|

Pekin, szósta rano
Smog poranny troskliwie otula miasto. Słońce jest raczej w domyśle niż w niebie. Bezlistna gałąź uschniętego drzewa Przypomina – jakżeby inaczej! – chińską grafikę Z przełomu siódmego i ósmego wieku.
Dwie kobiety w żółtych kamizelkach Nieśpiesznie jadą na rowerach. Łysy staruszek Wspiera laską chybotliwy marsz i ciekawi się światem, Który od wczoraj trochę się zmienił. To już coś.
Taki poranek wygasza namiętności I coś równie mglistego jak smog, Co w innych warunkach atmosferycznych Nazwalibyśmy tęsknotą. Oklapły kolorowe baloniki Zdobiące limuzynę, która wczoraj wiozła nowożeńców. Nie ma w tym obrazie żadnej aluzji, Poza tym, że smogiem zaczyna się codzienność.
No, dobrze. A ta przystająca pod sklepową witryną Dziewczyna o twarzy rozkapryszonego dziecka, Kilkunasto – a może trzydziestoletnia, (Chinki nie mają wieku, chyba że po sześćdziesiątce), Spod jakiej jest z pięciu chińskich gwiazd, Która jej nocą spadła?
Noc była parna i upalna. Zapamiętał to Mój sen.
A teraz jest poranek. Zapewne gdzieś wysoko Płyną łaskawe obłoki. Zapewne za Wielkim Murem Przyczaił się wiatr. On kiedyś na chwilę Zdmuchnie smog i grymas z twarzy dziewczyny I spotęguje zdziwienie żyjące w kulawym staruszku.
Zapewne w tej chwili z warszawskiego nieba Spadła właśnie (sześć godzin różnicy) Zwyczajna gwiazda. Czyżby moja?
W gruncie rzeczy po to tu jestem – bo daleko. Tutaj nocą wpadają w smog Nie moje gwiazdy.
Sierpień, 2011

|
Imperium
Późną nocą odjechali barbarzyńcy. Niepostrzeżenie. Stukot kopyt owiniętych szmatami był jak pomruk Burzy buszującej za horyzontem. Zostały Gliniane skorupy, swąd wygasłych ognisk, Kilka dziurawych hełmów. Wywieźli nawet trupy.
Opuścili imperium jakby nim pogardzili. Jakby Wystarczał im fakt zwycięstwa i zapis w kronice Kruchy jak amfora. Krajobraz zubożał O rozdęte końskie chrapy, świst mieczy i arkanów, Gardłowe wrzaski zdobywców i gwałcicieli, O gęsty kurz i ścięte głowy młodych drzewek.
Imperium odpoczywa – jakby nieustannie Budziło się ze snu. Przesuwa niepewną dłonią Po ledwie zranionym naskórku. Liczy Ślady miłosnych ukąszeń przejmujące teraz Słodkim wspomnieniem upragnionego gwałtu. Ach, dość już było sytej stabilizacji.
Imperium, może kobieta. Dorodna, już prawie przejrzała. Niby mimowolnym gestem przyzwała kochanka. Walczyła słabo, krzykiem nie wzywała do broni. Na wzburzonych łęgach pościeli Uległa w dumie i dyskrecji.
Teraz spogląda po sobie. Leniwe, białe piersi, Wypukły, jeszcze gładki brzuch, zbyt obfite uda Z widoczną w świetle dziennym pajęczą siateczką, Starannie przystrzyżone włosy łonowe W modna w tym sezonie fryzurę irokeza – Nie wolno się zaniedbywać, co by powiedziała Opinia publiczna.
Jest przedpołudnie. Imperium nasłuchuje: Może wrócą barbarzyńcy? Nie, to służba hotelowa Stuka do drzwi. Niebawem skończy się doba.
Sierpień, 2011 r.
Na Krymie
Rankiem trudno wstać. Do późnej nocy Nawracano mnie na pansłowiańską ideę. Zgadzali się na nią nawet Gruzini i Kazachowie. Właściwie jestem za, choć potem trudno się wstaje.
Niedaleko, sto, a może dwieście metrów dalej Za rachitycznymi zaroślami wdycha nieśmiało Zielonkawe Morze Czarne. Jeśli wziąć głębszy oddech Poczuje się zapach wodorostów i zgnilizny. Można tam pójść jarmarczną alejką O tej porze jeszcze prawie pustą i spotkać niechcący Dwie nieładne dziewczyny w bujnych wiankach Ledwie rozkwitłych wrzosów. Idą walcząc ze snem. Pewnie też je namawiano do jakiejś idei.
Jesień jest tu powolna. We wrześniu Dźwięczy jeszcze sierpniem, a ten dźwięk Spada łagodnie z białych obłoków.
Po południu pod dziwacznymi jesionami Na podwórku obok domu Wołoszyna Grzmią z megafonów gniewne głosy poetów Przekonanych, że ich wiersze są niezbędne jak powietrze. Właściwie jestem za, choć to wymaga Sporej dawki pobłażliwości i zgody na to Że nazajutrz trudno się wstaje.
Myślę jednak, że gdyby to była prawda, Ktoś by napisał przynajmniej jeden sonet krymski. Ale powietrze nie pachnie sonetem. I tylko Dzieje się jeszcze jedna jesień, Daremna choć konieczna. Morze cichnie i stygnie.
Wrzesień, 2011 r
|