środa, 09 listopada 2011 19:00
|
Wiersze Tygodnia - Anna Maria Musz

Ab urbe condita
jeśli śnią się nam miasta to tylko nieistniejące ale dziwnie znajome i skądinąd bliskie z wyraźnie określonym celem
miasta więdnące gnące się w letnim upale oślepione przez szyby rozproszone w mieszkaniach pochylone wieżami pod ciężarem słońca w ciężkich bryłach gotyku
miasta idące przed siebie całe sieci miast jak kolonie żyjątek liczne a więc wieczne punkty na mapach skupione śmiesznym sentymentem lub chłodną kalkulacją
miasta porzucone określone przez trawy i niepłochliwe świerszcze puste czerepy budynków i triumf milczenia po ludziach gdziekolwiek poszli
wreszcie miasta zgubione zaginione w piaskach pączkujące dnem oceanu którym dedykujemy wszystkie poszukiwania gdy powracamy przed świtem
Teleportacja
tam gdzie nas nie ma rozkwitają słońca znajomi wychodzą na taras popijając herbatę wcale się nie starzeją wciąż mają małe dzieci
nakrywają do stołu jak ostatnim razem gdy przyszliśmy do nich rozmawiać o wyjeździe
tam gdzie nas nie ma w naszym mieście cisza letni zastój wypalone zaułki osłonięte od wiatru i czekanie na burzę z bezchmurnego nieba
muzyka w pootwieranych oknach prognoza która się sprawdza
tam gdzie nas nie ma porządek zagłaskiwanie świata przekuwanie w tradycję spontanicznych gestów dzień w pojedynczych obrazach zbiory miniatur po retuszu wykonanym z pamięci
tam gdzie nas nie ma dokładnie w tej chwili uśmiechają się cytują wiersze wychodzą na spacer czytają ważne listy myślą o wszystkich rejonach w których kiedyś byli i naturalnie wiedzą jak tam teraz jest
Ballada synkretyczna
tak surowe bywają tylko styczniowe świty blade nieba i zmęczone okna na wpół wyciągnięte z ciemności
siedzisz w mrocznych meandrach we własnym mieszkaniu i powtarzasz z pamięci sagę starych ulic
senne patrzenie w szybę jest teraz podróżą i opowiadaniem historii pamiętasz choć nie z imienia wiele postaci podobnych do idących chodnikiem
tracisz niepilnowane granice własnego imperium bo na rubieżach pamięci mylą ci się daty spotkań i odjazdów domy w których kiedyś spędzałeś wakacje zdania z ważnych rozmów
ważysz upadki znajomych dynastii choć do pewnego momentu doskonale im szło badasz jak wschodziły królestwa których nikt nie czekał
przez moment jesteś częścią wszystkiego co się tu spotkało a wszystko przez chwilę współistnieje w nieskończenie pojemnej przestrzeni kilku ulic
na powietrzu zawisły właśnie okiennice z kiedykolwiek wzniesionych budynków otwierają się na oścież nieobecne bramy znane tylko z pocztówek ludzie sprzed kilku stuleci wychodzą na bruk
a ty myślisz że jesteś ich korowodowi niezbędną cząsteczką czyli wcale nie pamiętasz za darmo

|
Paramnezja
idziesz tam skąd cię nie ma znasz już podobne miejsca w których nie byłeś jedynie przez pomyłkę losu
a może je odwiedziłeś przelotnie spacerując w nieznane nieopatrznie wrzucając monetę w białą kurtynę fontanny
odtworzyłbyś stąd dość sporo szaromiejskich pocztówek choć wszystkie niewyraźne
nadal nie wierzysz w teorię wcieleń która sporo tłumaczy w podobnych przypadkach nawet w pamięć nie wierzysz u ludzi takich jak ty pamiętanie jest tylko wsteczną wyobraźnią
i na co ci te widoki gdzie chcesz je pomieścić wszystkie pozorne zdobycze ważne z braku ważniejszych twoje bez wzajemności
W podróży
mokniemy na pustym wybłyszczonym placu w asyście czerniejących rzeźb ich przemilczane współtrwanie to przecież żadna obecność
falujące ciała na pomostach i balustradach nad wodą i ziemią rozmywane w przestrzeń ku niebu i nam pod stopy
od wody jest im przecież bliżej do powietrza
coraz dłuższe coraz gęściej drżące wszystkie tańczą do jednej nieznanej melodii na dowolnym dziedzińcu w którymkolwiek mieście
popatrz więc tutaj cię dopadł wymyślony kiedyś twój wenecki karnawał
Mnemotechnika
podobno aby coś sobie przypomnieć trzeba powrócić do punktu w którym się o tym myślało
no więc wracamy w miejsca gdzie jeszcze byliśmy dobrzy i ufaliśmy zjawiskom dziś nieistniejącym
przed nami kolonie siedliska życie pod mikroskopem w obiektywie nieba niedostrzegalne związki stopniowo wyłuskiwane z pejzażu ulic
i ta czułość pod skórą widocznie dawno wszczepiona teraz nagle odkryta
i ludzie tyle znajomych nazwisk o całkiem nowych imionach krew odświeżona napływowe twarze ale też oswojone wieczne zawsze w tych samych oknach
i nasza cudowna niewiara w przepowiednie wróżby przesądy magię liczb według których mieliśmy wyjechać na zawsze wbrew którym właśnie wracamy
Znikąd, zewsząd
czekaj zawsze do końca nie warto się spieszyć spójrz smakujemy teraz soczyste przymierze z chłodnym powietrzem
w rozbielonym świetle chodzimy niewyspani drzewa śpią na stojąco znikąd i zewsząd trzeszczą szaro schnące trawy
składamy się jak do strzału w obiektywie zamglone fronty domów ale widać okna wiemy że jeśli przez nie patrzą to patrzą na drzewa dzień kręci się w kółko wokół resztek które zostały na zimę
znikąd zewsząd przyszliśmy znamy każdą drogę i czekamy długo żądając wtajemniczenia
znikąd zewsząd w oparach i dymach nadlatują ptaki puste perony liczą na próżno na pociąg rdzewieją stare dachy i stoją na drogach ballady romantyczne ballady
tak teraz je widzimy
Rekonstrukcja potrzebujemy pewności czasem tak się zdarza że musimy potwierdzać prawo do terytoriów i rzeczy i wiedzieć czy wszystko co nasze naprawdę miało być dla nas zaczynamy od końca język się nam przejadł rozsypują się całe litanie wyuczonych zdań dobrych na każdą okazję sens naszego milczenia pogłębia się stopniowo jak muliste dno rzeki coraz trudniej odtworzyć osobne zdarzenia składające się w zadawnioną nieufność do świata wprawa przechodzi w rutynę oczy zachodzą szkłem a jednak jesteśmy nie do podrobienia nawet w dziedzicznych rolach nawet jeśli niepewni i dobrani z przypadku
|
Wuauquikuna
Komentowanie tego artykułu jest zamknięte