Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki


Wiersze Tygodnia - Zbigniew Joachimiak

 

Bogumiła Wrocławska




Pyta  mnie Sybilka  o Boga


Spytała mnie córka, czy  mogę ufać  Bogu?
Milczałem długo. Słyszałem jak
wokoło szumią drzewa i liście.
Starałem się usłyszeć siebie.

Nie, córeczko moja,  ufaj lepiej sobie.
Ufaj ojcu, krwi która w żyłach tobie tętni.
Ufaj nocom z Eryniami, bólom mięśni.
Swoim wierz myślom i emocjom.

Ty jesteś kwiatem  wiary.  
Jesteś  margarytką ze słońcem w środku.
Codzienne poranne przebudzenia,
to msze i ołtarze twoje.


Ufaj życiu. Bóg jest zbyt daleki.
Bóg jest zbyt kaleki, by codziennie
wspierać cię pieśnią lub choćby piosenką,
taka prostą, z refrenem.

Módl się do ludzi. I o nich myśl w modlitwie.
Składaj pacierz ciałem. Całym dniem.
Całą nocą. Mocą swoja całą żyj.
I proś  życie o pełnię.

Jeśli Bóg istnieje,  jest  prośbą.  
O co prosisz?
O moc, o siłę, o wiarę?
Wszystko jest w tobie od początku do końca.




Ptak cień



Przeleciał nad tobą cień wielkiego ptaka.
Nie dojrzałem go,
ale zobaczyłem odbicie
w twoich przestraszonych oczach.

Ptak ten zawsze jest w ruchu,
nie może osiąść na gałęzi,
bo ma przerośnięte pazury,
połamane nogi
i źrenice ma wykłute.

Nie brakuje mu słuchu
i węchu,  i szóstego zmysłu.
Do ofiary nieomylnie pędzi,
spada na nią nieuchronnie
i miażdży w dziobie przerażone serce.

- - -

Wzmożony niepokój twojej dłoni,
kropelka potu na czole
- tak wiele i niewiele,
a wystarczająco dużo, by wiedzieć,
że mówię o tym samym , co i ty myślisz stanie
miłości.
Miłości?



Sezon  lotów trwa


Sezon trwa,
loty są długie, wiatr umiarkowany,
można z łatwością utrzymywać się na dobrej wysokości,
trochę bolą ramiona,
płatki są gęste i mają dobrą nośność.

Trwa sezon,
są pierwsze lądowania –  twarde lądowania
trzeba dodać  -  na zadrzewionych  metropoliach,
choć może lepiej powiedzieć nekropoliach.
Dolatujemy z niechęcia
a też zdziwieniem,

bo choć wznosiliśmy się razem,
okazuje się,  niektórzy z nas dolecieli dalej,
a inni spadli jak martwe ptaki na początku drogi.
A przecież wszyscy czytaliśmy
te same wiersze, może lepiej powiedzieć sny.

Sezon jednak trwa nadal.
I oto nie wiemy co zrobić z rękoma,
ze słowami, których kiedyś wydawało się
jest nieskończona ilość,
a dzisiaj zamykają się wszystkie
w jednej zaciśniętej dłoni.

A jednak obciążają nas niebezpiecznie.
Płatki delikatnych kwiatów
obciążone do ostateczności
opadają bezradnie pośród starych
konarów jabłoni.

Jak patrzeć w oczy przyjaciołom,
którzy zobaczyli światła metropolii
i przerazili się, i spadli.
Jak witać na pogrzebach naszych
umarłych ojców  i matki.

Sezon lotów  uparcie trwa.
Przelatujemy nad rodzinnym domem.
Widzimy znajome ogrody.
Widzimy schylone nad grządką bratków
znajome czyjeś plecy.
Widzę, to ja pielę tę rabatę,
choć jestem w locie.
Choć ty jesteś przelotem.

Loty trwają pomimo marszczącego się czasu,
jak cebulka
królewskiego, czerwonego tulipana,
który jest dla siebie źródłem i eksplozją,
a w końcu i zmierzchem.

2008 r.

Wiosłowanie

Wiosłuję cierpliwie codziennie
przez opływające mnie falami myśli,
które jakby znałem,
jakby przeczuwałem.  Ich szmer
odnajduję  w dawnych wierszach,
w dawnych rozmowach.

