Urszula Kozioł
pseudonimy: Antoni Migacz; Mirka Kargol; Faun; U.K.; Uk; Uka; UKA (ur. 20 czerwca 1931 r. w Rakówce pod Biłgorajem) - polska poetka, prozaik, autorka felietonów i utworów dramatycznych dla dzieci i dorosłych.
Córka Hipolita Kozioła i Czesławy Kargol. Do końca II wojny światowej przebywała na Zamojszczyźnie, uczyła się w Liceum Ogólnokształcącym im. Marii Konopnickiej w Zamościu. Studiowała następnie polonistykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Studia I stopnia ukończyła w 1953 r (magisterium uzyskała dopiero w 1969 r. na studiach uzupełniających). Należy do tzw. pokolenia "Współczesności". Debiutowała jako poetka w 1953 r. na łamach dodatku do "Gazety Robotniczej" pt.: "Sprawy i ludzie".
Od 1954 do 1972 r. pracowała w zawodzie nauczyciela, początkowo w Bystrzycy Kłodzkiej, a następnie we Wrocławiu. W latach 1956-1958 była kierownikiem działu literackiego pisma "Poglądy". Od 1958 r. publikuje w miesięczniku "Odra" (m.in. cykl felietonów pt.: "Z poczekalni"), a także w pismach: "Współczesność" (1959-1964), "Tygodnik Kulturalny" (1963-1965) i "Poezja" (1967-1972). W latach 1965-1967 była dyrektorem Wrocławskiego Ośrodka Kultury, a także radną Dzielnicowej Rady Narodowej we Wrocławiu. Od 1970 r. współpracowała ze Studenckim Teatrem "Kalambur". Od 1972 w redakcji "Odry", kierownik działu literackiego. Przebywała na stypendiach literackich w Iowa City (USA, 1991 r.) oraz w Poitiers (Francja 1993).
|
Urszula Kozioł
[za naocznie jesteś] Urszula KoziołNadnagośćMiałam azyl swój w lesie — już go wyrąbałeś W inne strony odeszłam — już się stały twoje. Którędy bym nie biegła zabiegałeś drogę na przejściach czatowały uprzedzone domy. Miał to być pojedynek lecz wdałeś się w zmowy teraz wszyscy jednego osaczają zwierza bez czasu ochronnego bez wyboru broni. Nie masz kto by mógł dzisiaj dachu nie odmówić nie masz kto by nie wydać mógł nie wskazać na mnie nie masz kto by nie tropił. I ubiegasz ślady nim je zdążę odcisnąć w panicznym wybiegu. Tyle mi pozostało co w zmilczanym słowie. Lecz tyś zdołał się wedrzeć w zatajone wnętrze i już nawet ze sobą nie mam dziś przymierza. Choć język zaniemówił trzewia mam stugębne. Wydają mnie gruczoły dech się mnie zapiera ciśnienie krwi spiskuje z tętnem na mą zgubę — Tyleś wziął. Wszakżeś jeszcze nie pojmał mnie całej. Chcesz mnie dostać — śmierć zabierz. W niej jeszcze mam azyl. |
Urszula KoziołŁuskanie grochu
z kolorem jego skóry i zapachem potu także szyję, czerwony worek jego głosu, niczego nie wybiorę w nim kiedy go biorę. Tak mruczała kobieta przy łuskaniu grochu (a w grochu się przebiera choć z jednego strąka). Bo jeśli go wybrałam w nim przebrać nie mogę jak usta to i oddech i słowa z oddechem jego ręce też muszę choćby były nie te o jakie mi chodziło. Innych nie wybiorę. Nawet jeśli rąk nie ma, jeśli są w domyśle miejsca w których powinny być i miejsca także. A potem będę czekać czy przyjmie się we mnie tak jak szczep się przyjmuje. Wtedy jestem glebą. A czasem jest odejście. Wtedy jestem raną powolnym oderwaniem oczu rąk słów gestów wewnętrzną amputacją łożyskiem bez rzeki nie wyrzucę go z siebie tak jak groch z łupiny. (Wszedł pijany mężczyzna zwalił się za stołem). Jesteśmy urodzone ażeby ból znosić brzemienność chleba w ciało jest dla nas powszednia zatem chleba krąg dzieląc dzielimy i siebie żeby co podzielone znów nasycać chlebem. Kobiety — myślę o tych z piersiami po pępek o kobietach ja mówię co jak kangurzyce ich ręce łuskające groch zachłanne ręce wygrażające niebu pazurami w ziemi. Mężczyźni dzielą globy jak się chleb rozdziela jest jałowy ich podział a w krew się przemienia więc porastając strachem chronią się w alkohol i wciąż są szczelni strachem — mruczała kobieta łuszcząc groch — i to wszystko na tym można skończyć. Mężczyzna pięścią w stół i jeszcze o stół głową) Niczego nie wybiorę w nim skoro go biorę muszę wziąć go całego. Śmiałość jego marzeń i strach jego na siebie wziąć muszę gdy nocą zrywa się zlany potem z wizją krachu świata i przejść ponad tym strachem jak się w bród przez rzekę wezbraną idzie w rękach wysoko unosząc powszedniość ocalenia czyli chleb i ciało. Jego czułość i chamstwo także przyjąć muszę bo silniejszy o miłość którą cofnąć gotów miłością koczowniczą słabszy jest zarazem bowiem trzeba mieć siłę ażeby ból znosić nie żeby go zadawać — myślała kobieta. |













