|
Wiersze Tygodnia - Krzysztof Karasek
Z życia owadów
|
953. Niedziela Popołudnie kotów. Słońce w złotej kwadrze zasuszyło pszczołę. Czas niedzieli dodany w promocji do abonamentu na życie. Z otwartych okien drugiego piętra słychać leniwą sonatę obiadu z mosiężnymi refleksami słońc utopionych w talerzu z rosołem i skwierczenie schabowego z zasmażaną kapustą. Po południu pomruk burzy rozślimaczył się tęczą na zrudziałym niebie. To kończy się dzieciństwo sielskie, anielskie i nadciąga młodość chmurna i durna. Z.H. Dziś nie przyjmuję nikogo, jestem zajęty umieraniem. Siedziałem plecami do okna, był mróz, ale powietrze w pokoju było zimne, ciemne od dymu papierosów i chrapliwego głosu umierającego. Umierał już od dawna. Najpierw odpadły dumne instrumenty ciała: nogi, płuca. Nie mogę podnieść kartki kiedy spadnie mi z łóżka, powiedział. W końcu została mu tylko głowa, bezcenny kapitel ciała, jak to napisał kiedyś, i trzepotliwy gołąb serca. Mróz przenikał coraz bardziej moje ciało - minus 15 Celsjusza - obejmował nogi, potem stopy, brzuch. Żebra, serce stawały się Ziemią Obiecaną ale siedziałem nieruchomo, nie dając poznać po sobie, że cokolwiek czuję. Zasłużyłeś na swoją wyspę, powiedziałem. Budził się we mnie duch starej stodoły. Dobroczynny mrok spływał po moich plecach. Trzeba zakończyć nieskończoność, dodałem. Przestrzeń jest zaludniona choć nikogo nie widać. Gramatyka albo proroctwo, hartowanie światła, sortowanie niepokoju - bełkotałem - podróż na wierzchołku góry. Nic z tego nie rozumiałem. I nagle, czystym głosem: odwaga pojedynczego człowieka czyni z niego większość. Co tu robił facet taki jak on? Zaglądał w oczy ciemności. Odchodził do tak zwanej regulacji ptasich gniazd. Wierzę żonie i psu. Ale kiedy nie mam w ręce mięsa obserwuję psa, powiedział. Odchodził w zimną przestrzeń, która usiłowała go oswoić. To było wczoraj a jakby zawsze i dziś. Stawało się i przestawało boleć. Chłód tulił nas jak prawdziwa ojczyzna. Stwarzał płaszczyznę porozumienia. Kto szuka nie znajdzie, dodał. Zegar wymaga cichego wspólnika. 19-21.07.2005 Sérénité Gałązka bzu w ciemności rozświetla mój umysł. To moje dzieciństwo anielskie, zielsko diabelskie. Warkot werbli nocy i rój pszczół unoszący się nad zdeptanym rżyskiem, piękno i groza, o których myślał zapewne Breton, gdy pisał te słowa: "piękno będzie straszne albo nie będzie go wcale", domagają się elegii. Motyl unosił się nad wrzosowiskiem tego wieczoru dźwigając na sobie pył światła, i sztukasy nurkujące nad drogą, którą uciekaliśmy na Wschód a potem znowu na Zachód, napełniały moje uszy tętentem jeźdźców Apokalipsy. Jest jasny wieczór, prawie noc, stoję na balkonie mojego mieszkania w Warszawie, ciemny wieczór majowy, wpatruję się w wygasające światła wieżowców i przypominam sobie gdy było tu pole i widziałem samolot, który się rozbił za chwilę, przed trzydziestu laty, i twarze w lukach wpatrzone we mnie do granic zdumienia. Szukam znów znaków dzieciństwa i przypominam sobie zorze polarną na Mazowszu, jeszcze trzydzieści lat wcześniej, falujące zasłony nieba, seledyn i róż. W powietrzu unosi się zapach nieobecności, mówi do mnie: już nigdy, a ja mu odpowiadam: nie trać nadziei. Ten sam zapach przywołuje echa majowych nocy młodości, kiedy plecak pod głową i kilka złotych w kieszeni stanowiły o sensie osypującego się w sen świata. Tak, pamiętam o tobie ciemny wieczorze, tak, pamiętam o tobie jasna nocy. Wieczorze, kiedy serce wyrywa się ku miłości, nocy, która pustoszysz obietnicę dnia. Widziałeś jak zanurzam ręce w twoich wodach i jak usiłuję pochwycić rybę płynącą wolno, oniemiałą jak ptak w twoim nurcie. Poznaję cię jasna nocy, poznaję cię ciemny wieczorze. Prawie dotykam. 1.05.2005 |
A MOJE 88 URODZINY
Miasto gęste od krytych pasaży, wąskich
placyków, arkad,
schodzące tarasami ku morskiej zatoce.
