Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki


Wiersze Tygodnia - Stefan Jurkowski

 

Bogumiła Wrocławska




Taniec starej kobiety


czego ty chcesz
stara dziewczynko – myślisz
że masz na łysej czaszce rozpuszczone włosy
ukrywasz się w zmarszczkach jak za krzakiem tarniny
albo w karnawałowej masce

kim jesteś maseczko
że gwałtownie porywasz mnie do tańca
– i tak się nie ujawnisz
bo nie uwolnisz swej twarzy –

bal dawno skończony
niczego już nie ma
ty jeszcze tańczysz wśród cynicznych drzew
okłamujących nadzieją
na przybycie wiosny



Impresja


powstaję na nowo
w słońcach świeżej wiosny
i ty też powstajesz
i nie pamiętamy
co było w poprzednim życiu


jeszcze nic nie przeminęło
jeszcze nikt nie umarł
a przyszłość się otwiera
niczym ścianki tulipanów


zachwyceni tym co nas czeka
intuicję mając za kłamczynię
słuchamy pulsujących soków brzozy
a nasza krew w tym samym rytmie
jakby chciała nam uciec
lub dotrzymać kroku


trzeba coś zrobić z tak przejrzystą chwilą
zapraszam cię na wino
a o zmierzchu na wódkę



Według Koheleta


po kolei ustawiamy się w szeregu
szarym jak kamienie na szańcu
ale nie ma w tym żadnego bohaterstwa
może radość z wygaszonego czasu
jakbyśmy wreszcie u celu porzucili plecak
a patrzący z daleka mówią:
święty zdechł jak pies
pies umarł jak święty
co dodaje otuchy
bo świadczy o równości – –



Rola erotyku


chciała bym napisał o niej wiersz
a to tak jakbym pisał o jedzeniu trawieniu wydalaniu
żadnego tutaj wzruszenia poza fizjologią
nawet smutek rozstania jest udawany
bo przecież trzeba na chwilę
okazać ludzkie uczucia nawet gdy ona
w to nie uwierzy – więc tym bardziej w wiersz
ozdobny i jaskrawy niczym landszafcik
choć właśnie cała radość bywa w udawaniu
bo to wszystko teatr
po czesku – divadlo


Filip Wrocławski

Byle tylko


pod niebem ze szkła
wśród domów z porcelany
i kryształowych drzew
na pionowych ulicach z kruchego lodu
byle tylko nie upaść
byle tylko nie pokruszyć świata
nie wznieść się za wysoko
bo kto uwierzy w potłuczone niebo
byle tylko przesunąć się przez wąską szczelinę
byle się uwolnić nie niszcząc potrzasku
byle tylko się nie usprawiedliwiać
byle tylko za długo nie czekać
w miejscu które zaraz potłucze ktoś inny
byle tylko bardziej niezgrabny i ciężki
byle tylko bardziej samotny



Nieśmiertelni


umierają nieśmiertelni
bo – są nieśmiertelni
dopóki nie wiedzą nic o własnej śmierci

dalej są choć tego nie czują:
neandertalczycy grecy rzymianie
zbyszek uniłowski światek karpiński
pliszka-paczkowski
wesoły tadzio-tadzio
staszek grochowiak zbyszek jerzyna
nasi koledzy którzy kiedyś
z nami pili z nami rozmawiali – nie wiedzą –
wszyscy żyjemy bo nikt nie zobaczy
własnego truchła

po prostu normalny stan
forma przetrwalnikowa
tylko my patrząc jeszcze na to
niczego nie rozumiemy – –



O marzeniach


żadnych marzeń panowie
powiedział car do polaków
wziąłem to do siebie
choć minęły dwa wieki

żadnych marzeń
wystrzegam się kłamliwych zwierciadeł
zbyt gadatliwego światła
pieniędzy które i tak
nie przychodzą
czasu płynącego a jakby w bezruchu
własnej twarzy – mijam ją
niczym kogoś obcego

a jednak nie zdechła nadzieja
że jeszcze coś
jeszcze nie wszystko

żadnych marzeń
choć minęły wieki
powinienem to wiedzieć



Piwo


eliksir młodości – zapach piwa
jestem tu gdzie byłem niegdyś
mam dwadzieścia lat siedzę w europejskim
piję radebergera
niedługo idę na wykłady
ale najpierw przyjdzie tu
moja dziewczyna

potem pojedziemy na wycieczkę
widnokrąg jest bardzo duży i odległy
pod stopami mamy błękitny dywan
i bardzo dużo czasu

może zastanawiałem się gdzie będę dzisiaj
ale obecne chwile zakryte chmurami
nie dawały się odczytać
zresztą nie miało to większego znaczenia

dziś
choć pić mi nie kazano wstępuję na piwo
aby te lat dwadzieścia stale we mnie grzmiało



Zakonnica


panno w habicie
panno odgrodzona
od spraw bolesnych i nadmiernie czułych
spojrzeń i tęsknot które innych trawią

unosisz twarz w samo słońce
nocą księżyc pieścisz rzęsami

żeglująca po morzach bezczasu
zatrzymaj się – popatrz za nami

 



A MOJE 88 URODZINY

Miasto gęste od krytych pasaży, wąskich
placyków, arkad,
schodzące tarasami ku morskiej zatoce.

