Wiersze - Stanisław Gostkowski
|
błazen
jestem błaznem przecież ktoś musi zabawiać królewskich przyjaciół uświetniać bale tańczyć po stołach udawać dźwięk czerwonych dzwoneczków jakie moje buty są piekące takie czarne jak psi ogon albo włosy mej pani królewny z pokolenia które przyniosło rozpustę do naszego plemienia a ja stałem się pierwszym błaznem dworu wiem że za mną rosną całe pokolenia czekają na mój koniec chociaż śmieją się wszyscy nawet ta jadowita żmija mająca gębę karła nogi ropuchy a brzuch krokodyla któremu zerwano skórę dla pokazu publicznego ale cóż to wszystko znaczy z moim oddechem z moim nadeptywaniem na pięty wiem komu gdzie i w którym momencie zadzwonić koło ucha przydepnąć powtórnie na odcisk do żywego mięsa wiem komu łasić się do kolan niczym stara wyliniała suka znoszę szturchańce kopnięcia i jeszcze inne wytykania palcem wiem że jestem garbaty ślepy na jedno oko a przede wszystkim muszę być głuchym gdyż to jest zaletą mojego rzemiosła mej krwi serdecznej płynącej wzdłuż stołów rozbawionych biesiadników rzucających złotymi półmiskami w tłuste pyski kompanów zapijaczonych po ostatnią czkawkę gardła otwartego w moją stronę abym zginął raz na zawsze ale ja wiem że śmierć jest mi pisana chociaż nikt nie widział łzy w moim oku a przecież płaczę tak często śmiejąc się w głos
ja prawdziwy chudy literat
stół pożółkłe kartki rękopisu i nerwy pękających niczym żyły liter chichoczących [?] magister filologii polskiej taki zwyczajny czyścibut nawet o własnych butach zapomniał i wybrudzonymi sznurowadłami chmur zawiązuje własne stopy jakby całe niebo było jego własnością a brak mu dwóch złotych na bilet tramwajowy szklankę mleka i jedną bułkę gdyż tyle wynosi dzienna porcja chudego literata ale jeszcze zobaczymy kto przetrzyma ten kataklizm pijanych piorunów tak mruga do mnie lewe oko Pana Boga niknąca tęcza ponad łąkami rezygnacji popatrz tylko wysoko w niebo już pierwsze ptaki ozonem wzleciały wysoko z rybą jak wiewiórki skaczą z drzewa na drzewo wytrzymaj chociaż kilka chwil sekund miesięcy lat a zobaczysz że tygodniki błękitniejących pól na nowo zaszumią twoją skórą to prawda że będziesz już wówczas garstką prochu słoneczniejącego ale nawet wówczas w tych malutkich ziarenkach znajdziesz siebie prawdziwego
sklepy mięsne
wszystkie zakupy do roku 1970 robiłem osobiście a pieniędzy miałem jak lodu albo jak kto woli zasuszonych liści w jesiennej portmonetce śmiały się do mnie sklepy mięsne czekoladowe te z ciastkami i lodami a dzieci jak baloniki pękały z radości żona całowała regularnie w policzki teściowie kłaniali się nisko nawet babie lato w jesiennych sklepach przypominało śpiew skowronka gdyż pajęczynę można było kupić za pół darmo nie mówię już o tęczy letniej wschodach i zachodach słońca o porankach zakrapianych rosą wszystko było na wyciągnięcie ręki i w ogóle pieniądz miał wartość południowego wiaterku był lekki ożywczy i nie chciał ubywać z kieszeni zgodne w tym były motyle pająki nawet muchom lżej się żyło gdyż wszystkiego było ponad zboża kłosujące ponad trawę szumiącą a kurczaki z indykami rozpychały się na półkach tymczasem czas mijał i lód w portfelach topniał gdyż przychodziły upalne lata a banknoty jak u dobrej wróżki wylatywały kominem gdzieś daleko pozostawiając mnie zupełnie samego i teraz w roku 1993 nie robię już zakupów i nikt już się do mnie nie uśmiecha a najbardziej dokucza mi moja samotność i wspomnienia jak to kiedyś było dobrze chociażby w sklepach mięsnych |
narkomani w Gdańsku i innych miastach świata