I ja, zapatrzony w młode piękno,
cielesne i nietrwałe,
jego ruch taneczny wśród starych kamieni.
Kolory sukien według letniej mody,
stuk pantofelka na dallach sprzed stuleci,
cieszą mnie swoim obrzędem powrotu.
Dawno zostawiłem za sobą
zwiedzania katedr i wież warownych.
Jestem jak ten, kto widzi, a jednak sam nie przemija,
duch lotny mimo siwizny i chorób starości.
Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie.
POD KONIEC DWUDZIESTEGO WIEKU
Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku,
po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych,
po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,
Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo
i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych,
tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas
i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.
Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki,
przyjmując swój los i błagając o inny,
nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.
Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty:
smagania się wieloramienną dyscypliną.
Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść
okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną,
i oplątuje mnie, i zakrywa mnie,
i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.
Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu
i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne.
Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.
W WARSZAWIE
Co czynisz na gruzach katedry
Świętego Jana, poeto,
W ten ciepły, wiosenny dzień?
Co myślisz tutaj, gdzie wiatr
Od Wisły wiejąc rozwiewa
Czerwony pył rumowiska?
Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz
Płaczką żałobną.
Przysięgałeś, że nigdy nie dotkniesz
Ran wielkich swego narodu,
Aby nie zmienić ich w świętość,
Przeklętą świętość, co ściga
Przez dalsze wieki potomnych.
Ale ten płacz Antygony,
Co szuka swojego brata,
To jest zaiste nad miarę
Wytrzymałości. A serce
To kamień, w którym jak owad
Zamknięta jest ciemna miłość
Najnieszczęśliwszej ziemi.
Nie chciałem kochać tak,
Nie było to moim zamiarem.
Nie chciałem litować się tak,
Nie było to moim zamiarem.
Moje pióro jest lżejsze
Niż pióro kolibra. To brzemię
Nie jest na moje siły.
Jakże mam mieszkać w tym kraju,
Gdzie noga potrąca o kości
Nie pogrzebane najbliższych?
Słyszę głosy, widzę uśmiechy. Nie mogę
Nic napisać, bo pięcioro rąk
Chwyta mi moje pióro
I każe pisać ich dzieje,
Dzieje ich życia i śmierci.
Czyż na to jestem stworzony,
By zostać płaczką żałobną?
Ja chcę opiewać festyny,
Radosne gaje, do których
Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie
Poetom chwilę radości,
Bo zginie wasz świat.
Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu
I dwa powtarzać wyrazy
Zwrócone do was, umarli,
Do was, których udziałem
Miało być wesele
Czynów myśli i ciała, pieśni, uczt.
Dwa ocalone wyrazy:
Prawda i sprawiedliwość.
ARS POETICA?
Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.
W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:
powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy,
/ że w nas jest,
więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys
i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach.
Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.
Jaki rozumny człowiek zechce być państwem demonów,
które rządzą się w nim jak u siebie, przemawiają mnóstwem
/ języków,
a jakby nie dosyć im było skraść jego usta i rękę
próbują dla swojej wygody zmieniać jego los?
Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.
Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.
A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.
Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą.
Co tutaj opowiadam, poezją, zgoda, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.
Berkeley, 1968













