Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki


Wiersze Tygodnia - Krzysztof Karasek

 

Bogumiła Wrocławska



Ja i ty

Kwidzyn 1

to nie to samo co my

Pojawiła się nagle,
oglądałem uważnie
czy aby nie ukrywa skrzydeł
na stelażu, pod suknią.

Mówiła tak pięknie,
tak nieprawdziwie czysto,
że słowa zahaczały
literami o chmury.

Biegniemy tak szybko,
że wiatr nie może nadążyć,

a ona mówi,
mówi,
mówi.



Toast

Krzysztofowi Mrozowskiemu

Za każdego, który wznieca bunt.
Za każdego, który posadził drzewo.
Za każdego, który zbuduje dom.

Światło twardnieje, a swój ból
oddaje twojej głowie. Ty też masz światło
a więc możesz wyjść z własnego ciała.
Jeszcze się nie urodziłeś
więc masz coś na swoją obronę.
Wystarczy nauczyć się języka ptaków
żeby być wolnym.

Czas przeznaczony ludziom minął.
Czas przybrał formę ciała.
Niebo było jedyną nieodkrytą
prawdą o ziemi, ale niebo także odchodzi
a zostają gwiazdy.
Zaczęliśmy żyć prawie na innej planecie.
Może to była kiedyś ziemia,
może można było na niej żyć.

Z każdym dniem uzmysławiam sobie zbyteczność
we wszystkim czym żyję.
Zmiana jednego pokolenia na drugie
odbywa się w ciągu tygodnia
a nawet kilku godzin. Jeśli ktoś ja prześpi,
to zbudzi się w nocy, wypadnie przez okno
i się zabije. Ubraniami umarłych
okładają ściany swoich domów.
Nie zostawią cię w spokoju.

Pierwsza zdrada to chwila słabości.
Za drugą zażądasz orderu.
Przy trzeciej będziesz musiał zabić.

Wszyscy nieprawi
szukać będą opieki u władzy
a co najgorsze, władza ich obroni
i da pracę. Wkrótce dowiesz się,
że jesteś konsumentem.
Połkniesz swoją porcję wódki i chleba
a potem umrzesz.

Jeżeli to możliwe zachowaj niewinność
i nie stawaj się mężczyzną.
Chłopiec we mnie powiedział mi,
że jest starszy ode mnie
i że umrze prędzej niż ja.
Powiedział też, że będzie torturowany
i ukrzyżowany. Skąd to wiedział?

Ubodzy duchem to ci,
którzy mogą zrezygnować nawet z ducha.
Przez twoje ciało prześwieca
ciało żebraka. To najsubtelniejsze
z ciał, możesz nim objąć kobietę.
Jest nagie. Tak nagie,
że aż niewidoczne.

Adam znał język ptaków.
Orfeusz poznał języki skał i drzew.
Tak zwany postęp to zwyczajna redukcja, obcinasz
sobie rękę, wyłupujesz oko,
wydłubujesz ucho.

Nie lękaj się, że nie umiesz mówić.
Odezwij się. Kiedy ludzie wyczerpią
wszystkie kombinacje słów
wtedy ty przemówisz.

Nie możesz dostrzec formy swojego milczenia?
Twoje milczenie ma ciało
i wszyscy go potrzebują.
Nastanie czas, gdy z twego milczenia
ludzie wysnują nowe słowa.

Za każdego, który wznieca bunt.
Za każdego, który posadził drzewo.
Za każdego, który zbuduje dom.

Za życie z samym sobą i mroczne serce
(należy pić w samotności, w maju,
o północy).

12-17.08.2005

 

Z życia owadów

I znów, jak w dzieciństwie
wracam do krainy świerszczy.
Jestem starszy, ale uszy moje
wciąż rozbrzmiewają
dobrą nowiną.
Rozmowa między nami

jeszcze się nie skończyła.

Czas przed i czas po
śpi w szafach
i zegarach.
Nic nie może zmienić układu centków
na skórze lamparta.
Jeśli nie chcesz być zwierzyną
zostań myśliwym.

Nie zadawaj pytań
jeśli nie znasz odpowiedzi.
Wielkie usta muszą mieć wielkie uszy.
Może istnieje motyl o trzech skrzydłach,
nos z gutaperki,
twarz z laki,
ale ja tego nie widziałem.