Nie wiedziałem, że te moje myśli,
to słowa proste i banalne.
Banalne jak powietrze, które po prostu jest,
które jednak wdziera się  w gardło
głęboko, głębiej,
aż do zapchania się tętnic i żył,
aż do przeniknięcia w krew.

Myślę powietrzem, przezroczystością
godzina za godziną,
dniem za nocą,
ruchem dłoni za ruchem drugiej…
I myślę o Nich wszystkich.
O tych Moich moich myśli
i tych Moich mojego życia.
Ocieram się o nich w sklepie, na spacerze
wczesnym zimnym latem w Jastarni,
robiąc kanapki lub  czytając książkę
niewidzącymi oczami.

Myślę, coraz częściej,
powiem:  nakładającymi się szkwałowymi falami,
że już  niekoniecznie muszę dotrzeć szczęśliwie,
dobrze by tylko wiosło -  póki jestem
w ruchu i w wodzie, i w powietrzu -
nie  wypadło  mi z dłoni.

Pcham wiosłem równo i zdecydowanie.
Mam nadzieję dotrzeć  na wypatrzony ląd
szczęśliwie.
Widzę  wciąż tam stoi,  w ten samej odległości
niezależnie jak mocno ruszam wiosłem.


2008




Moja Japonka

Agnieszce



Masz stopy tak małe jak Japonka.
Drobne, delikatne i jakby skrócone
zbyt drobnym chodzeniem.

Chodzisz małymi kroczkami,
pilnie śledzisz wzrokiem drogę,
nie wpadasz na kamień leżący na drodze .

Gdy idziesz cała jesteś zajęta chodzeniem,
nie spostrzegasz mijanych pór roku,
ani krajobrazów, ani wokoło tłoku.

Gdy już stajesz lub siadasz
z oczu patrzy ci radością,
że tyle uniknęłaś przeszkód.

Spoglądasz na mnie z pytaniem,
co jutro znajdziesz na drodze?

Strach , strach przed chodzeniem,
-  moja droga, moja najdroższa! -
tak szczelnie zajmujący ci życie.




Potem

To tylko na początku wiersze są
motylami, które licznie latają
w naszych wiosennych ogrodach.

To tylko,  gdy po raz pierwszy stajesz
na jeszcze nie zadeptanej ścieżce
prowadzącej do tajemniczej owocarni…

To tylko na początku wiersze mają
skrzydła i  pociągają  cię do góry,
do blasku i  ptaków.

Potem.

Potem słowa zaciskają się w pięści,
w zatrzaśniętej obolałej dłoni,
w pocisku zawiniętych kostek.

Potem trzeba żmudnie odginać palec  za palcem,
podważać  je dłutem  zakute w milczeniu,
powoli wydobywać upragnione słowa.

Trzeba mruczeć, szeptać i dreptać,
płakać, trwać  godzinami  w trwodze,
czekać,  czy granat pięści się otworzy?
I słowa trzeba wyciągać ostrożnie i powoli,
jedno, drugie, trzecie, jak ze słonecznika nasiona,
w lipcowy dzień.

Może choć jedna z tych wyschniętych  pestek
pełna będzie nasieniem.




Nikt nie pyta


Nikt nie pyta mnie,
a więc milczę.
Skóra na dłoniach się zamyka.
Oczy schną,
otwiera się źrenica
nieba.

Nikt niczego nie wyświetla,
a więc  trzeba udawać,
że żywa jest stop-klatka.
Ale błona obrazu
się pali.
Otwiera się dziura.
Żółta.
Piekła.

Wychodzą z niej prężące się
w  lęku słowa,
wielonożne wspomnienia,
co mogły być czułością
a stały się dżumą.
Wykrada się czułość z dłoni
i zmienia przed chwilą jeszcze ciepły dotyk
w wilgotne muśnięcie nerwowe.

Nikt nie pyta o kolory,
a więc tęcza się zmienia
w pas szarych odcieni.

Robi się cicho i buro.



A MOJE 88 URODZINY

Miasto gęste od krytych pasaży, wąskich
placyków, arkad,
schodzące tarasami ku morskiej zatoce.

I ja, zapatrzony w młode piękno,
cielesne i nietrwałe,
jego ruch taneczny wśród starych kamieni.

