|
Wiersze Tygodnia - Sergiusz Sterna-Wachowiak
|
Pieśń o róży do Królowej Śniegu Hansa Christiana Andersena Słoneczko róża złota, skrzydło światła i dzwon – róża śnieg, róża obłok, róża anioł i tron. Człowiek róża czerwona, serce listeczek krwi – róża łza, róża jawa, róża kamień co śni. Dzieciątko biała róża, perełka, cicho sza – obłok, krew, anioł, kamień, wędrująca dusza. Róże rosną w ogrodzie wiosną, latem, zimą – słońce wschodzi, zachodzi, dziecko idzie doliną. W pracowni Sam, nad pulpitem, w trójkącie światła, na brzegu pergaminów, suchy i oschły, strączek palca, łakome oczy. Ostateczny, nieporuszone fałdy sukni, krótkie dni, sam, przęsło niewidzialnego mostu, dobrze, źle, nad pulpitem. Bez cyrkla, klepsydry, czaszki Yoricka, upiorów w komnacie, nad pulpitem, cel, praprzyczyna, sam. – Ty śpiewasz, Skowronku, czy mi się tak widzi? – A śpij, śpij, bałamuńcie, a ze mnie nie szydzi! Piękno z Anioła Ślązaka Piękno wielbię bardzo; lecz pięknem nazywam je rzadko, Gdy pozbawione cierni wygląda mi za gładko. Nie nic, coś Nie nic Coś Wypukać coś z nicości Wybrzuszyć cokolwiek Nie nie Nareszcie tak Poruszyć pustać Pierwsze się Fałda rzeczywistego Nie nic Tylko nie to Jest Tu zmieniam formę przydawce, tam przesuwa się łańcuch górski Oddychaj głęboko Milczeć, pragnąc Czym jesteś, zamyślenie? Jesień na dworze i w domu Nieba ciemny woal i rysunek twej twarzy niepewny, niejasny Przy stole, we dwoje Sącząc młode wino, smakując chleb, rybę, oliwki Pora umarłych i liści, szemrzących za oknem Nie dzień i nie noc Nie piękno, groza, raczej nic, nicość Jesienią, o zmierzchu Wtedy zapala światło na cynowym dzbanie Umiljenije Milczeć, pragnąc We troje Hymn do Apollona z Kallimacha z Cyreny Patrzcie, jak drży święta latorośl, wawrzyn Apollona! Jak chwieje się świątynia Feba! Uciekajcie, uciekajcie, Nieuwieńczeni! Próg skrzypi już pod stopą boga, Który się zjawi; palma z Delos skłania się jemu przymilnie I na powietrzu śpiewa mu słodkim głosem łabędź! Rygle i zamki nie trzymają już wrót; odskakują Z głośnym łoskotem. Febus Apollon nadchodzi! Nuże! przyjmijcie go tańcem i śpiewem, zakwitający młodzieńcy! Żadne nie widzą go oczy, ukazuje go jedynie skutek. O, szczęśliwy, kto go dostrzeże! kogo pobłogosławi los! Ach, pozwól nam, Febusie, być szczęśliwymi i oglądać ciebie! Żadnej zamilkłej liry i żadnej zacichłej pary nóg! Wielbię was, tańczący młodzieńcy, i was, śpiewacy, Jego chwałę tańczycie i śpiewacie ze mną! Morskie fale Pląsają, gdy z ust poety wznosi się hymn, Kiedy opiewa on łuk i dźwięczną lirę boga. Zapamiętaj, serce Reni Po drugiej stronie, ach Miasto nad rzeką, góry, lasy, chmury i dukty bite, jak w dzieciństwie, z klocków Gdy podajesz mi rękę, miłości I byty bezkresne, ach, wiją gniazdeczko swe w dłoniach Maska słońca odkryta Czułość, która patrzy Nieskończone barki na nieobjętej rzece Ratusz różowy i we wnętrzu róży Senne uliczki dawnej Drogi Mlecznej, anioły przechodniów Któż, gdybym krzyknął, usłyszałby mnie z zastępów anielskich? Krzyczę, słyszą Po drugiej stronie Gdy w tutaj, w teraz, idziemy na spacer, ach Trzymając się za ręce, gryząc pieczone kasztany Zapamiętaj to, serce Bazylea, 10 XI 2000
|
A MOJE 88 URODZINY
Miasto gęste od krytych pasaży, wąskich
placyków, arkad,
schodzące tarasami ku morskiej zatoce.
I ja, zapatrzony w młode piękno,
cielesne i nietrwałe,
jego ruch taneczny wśród starych kamieni.
Kolory sukien według letniej mody,
stuk pantofelka na dallach sprzed stuleci,
cieszą mnie swoim obrzędem powrotu.
Dawno zostawiłem za sobą
zwiedzania katedr i wież warownych.
Jestem jak ten, kto widzi, a jednak sam nie przemija,
duch lotny mimo siwizny i chorób starości.
Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie.
POD KONIEC DWUDZIESTEGO WIEKU
Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku,
po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych,
po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,
Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo
i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych,
tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas
i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.
Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki,
przyjmując swój los i błagając o inny,
nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.
Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty:
smagania się wieloramienną dyscypliną.
Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść
okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną,
i oplątuje mnie, i zakrywa mnie,
i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.
Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu
i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne.
Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.
W WARSZAWIE
Co czynisz na gruzach katedry
Świętego Jana, poeto,
W ten ciepły, wiosenny dzień?
Co myślisz tutaj, gdzie wiatr
Od Wisły wiejąc rozwiewa
Czerwony pył rumowiska?
Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz
Płaczką żałobną.
Przysięgałeś, że nigdy nie dotkniesz
Ran wielkich swego narodu,
Aby nie zmienić ich w świętość,
Przeklętą świętość, co ściga
Przez dalsze wieki potomnych.
Ale ten płacz Antygony,
Co szuka swojego brata,
To jest zaiste nad miarę
Wytrzymałości. A serce
To kamień, w którym jak owad
Zamknięta jest ciemna miłość
Najnieszczęśliwszej ziemi.
Nie chciałem kochać tak,
Nie było to moim zamiarem.
Nie chciałem litować się tak,
Nie było to moim zamiarem.
Moje pióro jest lżejsze
Niż pióro kolibra. To brzemię
Nie jest na moje siły.
Jakże mam mieszkać w tym kraju,
Gdzie noga potrąca o kości
Nie pogrzebane najbliższych?
Słyszę głosy, widzę uśmiechy. Nie mogę
Nic napisać, bo pięcioro rąk
Chwyta mi moje pióro
I każe pisać ich dzieje,
Dzieje ich życia i śmierci.
Czyż na to jestem stworzony,
By zostać płaczką żałobną?
Ja chcę opiewać festyny,
Radosne gaje, do których
Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie
Poetom chwilę radości,
Bo zginie wasz świat.
Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu
I dwa powtarzać wyrazy
Zwrócone do was, umarli,
Do was, których udziałem
Miało być wesele
Czynów myśli i ciała, pieśni, uczt.
Dwa ocalone wyrazy:
Prawda i sprawiedliwość.
ARS POETICA?
Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.
W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:
powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy,
/ że w nas jest,
więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys
i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach.
Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.
Jaki rozumny człowiek zechce być państwem demonów,
które rządzą się w nim jak u siebie, przemawiają mnóstwem
/ języków,
a jakby nie dosyć im było skraść jego usta i rękę
próbują dla swojej wygody zmieniać jego los?
Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.
Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.
A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.
Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą.
Co tutaj opowiadam, poezją, zgoda, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.
Berkeley, 1968