Kiedy byłem mały
chodziłem do biblioteki
i z oddawanej książeczki wydzierałem
ostatnią kartkę
aby zostawić pole dla wyobraźni
dla nieznanego czytelnika.

On spał w książce.
Czytał ją na przekór zdaniom.
W alfabetycznym porządku zbliżał się
i oddalał.
Znałem jego imię.
Ale to nie wystarczało aby poznać życie.

Nic nie zmieni układu centków
na skórze lamparta.
Dlatego pozwólcie mi odejść.

953. Niedziela

Popołudnie kotów.
Słońce w złotej kwadrze
zasuszyło pszczołę.
Czas niedzieli
dodany w promocji
do abonamentu na życie.

Z otwartych okien drugiego
piętra słychać leniwą
sonatę obiadu
z mosiężnymi refleksami
słońc utopionych
w talerzu z rosołem
i skwierczenie schabowego
z zasmażaną kapustą.

Po południu pomruk
burzy rozślimaczył się
tęczą
na zrudziałym niebie.
To kończy się dzieciństwo
sielskie, anielskie
i nadciąga młodość
chmurna i durna.


Z.H.


Dziś nie przyjmuję nikogo,
jestem zajęty umieraniem.
Siedziałem plecami do okna, był mróz,
ale powietrze w pokoju było zimne,
ciemne od dymu papierosów
i chrapliwego głosu umierającego.

Umierał już od dawna. Najpierw odpadły
dumne instrumenty ciała: nogi, płuca.
Nie mogę podnieść kartki
kiedy spadnie mi z łóżka, powiedział.
W końcu została mu tylko głowa,
bezcenny kapitel ciała,
jak to napisał kiedyś,
i trzepotliwy gołąb serca.

Mróz przenikał coraz bardziej moje ciało
- minus 15 Celsjusza - obejmował nogi,
potem stopy, brzuch. Żebra, serce
stawały się Ziemią Obiecaną
ale siedziałem nieruchomo,
nie dając poznać po sobie,
że cokolwiek czuję.

Zasłużyłeś na swoją wyspę, powiedziałem.
Budził się we mnie duch starej stodoły.
Dobroczynny mrok spływał po moich plecach.
Trzeba zakończyć nieskończoność, dodałem.
Przestrzeń jest zaludniona
choć nikogo nie widać.

Gramatyka albo proroctwo,
hartowanie światła,
sortowanie niepokoju - bełkotałem -
podróż na wierzchołku góry.
Nic z tego nie rozumiałem.
I nagle, czystym głosem:
odwaga pojedynczego człowieka
czyni z niego większość.

Co tu robił facet taki jak on?
Zaglądał w oczy ciemności.
Odchodził do tak zwanej
regulacji ptasich gniazd.
Wierzę żonie i psu.
Ale kiedy nie mam w ręce mięsa
obserwuję psa, powiedział.
Odchodził w zimną przestrzeń,
która usiłowała go oswoić.

To było wczoraj
a jakby zawsze i dziś. Stawało się
i przestawało boleć. Chłód tulił nas
jak prawdziwa ojczyzna. Stwarzał
płaszczyznę porozumienia.
Kto szuka nie znajdzie, dodał.
Zegar wymaga cichego wspólnika.

19-21.07.2005


Sérénité

Gałązka bzu w ciemności
rozświetla mój umysł.
To moje dzieciństwo anielskie,
zielsko diabelskie.
Warkot werbli nocy
i rój pszczół unoszący się nad zdeptanym rżyskiem,
piękno i groza, o których myślał zapewne
Breton, gdy pisał te słowa:
"piękno będzie straszne
albo nie będzie go wcale",
domagają się elegii.

Motyl unosił się nad wrzosowiskiem
tego wieczoru
dźwigając na sobie pył światła,
i sztukasy nurkujące nad drogą,
którą uciekaliśmy na Wschód
a potem znowu na Zachód,
napełniały moje uszy tętentem
jeźdźców Apokalipsy.

Jest jasny wieczór, prawie noc,
stoję na balkonie mojego mieszkania w Warszawie,
ciemny wieczór majowy,
wpatruję się w wygasające światła wieżowców
i przypominam sobie gdy było tu pole
i widziałem samolot, który się rozbił za chwilę,
przed trzydziestu laty,
i twarze w lukach
wpatrzone we mnie
do granic zdumienia.

