|
Wiersze Tygodnia - Józef Baran
Zosi wyruszałem w tę podróż jak na studencki piknik bez niezbędnego ekwipunku z plecaczkiem podszytym wiatrem wybierałaś się na tę wyprawę nie znając mnie prawie wcale czy mogliśmy przewidzieć ten wiatr w oczy morza pustynie zasieki czyhające w oddali to prawda morze rozstępowało się pod naszymi stopami w takt marsza weselnego ale zaraz potem powróciło na stałe miejsce 40 lat brnięcia przez pustynię fatamorgana piasek w oczy Sny o Ziemi Obiecanej i o odpoczynku który nigdy nie następuje wielbłądy dźwigające na plecach obok bukłaków szczęścia tysiąc wzajemnych trosk i urazów od których nie zawsze udawało się uwolnić po drodze tęcze miriady zwodnych gwiazd i księżyców gubienie się z oczu i schodzenie na powrót miałaś na głowie dom z krzyczącymi dziećmi i zasłużyłaś na niejeden order anonimowa jak wiele cichych bohaterek codzienności cóż mogłem ci dać za oparcie akrobata cyrkowy na dromaderze zajęty zawsze na boku cyrkowymi sztuczkami: połykaniem ognia ujeżdżaniem krnąbrnych słów ściganiem się z własnym cieniem błąd poganialiśmy błędem bo wszystko zdarzało się pierwszy raz i nie było to zwykłe hop-siup na pagórek lecz maratońska burzliwa wspinaczka mieniłem się nastrojami bardziej od zmiennych ustrojów dziś prawie nie mam nic wspólnego z tym kim byłem kiedyś a jednak dopisało nam szczęście mimo że pisane na chmurach i piasku i większość z tego co zamierzyliśmy koniec końców się spełniało a nawet o niebo więcej choć wiele karawan z pozoru szczęśliwszych rozwiał dawno pustynny wiatr wciąż brniemy razem przez piaski Sahary i gdzie daleko w tyle za nami choć w zasięgu serca nasze dzieci z wnukami skaczącymi jak koźlątka co mają w oczach tysiąc wesołych gwiazdek |
Macierzyństwo Ewie Coś się od ciebie odrywa Coś co jest tobą i nie-tobą Coś się od ciebie oddala Stając się osobną osobą Chcąc nie chcąc się rozpoławiasz Na siebie i na nie-siebie Za tamtą tęsknisz tym mocniej Im łatwiej obywa się bez ciebie Podobnie księżyc w nowiu Dzieli się na dwie części Ta druga rośnie kosztem pierwszej Zapadając się w mroku świecisz Radość oczekiwania albo pieśń nad pieśniami koguci heroldowie na cztery strony świata rozgłosili hejnał poranka który niesie się wysoko daleko i gołębie wprost nie mogą się w sobie pomieścić z radości zataczają nad wielką równiną srebrne koła kwiaty trawy zioła poobwieszane brzemiennymi rosami przemienionymi pod dotknięciem świtu w kolie pereł cała łąka skrzy się od uśmiechów porannych ros nadziewanych słońcem gdy wszędzie jak okiem sięgnąć na horyzoncie jawią się oczekującej słoneczne twarze jej ukochanego powracającego po długiej rozłące i gdy wszystkie drogi dróżki wybiegają mu naprzeciw i rozbiegają się po nieboskłonach Coranny lipcowy cud zbudzić się by usłyszeć że kogut wypiał kolejny świt. a jego pianie rozchodzi się kręgami po widnokręgach prawie słyszeć plask brzasku o szybę trzymać w ręku klucz poranka do Wszechświata i do najczystszej gamy istnienia przez ptaki wyśpiewanej w hołdzie Najjaśniejszemu Słońcu który ogrodzie zwiastuje znów coranny cud Borzęcin, 2011 Elegia późnego września wrzesień. jeszcze się niesie trzepotliwy chichot ważek nad tatarakami lecz już po wystrzyżonych ścierniskach pól ciągnie tren promieni słońce - paw ze złamanymi skrzydłami wrzesień. z wolna skapuje z czereśni i jabłonek złotolistna patoka jesień wytacza armatnie kule dyń szykując się do ostatniego ostrzału lata wrzesień. pierwsze wiatry urwały się z łańcucha i roznoszą między drzew wierzchołkami niespokojne wieści o swych dalekich wojażach jakby chciały wyprowadzić ogród z równowagi wrzesień. jeszcze koguty pieją słoneczne hejnały lecz już rzeki płynąc i płynąc pluszczą o osamotnieniu z zieleni na jaw wyszły zamaskowane cmentarze przypominając coraz natarczywiej o swym ISTNIENIU Borzęcin, 2011 |













