wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2010
ISBN 978-83-7453-004-0,
EAN 9788374530040
Informacja: seria Terytoria Skandynawii,
178 stron, format 140x205 mm,
oprawa broszurowa
Cena detaliczna: 34 zł
Nota:
Jane czuje się jak silos na skraju zaoranego pola. Nie wiadomo, co znajduje się w środku. Może nie ma tam nic? Właśnie rzuciła studia i wróciła do rodzinnego Rødby na duńskiej prowincji. Zamieszkała razem z siostrą i jej córeczką i zaczęła pracę w perfumerii na promie do Niemiec. Jej życie wydaje się samotne, monotonne i pozbawione celu, ale Jane wcale nie chce go zmieniać. Czy zdoła jednak oprzeć się nurtowi życia, który porywa ją w zupełnie nowym kierunku?
Prom do Puttgarden opowiada o świecie kobiet – matek, sióstr i córek – ale nie jest kolejną sentymentalną powieścią kobiecą. Helle Helle bywa nazywana Hemingwayem w spódnicy – pisze prosto i oszczędnie, umiejętnie łącząc humor i refleksję nad naturą ludzkich relacji z gorzką prawdą o nas samych.
Biogram:
Helle Helle (ur. 1965) – duńska pisarka, autorka bestsellerowych powieści i opowiadań, tłumaczonych na kilka języków. Mieszka z rodziną w południowo-zachodniej Zelandii. Urodziła się i wychowała w Rødbyhavn, tam gdzie rozgrywa się Prom do Puttgarden.
Fragment:
Bo Lund, kiedy był mały, kilka razy porządnie się przestraszył. W wieku dwunastu lat otworzył bramę garażu i znalazł córkę sąsiadów dyndającą na sznurze. Pani Lund poprosiła go, żeby poszedł do nich pożyczyć ziemniaków. Żona sąsiada stała w kuchni i robiła klopsiki z curry. Uśmiechnęła się i powiedziała, żeby wziął tyle, ile potrzebuje, leżą w skrzynce w garażu. Bo wziął cztery ziemniaki, nie odwracając wzroku od dyndającego ciała. Pobiegł do domu, do pani Lund, i wrzucił ziemniaki do zlewu.
Rok później dom, do którego przyszedł w odwiedziny, został staranowany przez volkswagena.
Stał się bardzo wrażliwy. Obiecano mu, że zostanie w domu tak długo, jak będzie chciał. „Takie rzeczy powinno się dzieciom obiecywać”, powiedziała pani Lund. „Dom” oznaczał zawsze to samo miejsce. Bo urodził się w wieczór wigilijny w dwuosobowym łóżku przy Kragesøvej. W tym czasie w piekarniku wysychała pieczona kaczka. Pan Lund wyszedł na zewnątrz i w nieskończoność odgarniał śnieg. Kozaki położnej stały pod daszkiem. Kwadrans po piątej z domu dobiegł płacz dziecka. Pan Lund wbiegł do środka i zobaczył panią Lund z chłopcem w ramionach. Kilka godzin później podzielili pieczoną kaczkę, teraz już wielkości gołębia, i mimo że nie było do niej sosu ani karmelowych ziemniaków, nigdy dotąd nic nie smakowało tak wyśmienicie. Położna próbowała przekonać panią Lund, żeby na wszelki wypadek poszła do szpitala. To nie wchodziło w rachubę. Pani Lund chciała zostać tam, gdzie była. Bo został tam, gdzie był, również trzydzieści lat później.













