Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki


Wiersze Tygodnia - Leszek Żuliński

 

Bogumiła Wrocławska



Słowo

czytam wiersz danuśki błaszak
o motylu najskrzydlatszym.
myślę: dlaczego nie napisała najskrzydlejszym
lub najskrzydlaciejszym, ale widać nie mogła,
bo w poezji każde słowo obraca się w palcach, w ustach,
bierze pod światło. tak robi się brylanty z diamentów,
one potem przyciągają wzrok. bogaci mężczyźni, piękne kobiety
rzucają się na nie łapczywie.
poeci i poetki też. bo różnica niewielka, a struktura słowa
jest kruszcem, być może motylem.




Morze łaskawe

kiedy zasypiałem, zaczęło szumieć włosami,
jego biodra falowały, białe bałwanki uderzały o brzeg
i rozmywały się w pogodzie wyobraźni,
wilgotna roślinność, ukwiały i planktony
przyklejały się do mego ciała jak glonojad
do szyby akwarium, za którą świat widoczny,
choć boleśnie niedostępny, może tylko śniony,
cieknący oskomą marzenia w nieskończoność
ułudy

wreszcie wyrzuciło na brzeg muszlę; chciałem
otworzyć ją nożem, jak ostrygę, ale rozchyliła się sama
i połknęła mnie w spazmie przypływu

nad ranem leżała obok mnie syta i zamknięta;
z portu dochodziły hałasy dnia,
z miasta – syreny fabryk,
z głębi – cisza. ona najpiękniejsza.




Mleczne drogi

to była noc werbalna; twoja skóra napinała się
i drgała przy każdym dotknięciu; wystukiwałaś staccato
uciekając w głąb nocy, zbiegałaś w swoje koncertowe muszle,
proscenia i kulisy; wydobywałem koloratury z twojej głuszy,
wysoki głos wspinał się na everesty i spadał w jurajskie dolinki
ciała, las włosów otulał mnie jak skóra człowieka pierwotnego,
ogień trzaskał na polanach, trawy wysychały
od żaru, morfemy słów, przecinki, wykrzykniki, średniki
rozrzucone w nieładzie rozbierały cię do rdzenia nagości,
a tam byłaś tak istotna, jak nigdy dotąd, tak wymowna, jakby
na blaszanym bębenku ktoś cię udźwięczniał w słowa,
które poznałaś po raz pierwszy; bałaś się ich hałasu,
a one tylko jak małe kocięta chciały ode mnie mleka.



Rozkład jazdy (I)


beatus, qui tenet ufność, ład i wiarę,
spokojny sen nocą i krystaliczną pespektywę jutra,
komu w lustrze nie ukazują się maszkarony dnia
ani grymasy trędowatej duszy, palce nie ściskają skroni
pękających od wybuchu pustki lub nadmiaru pełni,
usta nie zachodzą szlamem, a ręka nie zatrzymuje się
w pół drogi, gdy chce dotknąć prawdy

szczęśliwy, kto posiada spokój, wspina się pod górę
z równym oddechem, zbiega w dół bez obawy,
że cokolwiek traci, a jego kobieta mówi w każdej sytuacji:
weźmy się za ręce na dobre i złe, gdzie ty, Kajus, tam i ja

widzę ich, jak idą aleją jesiennego parku; po drodze
lata chude, lata tłuste, wojny, ciche dni, hałas rozdygotanego
świata, w końcu ściana, pętla, dół

wszystko się zgadza z rozkładem jazdy; pociąg bez specjalnego
nadzoru dociera od wód płodowych do wód styksu
i cisza. jej zawsze brakowało. i ulga.

Rozkład jazdy (II)

jazda rozkładała się na etapy; dzieciństwo
było kolejką na szynach, młodość szybkim rapido,
potem wąskotorówka sapiąca pod górę; liczne przesiadki,
żeby dojechać do celu, podniesione semafory, opuszczone
ręce, widmo konduktora z sanatorium pod klepsydrą

rozkład zaczyna się od głowy, schodzi do gardła i blokuje głos,
potem płuca świszczą jak świstawki dróżników nakazujące odjazd,
w opuszkach palców lęgnie się nieczułość, wątpia rozsadza gaz,
żyły – ciśnienie, nogi wrastają w ziemię, najpierw drewnieją,
potem kamienieją

ostatni przystanek to butwienie, zgniła zieleń, fiolety, wądoły,
piach niepamięci. stacja kosmos.


Ortografia

jak się pisze „śpimy”? razem czy osobno?
jak się pisze „życie”, jakie są reguły?
jak się pisze „ból”, kiedy on jest red?
jak się pisze wiersz? na co się odmienia?
jak się pisze to, co jest nam pisane,
a jak na berdyczów, skoro stamtąd cisza?