Szukam znów znaków dzieciństwa
i przypominam sobie zorze polarną
na Mazowszu,
jeszcze trzydzieści lat wcześniej,
falujące zasłony nieba,
seledyn i róż.
W powietrzu unosi się zapach nieobecności,
mówi do mnie: już nigdy,
a ja mu odpowiadam: nie trać nadziei.

Ten sam zapach przywołuje echa
majowych nocy młodości,
kiedy plecak pod głową
i kilka złotych w kieszeni
stanowiły o sensie
osypującego się w sen świata.

Tak, pamiętam o tobie ciemny wieczorze,
tak, pamiętam o tobie jasna nocy.
Wieczorze, kiedy serce wyrywa się ku miłości,
nocy, która pustoszysz obietnicę dnia.
Widziałeś jak zanurzam ręce w twoich wodach
i jak usiłuję pochwycić rybę
płynącą wolno, oniemiałą jak ptak
w twoim nurcie.

Poznaję cię jasna nocy,
poznaję cię ciemny wieczorze.

Prawie dotykam.

1.05.2005


Filip Wrocławski

A MOJE 88 URODZINY

Miasto gęste od krytych pasaży, wąskich
placyków, arkad,
schodzące tarasami ku morskiej zatoce.

I ja, zapatrzony w młode piękno,
cielesne i nietrwałe,
jego ruch taneczny wśród starych kamieni.

Kolory sukien według letniej mody,
stuk pantofelka na dallach sprzed stuleci,
cieszą mnie swoim obrzędem powrotu.

Dawno zostawiłem za sobą
zwiedzania katedr i wież warownych.
Jestem jak ten, kto widzi, a jednak sam nie przemija,
duch lotny mimo siwizny i chorób starości.

Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie.



POD KONIEC DWUDZIESTEGO WIEKU

Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku,
po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych,
po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,

Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo
i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych,
tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas
i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.

Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki,
przyjmując swój los i błagając o inny,
nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.

Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty:
smagania się wieloramienną dyscypliną.

Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść
okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną,
i oplątuje mnie, i zakrywa mnie,
i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.

Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu
i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne.
Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.



W WARSZAWIE

Co czynisz na gruzach katedry
Świętego Jana, poeto,
W ten ciepły, wiosenny dzień?

Co myślisz tutaj, gdzie wiatr
Od Wisły wiejąc rozwiewa
Czerwony pył rumowiska?

Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz
Płaczką żałobną.
Przysięgałeś, że nigdy nie dotkniesz
Ran wielkich swego narodu,
Aby nie zmienić ich w świętość,
Przeklętą świętość, co ściga
Przez dalsze wieki potomnych.

Ale ten płacz Antygony,
Co szuka swojego brata,
To jest zaiste nad miarę
Wytrzymałości. A serce
To kamień, w którym jak owad
Zamknięta jest ciemna miłość
Najnieszczęśliwszej ziemi.

Nie chciałem kochać tak,
Nie było to moim zamiarem.
Nie chciałem litować się tak,
Nie było to moim zamiarem.
Moje pióro jest lżejsze
Niż pióro kolibra. To brzemię
Nie jest na moje siły.
Jakże mam mieszkać w tym kraju,

Gdzie noga potrąca o kości
Nie pogrzebane najbliższych?
Słyszę głosy, widzę uśmiechy. Nie mogę
Nic napisać, bo pięcioro rąk
Chwyta mi moje pióro
I każe pisać ich dzieje,
Dzieje ich życia i śmierci.
Czyż na to jestem stworzony,
By zostać płaczką żałobną?
Ja chcę opiewać festyny,
Radosne gaje, do których
Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie
Poetom chwilę radości,
Bo zginie wasz świat.

Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu
I dwa powtarzać wyrazy
Zwrócone do was, umarli,
Do was, których udziałem
Miało być wesele
Czynów myśli i ciała, pieśni, uczt.
Dwa ocalone wyrazy:
Prawda i sprawiedliwość.



ARS POETICA?

Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.

W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:
powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy,

/ że w nas jest,

więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys
i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach.

Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.

Jaki rozumny człowiek zechce być państwem demonów,
które rządzą się w nim jak u siebie, przemawiają mnóstwem

/ języków,

a jakby nie dosyć im było skraść jego usta i rękę
próbują dla swojej wygody zmieniać jego los?

Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.

Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.

A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.

Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą.

Co tutaj opowiadam, poezją, zgoda, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.

Berkeley, 1968

 

Komentowanie tego artykułu jest zamknięte

Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli