sobota, 17 września 2011 13:00
|
Wiersze Tygodnia - Tomasz Sobieraj

W ogrodzie
Zrywaliśmy śliwki w ogrodzie Wspięci wysoko i nadzy Pośród gałęzi starego drzewa Świeciło słońce Szumiały liście i owady Opętane jak my Ostatnimi dniami lata Nasze palce spotykały się nieraz Na małych planetach Wtedy Czyniliśmy porządek zielonego wszechświata Z podwójną siłą Owoce Lepkie od soku Wrzucaliśmy do wiadra Niektóre zjadaliśmy od razu Podając sobie do ust Te najbardziej dojrzałe Słodkie krople Spływały nam po piersiach
Lecz gdy nasyceni i spokojni W półśnie leżeliśmy na werandzie Żaden głos nie dochodził spośród drzew Nie było też widać ruchu liści
Wczesna jesień
Jesień tego roku Przyszła wcześniej niż zwykle – Gdzieś w połowie września
Zachodnie wiatry i obfite deszcze Całymi dniami Smagały ogród bezlitośnie Siedziałem więc w domu Czytałem Heaney'a Słuchałem staccato rynien Na zmianę z pieśniami Karłowicza
Ósmego dnia wyjrzało słońce Dziwnie czerwone Pewnie ze wstydu Że dało się tak uwieść Atlantyckim wiatrom Znad Islandii
Pomimo starań upadłej gwiazdy Powietrze tej jesieni było chłodne Powoli jednak zaczynało nabrzmiewać Zapachem zbutwiałych liści I owoców Leżących na trawie Teraz ja dałem się uwieść Niczym owad Skuszony aromatem dojrzałych jabłek Wyszedłem do ogrodu Zjeść jedno I zagrabić liście

|
Nad kałużą (...z Mickiewicza...)
Nad kałużą wielką i brudną Stali nadęci gówniarze A woda tonią smolistą Odbiła ich gęby pryszczate
Nad kałużą wielką i brudną Przebiegły ich myśli marne A woda tonią smolistą Odbiła słowa niezdarne
Nad kałużą wielką i brudną Zabulgotało w ubogich czerepach A woda tonią smolistą Odpowiedziała, jak echo
Tak stoi kałuża brudna Stoi wielka, nieprzejrzysta
Te kałuże widzę dokoła I gęby pryszczate poetów I czoła od myśli wolne I równie marnych apologetów
Gówniarzom trzeba stać i pluć Krytykom ten nektar spijać Artystom przed siebie iść Mnie płynąć, płynąć i płynąć –
Puste miasto
O piątej rano Nowy Jork jest naprawdę pusty Jak na zdjęciach Duane'a Michalsa To najlepsza pora By ogladać śpiącego molocha Bezbronnego Gdy nie czuwa gwardia Milionów ruchliwych ciał O piątej rano Nowy Jork jest naprawdę szary Jak na zdjęciach Duane'a Michalsa Wtedy nawet Można polubić to miasto Obejrzeć przez szyby wystaw Wymarłe wnętrza Rozgarnąć butami śnieg Marcowego poranka Pójść 42 ulicą Na Grand Central Popatrzeć na smutne pociągi Do których jeszcze Nikt nie wsiada O piątej rano Śpi nawet Midtown I milczą dzwony u Świętego Patryka
Dziwny ten marzec Znowu zaczyna prószyć śnieg Idę Szuram butami Łykam iskrzące płatki Wracam do domu nad rzeką Napić się kawy
Już wiem...
Katedra
Nie miałem na bilet Do świątyni Więc usiadłem u stóp Kamiennego Jezusa Wyjąłem nóż i chleb
Patrzyliśmy Na radosny korowód Wychodzący z katedry
A ona spała Pod strażą strzelistej wieży Wyniosła i silna Pusta Piękna forma Bez Boga I wiernych
Finał Teatru Krzyża Dokonany
|
Komentowanie tego artykułu jest zamknięte