na ulicy tylko psy czują gnijący fetor narkotyków zabandażowani pokłuci chodzą bohaterowie dwudziestego wieku w zlepionych brudem włosach oglądają puszystość skrzydeł gołębia jeszcze tulą się do siebie jeszcze ściskają lepką śliną pocałunku który ma być idealną sproszkowaną miłością duchów czystych jak strzykawka gotowana w białych płatkach maku gdzie śmierć kwitnie kolorowo w odróżnieniu od traw czerwieniejących kamieniami żył zarastających znieczulicą przechodniów patrzących na sen twardy rosnący w betonowych płytach ulicy pod chlebakiem z jedną kromką chleba zeschniętego w rytm wczorajszego dnia po którym pozostał jedynie ślad ukłucia znacznie lżejszego od motylich skrzydeł zwiastujących czarną śmierć chmury z której za chwilę zacznie padać deszcz rozluźniający przytomność i wówczas pozostaną tylko te piwnice kościoły nawiedzonych gdzie Pan Bóg od czasu do czasu wysyła swoich aniołów aby już na zawsze własnych wiernych połączyć ślubem bardziej trwałym od samej wieczności gdzie dobrana para szczerych świadków po ostygnięciu panny młodej z wściekłą lubieżnością dobiera się do pana młodego zaczynając od oczu gdyż błękit ma w sobie zawsze lepkość morfiny o tym wystarczy wyczytać w aktach wszystkich sądów świata rosnących ponad uczciwość zjadanych zeznań od lewego policzka znaleziono ich po kilku dniach obgryzionych przez własnych czworonożnych przyjaciół w stanie zupełnego rozkładu ponoć mieli przy sobie w chlebakach jakieś tam wiersze albo „poezyje” lecz to jest to już sto siedemdziesiąty szósty przypadek w naszym kilkumilionowym
ciała przyjaciołom z lat studenckich
leżą w bruku ulicznym skręcone w gąsienicach czołgów krwawią resztkami życia są malutkie wobec ogromu śmierci cóż nam jeszcze pozostało z tych lat trzy pełne strzykawki krwi i trzech studentów piątego roku filologii polskiej Tadeusz Knade zemdlał Kazio Nowosielski trzyma się blado uśmiechem igły no i ja średnio wytrzymały na mrozy grudnia do czyjego serca trafi ta krew policjanta stoczniowca oto jest pytanie na które chyba sam Hamlet nie da pełnej odpowiedzi w w dzisiejszy wieczór skoro karetki pogotowia szaleją po ulicach Gdańska 1970 roku
promienie moje życie mie odchodź jeszcze Halina Poświatowska
a ono odchodzi ale tylko pozornie w promieniach słonecznych wraca na łąkę naszego uśmiechu znów jesteśmy motylami bielutkimi naszym pierwszym pocałunkiem czyści jak eucharystia po raz pierwszy przyjęta bielsi jak śnieżynki w Wieczór Wigilijny na białym obrusie dotyku naszych spoconych rąk krzykiem błękitu ślubujemy miłość wieczną która jutro przyjdzie w tych samych promieniach słońca to my tylko na chwilę zatrzymaliśmy się w tym błysku baraszkujących saren Adolfie mieszkasz w korze najpiękniejszych drzew jesteś we mnie pijesz moją krew jaka szkoda że mam tylko jedno serce skoro Ty odejdziesz to ja umrę ale tylko na sekundę by znów odrodzić się w promieniu słońca marność
we wszechświecie nie jest nigdy za późno spotkamy się na pewno nasze pociągi galaktyk jak te pająki po srebrzystych niciach światła kursują prawidłowo myśl tylko o mnie to przyciąga jak magnes daje siły wytrwania nie myśl tylko o czasie on zawsze istniał mówią że jest nieskończony a gdzie początek a gdzie koniec naszych domów przecież samo światło jest materią żywą a więc możemy do syta spożywać dobroci tego świata tylko ile sił nam wystarczy na wieczne życie czyżbyśmy już byli cząstką wszechświata a może tak sam Pan Bóg zaplanował a diabeł pieczęcią z kopyta jeszcze raz powiedział że w tym świecie to tylko marność nad marnościami
|













