Stanisław Esden-Tempski 
- ur. 24 lipca 1952 r. w Gdańsku. Prozaik, poeta, publicysta. Studiował psychologię na Uniwersytecie Warszawskim, ukończył polonistykę na Uniwersytecie Gdańskim. W latach 1988-92 przebywał na emigracji w USA, następnie w Wlk. Brytanii, od roku 2000 mieszka w Polsce.
Poezja Stanisława Esden-Tempskiego ma charakter egzystencjalny, z właściwą tej filozofii pesymistyczną wizją świata i człowiekiem skazanym na pośledniość, niedoskonałość, życie bez zadziwienia i przebudzenia, co czyni transcendencję niemożliwą.
Podmiot liryczny często tkwi w banalności przysłaniającej sens bycia i ukrywającej prawdę, jest niezdolny do uczuć metafizycznych, emocjonalnie i intelektualnie zubożony, a podejmowana przezeń ewentualna walka z góry skazana jest na niepowodzenie. Oprócz ponurej historiozofii w poezji St. Esden-Tempskiego często pojawia się ironia, niekiedy zaś czarny humor, wysublimowana metaforyka, erudycyjne aluzje i smaki, zdarzają się czyste sytuacje liryczne, widoczne jest również polityczne zaangażowanie poety, co stawia tę twórczość poza głównym nurtem wszechobecnej postmodernistycznej bylejakości.
| * * * Kwiaty umarły wczoraj jeden z oprawców wychodził ciągnąc za sobą pępowinę zielonej łodygi kalecząc na schodach liście dusił rosochatą główkę chryzantemy wszyscy się rozeszli goździki fiołki liście łodygi nawet papier wystawał im z kieszeni rozrzucone po stole przygaszone w połowie tkwiły w popielniczce pety groszków trzeba było posprzątać zmyć stół zabrać walające się kości róż TE KILKA WIERSZY które we mnie otworzyłaś postawiłem na stole i podlewam co dnia zmieniając atrament. więc gdy stalówką wydrapuję cię po imieniu nie krzyczę nie płaczę budząc papier o mocno zamkniętych oczach bo wszystkie drogi prowadzą do ocalenia |
Z KAŻDYM DNIEM Pamiętasz jak obmywaliśmy ojca I ukazała się świętość jego Starczego ciała spod brudu trzech dni Pijaństwa Ulotnił się nawet ten zapach z ust Jakby to dusza tylko gniła Rozdzierałaś swoją szatę – szatę Szatę krwi płacząc nad piersiami o skórze Zaschniętej jak dwa stare jabłka Nie chciałem ci w tej rozpaczy pomagać Wtedy nad ojcem rozebranym jak Zepsute radio wydawało mi się Że nigdy nikogo nie będę kochał Po ścianie wspinał się księżyc i był Już przy kratce wentylatora ciągnął Mnie za sobą w tej pajęczynie wyraźnie To czułem lecz ty nie dajesz za wygraną Chcesz zreperować drutem brzuch Załatać gwiazdy Jedną ręka oparta o brzeg wanny Chłodnej i białej Stoisz i w ciepłych trzewiach kosmosu Grzebiesz gołymi rękami pewnie jak elektryk Po twoich rękach wspinają się wciąż Nowe sznury ciężarne od bielizny jesteś Coraz wyżej z każdym dniem |