 


Śmiech

wyleciał z puszki red bulla, odkapslowany
zaczął rosnąć jak dżin, potrząsać mną; toczył się
jak mały niedźwiadek baraszkujący w śniegu,
na chwilę przycichał i wybuchał tygrysem – ryczał
i szczerzył zęby, wspinał się na drzewo,
z którego wysokości wszystko zanosi się mrokiem

tam, w górze, nigdy nie był słyszany,
czasami przemykał chyłkiem pod arkadami powagi
i roztropności, kulił się, zakrywał usta ręką,
miał poczucie winy, bał się samego siebie

po jakimś czasie buntował się, wybuchał na nowo

narasta we mnie, potężnieje; kiedy przejmie
władzę absolutną, ogłosimy konstytucję
krotochwili, na maszt wciągniemy flagę błazna,
hymnem będzie skoczna barkarola lub inna humoreska,
ciemności zostaną skazane na banicję
i odkryją Ziemię

będziemy się śmiać do rozpuku
świata



Klaczka


była to czarna piękność z pęcinami jak u baletnicy,
pełna gracji, ale i narowów; trzeba było uważać,
by jej nie spłoszyć, nie znużyć – wtedy stawała się krnąbrna
i nieobliczalna, potrafiła zrzucić z grzbietu i uciekała w step;
nie było takiej kostki cukru, która by ją szybko zwabiła

w galopie była jak puch mlecza dmuchnięty pod wiatr;
nie daj bóg zdzielić szpicrutą – wtedy konnica spod Wiednia
traciła swój impet i legendę; najbardziej lubiła zabiegi
higieniczne w stajni naszego łóżka; głaskałem ją po szyi
szczotką dłoni, a ona chłonęła każde tknięcie jak Ava Gardner
w Bosonogiej Contessie; opędzała się ogonem nie od much,
tylko od wspomnienia rzeźni, z której ją ocaliłem

mówiłem wtedy: – jesteś moja,
będziemy fruwać po łąkach Chagalla jak motyle aż do końca
naszych dni

najbardziej lubiła biegać truchtem wokół mnie na lonży,
rżała wtedy z radości; raz zdało mi się, że śpiewa
prowansalskie canzony, wieczorem dała mi do zrozumienia,
że to jej własna muzyka wolności
i sen za prerią, choć ze mną też jej dobrze.



Filip Wrocławski

A MOJE 88 URODZINY

Miasto gęste od krytych pasaży, wąskich
placyków, arkad,
schodzące tarasami ku morskiej zatoce.

I ja, zapatrzony w młode piękno,
cielesne i nietrwałe,
jego ruch taneczny wśród starych kamieni.

Kolory sukien według letniej mody,
stuk pantofelka na dallach sprzed stuleci,
cieszą mnie swoim obrzędem powrotu.

Dawno zostawiłem za sobą
zwiedzania katedr i wież warownych.
Jestem jak ten, kto widzi, a jednak sam nie przemija,
duch lotny mimo siwizny i chorób starości.

Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie.



POD KONIEC DWUDZIESTEGO WIEKU

Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku,
po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych,
po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,

Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo
i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych,
tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas
i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.

Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki,
przyjmując swój los i błagając o inny,
nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.

Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty:
smagania się wieloramienną dyscypliną.

Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść
okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną,
i oplątuje mnie, i zakrywa mnie,
i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.

Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu
i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne.
Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.



W WARSZAWIE

Co czynisz na gruzach katedry
Świętego Jana, poeto,
W ten ciepły, wiosenny dzień?

Co myślisz tutaj, gdzie wiatr
Od Wisły wiejąc rozwiewa
Czerwony pył rumowiska?

Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz
Płaczką żałobną.
Przysięgałeś, że nigdy nie dotkniesz
Ran wielkich swego narodu,
Aby nie zmienić ich w świętość,
Przeklętą świętość, co ściga
Przez dalsze wieki potomnych.

Ale ten płacz Antygony,
Co szuka swojego brata,
To jest zaiste nad miarę
Wytrzymałości. A serce
To kamień, w którym jak owad
Zamknięta jest ciemna miłość
Najnieszczęśliwszej ziemi.

Nie chciałem kochać tak,
Nie było to moim zamiarem.
Nie chciałem litować się tak,
Nie było to moim zamiarem.
Moje pióro jest lżejsze
Niż pióro kolibra. To brzemię
Nie jest na moje siły.
Jakże mam mieszkać w tym kraju,

Gdzie noga potrąca o kości
Nie pogrzebane najbliższych?
Słyszę głosy, widzę uśmiechy. Nie mogę
Nic napisać, bo pięcioro rąk
Chwyta mi moje pióro
I każe pisać ich dzieje,
Dzieje ich życia i śmierci.
Czyż na to jestem stworzony,
By zostać płaczką żałobną?
Ja chcę opiewać festyny,
Radosne gaje, do których
Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie
Poetom chwilę radości,
Bo zginie wasz świat.

Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu
I dwa powtarzać wyrazy
Zwrócone do was, umarli,
Do was, których udziałem
Miało być wesele
Czynów myśli i ciała, pieśni, uczt.
Dwa ocalone wyrazy:
Prawda i sprawiedliwość.



ARS POETICA?

Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.

W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:
powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy,

/ że w nas jest,

więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys
i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach.

Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.

Jaki rozumny człowiek zechce być państwem demonów,
które rządzą się w nim jak u siebie, przemawiają mnóstwem

/ języków,

a jakby nie dosyć im było skraść jego usta i rękę
próbują dla swojej wygody zmieniać jego los?

Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.

Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.

A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.

Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą.

Co tutaj opowiadam, poezją, zgoda, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.

Berkeley, 1968

 

Komentowanie tego artykułu jest zamknięte

Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli