|
Wiersze Tygodnia - Leszek Żuliński

Klamka nocy
do niedawna codziennie myślałem o miłości, od niedawna codziennie myślę o śmierci
ten moment, kiedy dzień przeskakuje w noc jest nieuchwytny; zaczyna się odpływ, z wody wyłaniają się kamienie, zbutwiałe porosty, śmiecie; leżą na mokrym piasku, potem już na suchym, który przesypuje się przez palce, przez pamięć, wypełnia wszystkie miejsca puste; dawniej było ich mało, teraz się panoszą, pustoszą dysk, dezintegrują rejestr; władzę przejmują wirusy, robaki, ich mutanty, czekają, by dokończyć dzieła;
monitor gaśnie, klamka nocy zapada.
Afekt
w stanie afektu dopuściłem się czegoś... (Witold Wirpsza)
to było jak zapalające się ognisko. najpierw iskra od dołu, potem mały płomyk, w końcu wysokie jęzory ognia. ona płonęła jak Joanna d’Arc; skwierczała jej skóra, włosy unosiły się dymem, kurczyła się i zwęglała, choć zawsze była jasna niczym promień w krysztale górskiego powietrza. farba na jej konterfekcie pękała i podsycała płomienie; słowa gasły i fruwały czarnymi bibułkami po całej okolicy. to wszystko mroziło mnie do szpiku kości. teraz siedzę nad kupką popiołu, w afekcie stawiam domki z zapałek, może tam się pojawi jak ikona w drewnianej cerkwi, choć lepiej nie, bo znowu bym wskrzesił ogień i w obłoku siarki podsycał swoje szaleństwo.
Na próżno
mam cię pod powiekami. szczypiesz i pieczesz, choć nigdy cię nie widziałem
mam cię w arytmii serca, panoszysz się tam bezczelnie
mam cię w nocnym oddechu – śnią mi się głazy i pióropusze ognia
rozsuwam kotary duszności, otwieram okno dnia, rani mnie widok, którego mnie pozbawiasz
na siebie na nas na próżno

|
Jak Afryka
im dłużej cumuję w jej północnych portach, tym bardziej boję się zejść na ląd. spoza kotary lian i wysokich traw wyłaniają się ścieżki zaplątane w supeł, ruchome piaski chrzęszczą pod stopami, wielka kula czerwonego słońca stoi w miejscu i oślepia świat, odgłosy tropikalnych lasów, echa tam-tamów, dymy płonących sawann – to wszystko woła i ogłusza; wiem, że powrotnej drogi nie będzie, usmażę się w tym tyglu ludożerstwa, a moje białe kości zasypie pustynia.
ale na południu kuszą zielone palmy, ogorzałe wysepki nadziei, instynkt przetrwania. na płaskowyżu Tuaregów widziałem ją, usta miała zasłonięte przed wciskającym się wszędzie piaskiem. w śniegach Kilimandżaro brodziła boso, może chciała powiedzieć, że zawsze można oddychać, zawsze można iść dalej. była jak Afryka, uczyła mnie survivalu. i zawsze znikała. jak fatamorgana, która kusi, ale się nie staje.
Ziemia wyczekana
urodziłaś mnie w bocianim gnieździe, zawieszonym w próżni. stamtąd majaczysz mi konturem lądu. płynę do niego przez wykroty oskomy, żar leje się z nieba, wysoka fala moczy pióro, słona woda wywija powieki na drugą stronę ciebie. tam jesteś cielesna i stawiasz moje żagle, ale droga daleka, czasu mało, odyseusze palców błądzą jak beduini w piasakowej burzy, niepewni drogi. ale rozsypujesz się, uciekasz jak wędrująca wydma; klepsydra wybija godziny bez czasu. to jest podróż do końca, pozbawiona kresu. jednak wyczekam cię. liczę na pomyślne wiatry, które nas zderzą. wtedy przyjdzie tsunami, wbije mnie w twój ląd... zatrzęsie się ziemia, wstaną oceany, my schowamy się w sobie. w piramidzie słów, które nas ocalą.
Cele
szamoczemy się w naszych celach. za dużo ścian, za mało okien. podłoga skrzypi, za chwilę zapadnie się. przez małe okienka krzyczymy do siebie. głos nie dochodzi lub niknie w jazgocie dnia. w blaszanych kubkach naszych ust zamarzają słowa. drepczemy w kółko, nasłuchujemy, czy drzwi się otworzą. rygiel trzyma mocno. zaczynamy wierzyć, że świata już nie ma, istnieje tylko nasza monada
pojawiasz się jeszcze, ale nie rozumiem, co mówisz, nie rozumiem, co chcę powiedzieć; czasami gołąb lub wróbel usiądą na parapecie, ale po chwili fruną. w moim dożywociu jest tylko Czas. on się wlecze, stojąc w miejscu; biegnę do ciebie, lecz to jest tylko sen niedorzeczny jak kara śmierci lub życie za długie, by cokolwiek dobiegło do celu.
Fatum
...i znowu siła odpychania wygrywa. słowa tworzą byty, one zastępują świat realny. krążymy w sensach oderwanych od desygnatów; fikcja panoszy się jak nowotwór, proteza zastępuję zdrową nogę; jesteśmy tam, gdzie nas nie ma, nie ma nas tam, gdzie powinniśmy być. cały ten jazz gramy na trąbkach Eustachiusza, świat oglądamy przez odwróconą lunetę, trzymamy się ścian, które burzymy, wypuszczamy z rąk to, co powinniśmy zaciskać i trzymać na uwięzi. potem patrzymy na te latawce i żałujemy, że daliśmy im tyle wolności. od czy do? tego się nigdy nie dowiemy. zwalimy wszystko na fatum...
a ono zarechocze z radości, jak dżin wypuszczony z butelki, którego nie ma dopóty, dopóki go nie nazwiemy.
Kino
...wstaje mgła. za chwilę zaczniemy ślepnąć w blasku słońca. w tej jasności nic nie widać. rzeczy są tak wyraźne, a jednak ukryte. więc zaczynają nam się zdawać. dorysowujemy im kształty, dopisujemy wyobrażenia, pociągamy za niewidzialne sznurki, aby je ożywić. siedzimy przed ścianą jaskini jak Platon, na niej pokazuje się świat. za plecami dzieje się prawda rzeczywista, jak za drzwiami kina. a tutaj mrok i szelest papierków. cukierek smakuje i działa jak placebo.
|