Kolory sukien według letniej mody,
stuk pantofelka na dallach sprzed stuleci,
cieszą mnie swoim obrzędem powrotu.

Dawno zostawiłem za sobą
zwiedzania katedr i wież warownych.
Jestem jak ten, kto widzi, a jednak sam nie przemija,
duch lotny mimo siwizny i chorób starości.

Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie.



POD KONIEC DWUDZIESTEGO WIEKU

Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku,
po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych,
po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,

Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo
i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych,
tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas
i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.

Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki,
przyjmując swój los i błagając o inny,
nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.

Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty:
smagania się wieloramienną dyscypliną.

Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść
okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną,
i oplątuje mnie, i zakrywa mnie,
i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.

Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu
i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne.
Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.



W WARSZAWIE

Co czynisz na gruzach katedry
Świętego Jana, poeto,
W ten ciepły, wiosenny dzień?

Co myślisz tutaj, gdzie wiatr
Od Wisły wiejąc rozwiewa
Czerwony pył rumowiska?

Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz
Płaczką żałobną.
Przysięgałeś, że nigdy nie dotkniesz
Ran wielkich swego narodu,
Aby nie zmienić ich w świętość,
Przeklętą świętość, co ściga
Przez dalsze wieki potomnych.

Ale ten płacz Antygony,
Co szuka swojego brata,
To jest zaiste nad miarę
Wytrzymałości. A serce
To kamień, w którym jak owad
Zamknięta jest ciemna miłość
Najnieszczęśliwszej ziemi.

Nie chciałem kochać tak,
Nie było to moim zamiarem.
Nie chciałem litować się tak,
Nie było to moim zamiarem.
Moje pióro jest lżejsze
Niż pióro kolibra. To brzemię
Nie jest na moje siły.
Jakże mam mieszkać w tym kraju,

Gdzie noga potrąca o kości
Nie pogrzebane najbliższych?
Słyszę głosy, widzę uśmiechy. Nie mogę
Nic napisać, bo pięcioro rąk
Chwyta mi moje pióro
I każe pisać ich dzieje,
Dzieje ich życia i śmierci.
Czyż na to jestem stworzony,
By zostać płaczką żałobną?
Ja chcę opiewać festyny,
Radosne gaje, do których
Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie
Poetom chwilę radości,
Bo zginie wasz świat.

Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu
I dwa powtarzać wyrazy
Zwrócone do was, umarli,
Do was, których udziałem
Miało być wesele
Czynów myśli i ciała, pieśni, uczt.
Dwa ocalone wyrazy:
Prawda i sprawiedliwość.



ARS POETICA?

Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.

W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:
powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy,

/ że w nas jest,

więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys
i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach.

Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.

Jaki rozumny człowiek zechce być państwem demonów,
które rządzą się w nim jak u siebie, przemawiają mnóstwem

/ języków,

a jakby nie dosyć im było skraść jego usta i rękę
próbują dla swojej wygody zmieniać jego los?

Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.

Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.

A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.

Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą.

Co tutaj opowiadam, poezją, zgoda, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.

Berkeley, 1968

 

 

 

Zbigniew Joachimiak

- urodzony 14 maja 1950 roku w Elblągu, mieszka w Gdańsku. W latach 1981 - 1984 przebywał na emigracji w USA. Poeta, tłumacz, wydawca, założyciel i redaktor naczelny kwartalnej gazety Migotania Przejaśnienia.

Poezja Zbigniewa Joachimiaka należy do zapoczątkowanego w latach siedemdziesiątych nurtu Nowej Prywatności i stanowi najpełniejszą realizację filozofii tej formacji. Jest to twórczość psychologiczna i refleksyjna, służy jako narzędzie poznania i zrozumienia człowieka, analizuje związki międzyludzkie i towarzyszące im emocje, często przedstawiając w poetycki sposób zwykłe, życiowe sytuacje. Utwory poety cechuje indywidualność i intelektualna suwerenność; pozostają poza zmieniającymi się konwencjami i obowiązującymi modami; wyróżnia je sugestywne obrazowanie, tradycyjny rygor i precyzja języka. Z. Joachimiak jest również tłumaczem poezji amerykańskiej i brytyjskiej.

 

Komentowanie tego artykułu jest zamknięte

Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli