poniedziałek, 26 września 2011 18:59
|
Wiersze Tygodnia - Bohdan Wrocławski

Z praskich przedmieść odnotowani Krzysztofowi Gąsiorowskiemu
Krzysiu Nic już nie okrążymy Najbłękitniejsze oceany rozpadły się w nas wczorajszych Przestrzeń którą potrafimy zrozumieć rdzewieje od śmiechu i ironii
Tańczymy
Przecież obaj znamy ten taniec od wojen punickich Czerwień wsiąka w ziemię czarnieje
Nasze gesty stygną Utrwala je zapach roztartej na dłoni kredy zaledwie rysują w wyobraźni samotność odlatujących bocianów
Wysp Oceanów Lądów przyczajonych w skrawach opuszczonych serc
Spowiadamy dookolną przestrzeń elektrokardiogramem Szmery są jak huk opadającego w nieskończoność wodospadu Mrowiska z opuszczonymi korytarzami samotna królowa
kalendarze o twarzach bezbarwnych nasza niechęć w jego mrocznych nieczytelnych znakach które niczym linie papilarne gubią się w labiryntach nie do odczytania
To nasz konfesjonał zawołasz z śladami wiecznego średniowiecza
Dotykam czoła pod opuszkami palców czuję opuchnięcia rdzę tłustą od nadziei i pożądania niechęć do dalszej podróży
Zatrzymał nas czyjś krzyk być może coś co w ostatecznym rachunku nas wyzwoli pozbawi snów wieloznaczeń w zapisach nutowych dźwięków których żalu nie potrafimy zrozumieć
Nadal biegniemy krawędzią lasu Ty i ja do tego miejsca w którym proscenium budka suflera unerwiają sceną
Tworzą poetykę praskich przedmieść
Naszego życiorysu moich łąk na peryferiach Milanówka Jakiegoś zająca rozszarpanego przez stado psów Ich wycia w ciemnej auli uniwersyteckiej
Książek których istnienia Nie byliśmy w stanie doświadczyć
Ocalić w sobie pamięcią skrzywieniem warg ledwie czytelnym ruchem dłoni w otaczających mgłach
Patrz uważnie ta pochyloną nad czcionkami postać to ja
Zrozpaczony własną nieobecnością Gutenberg
Nadal nie wiem jak mam zapamiętać nas samych w biegu wzdłuż żył występującej z brzegów rzeki
Może z opadającymi wciąż kwiatami z przekwitającej jabłoni które swoją bezbronnością krzykiem ranią nas zagubionych w dookolnej przestrzeni
A może nie warto pamiętać nic co nie urodziło się bez naszej wczorajszej i jutrzejszej nieobecności
Łódź z Marcelem Proustem
Na pobielałych od soli wantach Cichnie krwioobieg Księżycowego światła
Ja wiem moja stara łódź Nigdy nie będzie miała wystawionej ceny
Wszystkie wczorajsze żale nabrzmiałe Pokorą Uniesione do góry odpływają w głąb lądu
Leżę w połatanym hamaku I rozmawiam z Proustem
Ale on odchodzi po kilku minutach
Zawsze odchodzi w stronę Nieodległej Wioski rybackiej
Zapewne woli rozmawiać z rybakami Przy butelce taniego wina Słuchać ich ochrypłych głosów Zamykać się w zwariowanej fonetyce morza
Dziś już nie mam o to do niego pretensji Byliśmy za blisko siebie
Przyznaję się Nigdy nie potrafiłem Właściwie odczytać tempa jego oddechu Odnaleźć się w strzępach słów
Za często szept Marcela Zacierały fale wczołgujące się Na piasek plaży
W ten sposób odlatują z naszej pamięci Zamki budowane W dzieciństwie
I milkną zamknięte w gestach Nadbrzeżne dęby
Przerażone Oddechem Nadchodzącej zimy
|
Pejzaż z rybakami na łodzi
Na łodzi jest ich dwóch Pierwszy na rufie trzyma w dłoni rumpel
Drugi wypina twarz pod wiatr Jest oszołomiony jego wilgotną konsystencją I tym że światło odchodzącego księżyca Zagląda w głąb Jego sumienia
W lornetce widzę Wszystkie ich nadzieje
Rozkwitają niczym wybuchająca raca
Fale unerwiają je w żółknącym przedświcie Horyzontu
Być może dostrzegli już Samotność dna morskiego
Być może
Ale teraz rani mnie Radosny krzyk albatrosów Odchodzących od łodzi W głąb pojęć nie do odszyfrowania
To zbyt daleko dla moich pragnień I uskrzydlonych lęków
Zaczynam rozumieć
jesień odpływa Zima Znów zastaje mnie Samotnego Na tym samym brzegu
Na którym ciemniejący piasek plaży W pomrukach Zamyka przenikanie światła do żył
Zacierają się Wszystkie skondensowane w nim nadzieje
Odchodzą
Zapewne przeniknęły tak głęboko Do środka ziemi Że nikt nie potrafi ich odczytać
W milczeniu Podejmuję próbę ucieczki Wiedząc Że ci dwaj na łodzi pozbawieni mojej wyobraźni
Nigdy już tu nie wrócą

Westchnienia
Za oknem mojej pracowni Wszystkie cienie Mają twarz smutnych gotyckich ołtarzy
Nikt nie próbuje zaprzyjaźnić się z nimi Nie chcą odwiedzać ich jaskółki o ciemnych oczach dojrzewającego gniewu
w ciągłym locie zbyt skomplikowanym staram się zapisać je każdym oddechem
tymczasem mijają letnie sezony powietrze staje się nazbyt lekkie obojętnieje
jestem w nim sennie rozmarzony starający się dostrzec wszystko co mogło zaistnieć poza rzeczywistością
która w natchnionej frywolności dawno już umarłego słońca wnika we mnie
i pełna westchnień zadamawia się w szalonym rytuale krwi
Miejsce odwiedzin
Rzym upadł przed dwoma tysiącami lat i było to zdarzenie dziś mniej ważne niż kraksa samochodów na skrzyżowaniu ulic Wczorajszej i Przedwczorajszej
Oto ktoś gra na saksofonie ktoś śpiewa czarnego bluesa w rytm tej melodii wyjątkowo trudnej do zapamiętania niezdarnie próbują ustawiać się rzymskie legiony
Nie przeszkadza im chłód panujący od kilku tygodni w dolinie Renu
Ty i ja obserwujemy gesty centuriona jego chropawy głos zamknięty w rytmice niedokonanych czynów
posiwiałe włosy poruszają nasze pragnienia
Wydają się one trwalsze niż wszystkie prawa imperiów
Jaśniejsze niż płatki opadających kwiatów jaśminowych
Ich zapach drażni nas Stajemy każdego popołudnia kołem na rogu Wczorajszej i Przedwczorajszej
choć dobrze wiemy nadto dobrze wiemy
że nigdy nikt nie odwiedzi nas w tym miejscu

|
Komentowanie tego artykułu jest zamknięte