I ja, zapatrzony w młode piękno,
cielesne i nietrwałe,
jego ruch taneczny wśród starych kamieni.

Kolory sukien według letniej mody,
stuk pantofelka na dallach sprzed stuleci,
cieszą mnie swoim obrzędem powrotu.

Dawno zostawiłem za sobą
zwiedzania katedr i wież warownych.
Jestem jak ten, kto widzi, a jednak sam nie przemija,
duch lotny mimo siwizny i chorób starości.

Ocalony, bo z nim wieczne i boskie zdziwienie.



POD KONIEC DWUDZIESTEGO WIEKU

Pod koniec dwudziestego wieku, urodzony na jego początku,
po napisaniu książek, złych czy dobrych, ale pracowitych,
po zdobywaniu, traceniu i odzyskiwaniu,

Jestem tutaj z nadzieją, że można zaczynać na nowo
i własne życie uleczyć myśląc mocno o rzeczach poznanych,
tak mocno, że miejsc i ludzi nie odejmie czas
i wszystko będzie trwało prawdziwiej niż było.

Nie rozumiejąc skąd lata ekstazy i razem udręki,
przyjmując swój los i błagając o inny,
nie pobłażałem sobie, zaciskałem usta.

Dumny z jednej tylko, mnie wiadomej, cnoty:
smagania się wieloramienną dyscypliną.

Ciągle zaczynam na nowo, ponieważ co złożę w opowieść
okazuje się fikcją, dla innych, nie dla mnie, czytelną,
i oplątuje mnie, i zakrywa mnie,
i z pożądania prawdy jestem nieuczciwy.

Wtedy myślę o prawidłach wysokiego stylu
i o ludziach, którym nigdy nie były potrzebne.
Jak i o tym, że całe życie zwodzi mnie nadzieja.



W WARSZAWIE

Co czynisz na gruzach katedry
Świętego Jana, poeto,
W ten ciepły, wiosenny dzień?

Co myślisz tutaj, gdzie wiatr
Od Wisły wiejąc rozwiewa
Czerwony pył rumowiska?

Przysięgałeś, że nigdy nie będziesz
Płaczką żałobną.
Przysięgałeś, że nigdy nie dotkniesz
Ran wielkich swego narodu,
Aby nie zmienić ich w świętość,
Przeklętą świętość, co ściga
Przez dalsze wieki potomnych.

Ale ten płacz Antygony,
Co szuka swojego brata,
To jest zaiste nad miarę
Wytrzymałości. A serce
To kamień, w którym jak owad
Zamknięta jest ciemna miłość
Najnieszczęśliwszej ziemi.

Nie chciałem kochać tak,
Nie było to moim zamiarem.
Nie chciałem litować się tak,
Nie było to moim zamiarem.
Moje pióro jest lżejsze
Niż pióro kolibra. To brzemię
Nie jest na moje siły.
Jakże mam mieszkać w tym kraju,

Gdzie noga potrąca o kości
Nie pogrzebane najbliższych?
Słyszę głosy, widzę uśmiechy. Nie mogę
Nic napisać, bo pięcioro rąk
Chwyta mi moje pióro
I każe pisać ich dzieje,
Dzieje ich życia i śmierci.
Czyż na to jestem stworzony,
By zostać płaczką żałobną?
Ja chcę opiewać festyny,
Radosne gaje, do których
Wprowadzał mnie Szekspir. Zostawcie
Poetom chwilę radości,
Bo zginie wasz świat.

Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu
I dwa powtarzać wyrazy
Zwrócone do was, umarli,
Do was, których udziałem
Miało być wesele
Czynów myśli i ciała, pieśni, uczt.
Dwa ocalone wyrazy:
Prawda i sprawiedliwość.



ARS POETICA?

Zawsze tęskniłem do formy bardziej pojemnej,
która nie byłaby zanadto poezją ani zanadto prozą
i pozwoliłaby się porozumieć nie narażając nikogo,
autora ni czytelnika, na męki wyższego rzędu.

W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:
powstaje z nas rzecz, o której nie wiedzieliśmy,

/ że w nas jest,

więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys
i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach.

Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.

Jaki rozumny człowiek zechce być państwem demonów,
które rządzą się w nim jak u siebie, przemawiają mnóstwem

/ języków,

a jakby nie dosyć im było skraść jego usta i rękę
próbują dla swojej wygody zmieniać jego los?

Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione,
ktoś może myśleć, że tylko żartuję
albo że wynalazłem jeszcze jeden sposób
żeby wychwalać Sztukę z pomocą ironii.

Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki
pomagające znosić ból oraz nieszczęście.
To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc
dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki.

A przecie świat jest inny niż się nam wydaje
i my jesteśmy inni niż w naszym bredzeniu.
Ludzie więc zachowują milczącą uczciwość,
tak zyskując szacunek krewnych i sąsiadów.

Ten pożytek z poezji, że nam przypomina
jak trudno jest pozostać tą samą osobą,
bo dom nasz jest otwarty, we drzwiach nie ma klucza
a niewidzialni goście wchodzą i wychodzą.

Co tutaj opowiadam, poezją, zgoda, nie jest.
Bo wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie,
pod nieznośnym przymusem i tylko z nadzieją,
że dobre, nie złe duchy, mają w nas instrument.

Berkeley, 1968

 

Komentowanie tego artykułu jest zamknięte

Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli