piątek, 19 sierpnia 2011 16:06
Roman Śliwonik - nowe wiersze
|
JASKRAWOŚĆ
Wysoki upalny dzień Jakby zrodzony z błyskawic od którego bieleją kościoły i kości nic się nie ukryje Pożarty został cień i gdzie my teraz zapłaczemy nad sobą a nawet zasnujemy smutkiem potrzebnym kwiatom i nam Dzień się nadaje na erotyk Na żegnanie I ukrywanie pamięci o zmarłych bogactwo dane nam za nic I po nic może żebyśmy oszaleli szybciej próbując ocalić to co dane zwariować Skręcić się w niemocy Udławić i umrzeć ze zrozumienia I dumy że to wszystko jest w nas

Człowiek
Są chwile które uznać powinniśmy za święte jednym zdarza się to po raz pierwszy inni potrafili się już przygotować
moim pierwszym doznaniem Świętości było ujrzenie twarzy pośród murów Watykamu ten moment trwa tam wiecznie Mój moment nie opiszę tego nie chcę nie umiem w oknie pokazał się Człowiek dla mnie była to chwila oświecająca jak opłatek starczyło jej na całe życie
|
Wiersz na modłę lat pięćdziesiątych
W gęstej ciżbie w gęstym powietrzu jak w skrzykniętym przez Majakowskiego ludzie w gęstwie ale nie poetyckiej stoją również poeci raczej okładki ich książek jest gęsto od ładu smrodu i głodu
nie lubię ciżby nie wiadomo skąd padnie cios nie wiadomo komu oddać w tłumie okładek niektórych rozpoznaje nie widzę Jesienina On gdzieś słucha ziemi poznaje wysokie czoło Grochowiaka Białoszewskiego typowego mieszkańca ulicy Poznańskiej Cygana Bursę a raczej włosy ładne miękkie i szlachetny owal Czycza piękna i chyba do wzięcia śliczność Ośniałowskiego nie widzę Broniewskiego stoi wyżej w przeznaczonej dla niego chmurze
Na prowincji walą w bębny i dmą w trąby poeci zaplecza w nim zza okładek dźwięczą zdania mądre okładki deformuje niechętny odruch ludu a ja i ktoś tam w kolejnym pokoleniu oczekiwałem że wstrząśnie ogrom jak u filomatów i filaretów
* * *
Barbara i Marta wypychają mnie w żywą zieleń której nie ma to jest to miasto ale błękit z chmurami z dzieciństwa zdejmuje ze mnie powoli naskórek delikatnie miękko jak to Błękit ale nie wszystko da się zgarnąć to co chore zostało ale owa niebieska miękkość jest może jak obietnica Ocalenia której ledwo dotknęliśmy jest jeszcze na opuszkach palców niechby to był osad czegoś choćby nieba
Impresja
Przez zygzaki zielonych trzcin przedzieram się do błękitu morza tyrreńskiego to była niebieskość od której zwariowałem i o której zapomniałem to co zostało na przydrożnym kiju figowym było zalążkiem przyszłych liści na drzewie drzewa nie zobaczę nie zobaczę wyrosłych liści pozostało przedzieranie się przez zygzaki trzcin

|