operacjami, których celem stała się pamięć historyczna – a przez to także substancja mojej własnej pamięci. Przyglądałem się temu i osłupiały zadawałem naiwne pytania. Więc jednak można o przeszłości bezkarnie powiedzieć wszystko? Dowolnie przestawiać figury na szachownicy zdarzeń? Jednych degradować, innych wynosić ponad ich faktyczną zasługę?
Tak, można.
Najwyższy czas na oświadczenie. Promotorem wydania tej książki stał się pewien polityk, w oczach swoich wyznawców nawet „mąż stanu”, któremu się zdaje, że jego słowo ma moc sprawczą. Dlatego od lat rozdaje na prawo i lewo ciosy oponentom politycznym, etykietuje i piętnuje, na nowo tworzy po swojemu przeszłość, jednych odsyłając na miejsce, gdzie kiedyś stało ZOMO, innych awansując na przywódców sierpniowego strajku. Trzeba powiedzieć, że takie zachowanie dowodzi straszliwej arogancji. Jest też wysoce niewłaściwe i niebywale agresywne. Tak nie można i – najzwyczajniej – nie wypada mężowi stanu, który nie powinien ponadto zapominać, że liczni świadkowie niedawnych zdarzeń jeszcze żyją.
Bo oto ja, szeregowy świadek wielkich historycznych zdarzeń, który nie odegrał w nich żadnej znaczącej roli, a zatem jeden z wielu bezimiennych statystów w najnowszych dziejach Polski, postanawiam przypomnieć kilkanaście moich wypowiedzi z lat 1979–1989. Nie, nie po to, żeby podjąć z mężem stanu spór o przeszłość.
Niech robią to inni, lepiej ode mnie do tego przygotowani. Wybrałem rolę skromniejszą. Nie zamieszkałem przecież w historii. Zamierzam więc jedynie dać świadectwo przeszłości. Powrócę w tym celu do kilku odległych w czasie zdarzeń, które znacznie przekraczają moją miarę, choć mimo to zostawiły we mnie, tak jak w wielu innych, jakieś ślady. Tak się złożyło, że są to ślady pisane. Przez co najmniej dekadę uważałem bowiem, że wbrew mojej naturze, wbrew naturalnym skłonnościom i chęciom powinienem czasem zapisywać i komentować to, co się wokół mnie (i we mnie) dzieje, co jest udziałem zbiorowości, której jestem częścią.
(…)
Fragment rozdziału: Fragment o przemówieniu władzy
Jedyny przymus, jakiemu Władza podlega, to konieczność nieprzerwanej produktywności językowej. Władza musi mówić, nie może sobie pozwolić na milczenie. Słowa, których nigdy nam nie skąpi, są znakami jej złowrogiej obecności, jej uporczywego trwania w przestrzeni społecznej wymiany. Mówienie i panowanie zlewają się w jedną formację. Mówiąc, Władza osiąga i utwierdza swą nie tylko językową zwierzchność nad tymi, którzy zobowiązani zostali do słuchania i posłuszeństwa. Milczenie, a nawet przypadkowe i krótkotrwałe zamilknięcie, mogłoby łatwo zachwiać istniejącym porządkiem, zwiastowałoby kres Władzy. I byłoby w istocie początkiem jej końca, gdyby – prócz języka – nie miała ona sił przymusu bezpośredniego, które zawsze, gdy zajdzie potrzeba, przywracają jej słowom należne miejsce.
Czysto językowa wojna, jaka rozpoczęła się w sierpniu 1980 roku i trwała przez prawie cały rok 1981, stopniowo pozbawiała Władzę głosu. Jej byt wydawał się zagrożony jak nigdy dotąd. Każda powielaczowa gazetka, każdy nowy plakat czy napis na murze, każda ulotka zapowiadały jej zmierzch. Władza, choć przecież nadal mówiła – i mówiła coraz więcej i coraz bardziej gorączkowo – przestała być słuchana. Nie tylko dlatego, że niechętnie słuchano tego, co miała do powiedzenia. Prawie nikt nie był jej posłuszny. Nie utraciła wówczas głosu, więc nadal istniała. Utraciła natomiast społeczny posłuch. Społeczeństwo, świętujące wolność słowa i mówienia, praktykujące tę wolność ponad miarę i tym sposobem „dochodzące do władzy”, wolało raczej wsłuchać się w swój własny głos – głos, który na nowo organizował byt społeczny. Władza nazwie to później „demontażem socjalizmu”, „rozkładem państwa”, „anarchią”.
Teraz jednak, gdy staje się jasne, że w wojnie językowej nie nastąpi żaden korzystny dla niej zwrot, sięga po siły przymusu bezpośredniego. Ostatnim słowem w tej wojnie – wszczyna nim inną wojnę – jest Rozkaz. Tym razem nie czeka już na odzew, na odpowiedź, nie pragnie, jak wcześniej to określała, „odnawiać dialogu społeczeństwa”. Żąda działania od jednych, milczenia od innych. Wprowadza stan wojenny, by tym sposobem przywrócić swoim słowom utraconą moc.













