Sonet I
Wzbiło się drzewo. O, czyste wzniesienie!
Wzbiło się drzewo. O, czyste wzniesienie
Ramion ku niebu; pamięcią o Tobie
Mój Orfeuszu. Tak niespodziewanie,
Że pewno nigdy nie pojmę zmilczenia
Dziś, tu i teraz, jakie zostawiłeś!
Tylko zwierzęta – te czyste ostępy –
Mogą to p0pjąć, do których dotarłeś
Dziewczęcą lirą. Lecz wzbiło się drzewo
Ponad pagórek – płaczu i skomlenia,
Jakie zaległy w sercach nam na zawsze:
I wieczny ogień, zgliszcza i popioły
Zakryły dzisiaj te błękitne wzgórza
Pełne zieleni i słońca w rozkwicie.
Z chwila narodzin – w czeluść bez pamięci.
Sonet II
I prawie dzieweczką we mnie było…
I prawie dzieweczką we mnie było
Tamto widzenie: nieskalana lira
Drzewiej wśród nocy – gdy się poznaliśmy
Z racji nazwiska, z racji zwiewnej muzy
Jaka gościła w śpiewie i muzyce
A tamto drzewko korzeniło w drzewo,
Nim je tartaczne piły zniewolenia
Pocięły w deski. Jeszcze ta dzieweczka
Była miłością; nie skrzepła w kostuchę!
I śniła ten świat w marzeniach o dziełach
Jakie przed Tobą niosły się do dzisiaj –
Do dnia spełnienia. Nim wszystko się ścięło
W jeden węzeł krwi, w jeden węzeł śmierci:
Z dzieweczki światła – w kostuchę ciemności.
Sonet III
Bóg zdołał. Ale jakże, powiedź, wąska lira…
Bóg zdołał. Ale jakże, powiedź, wąska lira
Ma Ciebie ponieść poza światło – w ciemność,
Gdzie ni powrotu, ani dróg ku celom,
Ani skowytu, ani ciemne pieśni
Już tam nie dotrą. Wszystko z woli Boga,
Ale nie dla nas – powstający z prochu!
A głoszą przecież, że śpiew to istnienie
I8 że jesteśmy na obraz Mu zdani
Tutaj na zawsze? Nie! To tylko słowa,
Słowa biblijne jakich wiele z wielu.
Wiem, co tu piszę – bo słowem nie stworzę
Ciebie ponownie. Wszystko jest – przeszłością
Niepokonaną; bowiem wąska lira
I śpiew Twój umilkł – umilkł, Orfeuszu!
Sonet IV
O, czuli, wchodźcie niekiedy śmielej…
O, czuli, wchodźcie niekiedy śmielej
W ten oddech życia; wszak usta spragnione
Są Twej miłości – na zawsze minionej –
Chociaż drżą wargi: hymnem przemijania
O chwale boskiej! Ale nie o ludzkiej,
Jakie by mogły wyśpiewać Ci, Panie,
Gdybyś te zechciał – ale nie zechciałeś;
I celne strzały pogrążyły wielu
W ciężar nieziemski! Wszak ciężkie są góry
I ciężkie morza – nie do udźwignięcia,
Kiedy tak nagle, tu, wyrasta drzewo
Naszego krzyża! Drzewo już pocięte
Z tamtej młodości, i z tamtego śpiewu,
Gdy rosło z głosem; z głosem Twoim – w nicość!
Sonet V
Pomnika nie stawiajcie. Niech różana…
Pomnika nie stawiajcie. Niech różana
Kwitnie nam pamięć o Nim – do zarania.
Wszak sam Orfeusz nigdy T a m nie dotarł,
Tylko się błąkał po rozległym świecie
Własnej ułudy. Wszak gdy coś przychodzi,
Również odchodzi; i jak echo milknie
Niczym ta róża, co więdnie od zerwania,
Jak imię moje – imię mi nadane,
Bym tutaj śpiewał. Ale słowa śmierci
Są niczym kamień młyński nad przepaścią.
Więc na co pomnik, skoro mym pomnikiem
Są dźwięki liry – liry Orfeusza –
Jaka mi była dana raz na zawsze,
Bym śpiewał dla was – a teraz w Nicości!
Olsztyn, 1-2 sierpnia 2011.
POSTSCRIPTUM
Sonet VI
Jestże tutejszy? Nie, w obu krainach…
Jestże tutejszy? Nie, w obu krainach
Naszego lustra widzimy swe losy:
Ta pierwsza strona jest oddechem życia,
Ta druga strona jest jak napomnienie,
Mój Orfeuszu; wszak nawet twój oddech
Nie wznieci kropel. Milczenie jest wieczne:
Nienasycone, nie do ogarnięcia,
Gdzie nie ma prawej ani lewej strony,
Ani południa, ani też północy;
Czysta kraina naszej wyobraźni:
Gdzie się zagubią zgłoski jak i nuty
A wzrok zatraci też ziemskie kontury,
Jakie – być może – tuż pod powiekami
Zmysłami niosąc – w nicość się obrócą!
Sonet VII
Sławić! tak! Wyszedł, jak kruszec widocznie…
Sławić! tak! Wyszedł, jak kruszec widocznie
Z głazu milczenia – jakbym był Wybrańcem
Losu i tego kruszcu, co zwą rodem
Przed swą zagładą, boski Orfeuszu!
Zatem – refrenem – niech zabrzmi ma lira:
Nigdy, po trzykroć, nie zaparłem siebie
Ani swej nuty – od dnia narodzenia –
Aż do tej pory, kiedy ogień boski
Spopielił dziejbę mą ziemską na zawsze.
Nigdy, po trzykroć, nie zdradziłem Ciebie,
Mój Orfeuszu – odtąd twoją lirę
Podniosłem z ziemi i poniosłem ziemskim
Już moim szlakiem; i pozostałem
Dla innych – Panie; w skończonej pielgrzymce!
* * *
Tylko w pieśni pochwalnej przestrzenie…
Sonet VIII
Tylko w pieśni pochwalnej przestrzenie
Ci pozostały! Nadal słońce wschodzi,
Nadal zachodzi; taka jego rola.
I nic poza tym. Ot, brzoza za oknem
W podmuchu wiatru potrząsa listowiem
Wciąż w pełni lata. Więc jak, Orfeuszu?
Co z Twoją lirą, którąś mi zostawił,
Jakby dla pieśni pochwalnej w przestrzeni?
A gdzie są hymny? Wszak je nie zaśpiewam
Jak w przeszłych latach… A przecież ta ziemia
Ani zatrzęsła, nie wspięło tsunami,
Ani niebiosa nie runęły nagle –
Jak w tajemniczych, ziemskich przepowiedniach!
Tylko Cię nie ma; i jakby nie było…
Olsztyn, 4-7 sierpnia 2011.