Pisarze.pl

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Wiersze - Stanisław Gostkowski

 

 

Zbigniew T. Szmurło


















błazen

 

jestem błaznem

przecież ktoś musi zabawiać królewskich

przyjaciół uświetniać bale tańczyć po stołach

udawać dźwięk czerwonych dzwoneczków

jakie moje buty są piekące

takie czarne jak psi ogon

albo włosy mej pani królewny z pokolenia

które przyniosło rozpustę do naszego

plemienia a ja stałem się pierwszym

błaznem dworu wiem że za mną rosną

całe pokolenia czekają na mój koniec chociaż

śmieją się wszyscy nawet ta jadowita żmija

mająca gębę karła nogi ropuchy a brzuch

krokodyla któremu zerwano skórę

dla pokazu publicznego

ale cóż to wszystko znaczy z moim oddechem

z moim nadeptywaniem na pięty

wiem komu gdzie i w którym momencie

zadzwonić koło ucha przydepnąć powtórnie

na odcisk do żywego mięsa

wiem komu łasić się do kolan

niczym stara wyliniała suka

znoszę szturchańce kopnięcia i jeszcze inne

wytykania palcem wiem że jestem garbaty

ślepy na jedno oko a przede wszystkim

muszę być głuchym gdyż to jest zaletą

mojego rzemiosła mej krwi serdecznej

płynącej wzdłuż stołów rozbawionych

biesiadników rzucających złotymi półmiskami

w tłuste pyski kompanów zapijaczonych

po ostatnią czkawkę gardła otwartego

w moją stronę abym zginął

raz na zawsze ale ja wiem

że śmierć jest mi pisana

chociaż nikt nie widział łzy

w moim oku a przecież płaczę tak często

śmiejąc się w głos

 

 

 

ja prawdziwy chudy literat

 

stół

pożółkłe kartki rękopisu

i nerwy pękających niczym żyły liter

chichoczących [?] magister filologii polskiej

taki zwyczajny czyścibut

nawet o własnych butach zapomniał

i wybrudzonymi sznurowadłami chmur

zawiązuje własne stopy

jakby całe niebo

było jego własnością

a brak mu dwóch złotych

na bilet tramwajowy szklankę mleka

i jedną bułkę gdyż tyle wynosi

dzienna porcja chudego literata

ale jeszcze zobaczymy

kto przetrzyma ten kataklizm

pijanych piorunów

tak mruga do mnie lewe oko

Pana Boga niknąca tęcza ponad łąkami

rezygnacji popatrz tylko wysoko w niebo

już pierwsze ptaki ozonem wzleciały

wysoko z rybą jak wiewiórki

skaczą z drzewa na drzewo

wytrzymaj chociaż kilka chwil

sekund miesięcy lat

a zobaczysz że tygodniki

błękitniejących pól na nowo zaszumią

twoją skórą

to prawda że będziesz

już wówczas garstką prochu słoneczniejącego

ale nawet wówczas

w tych malutkich ziarenkach znajdziesz

siebie prawdziwego

 

 

 

sklepy mięsne

 

wszystkie zakupy do roku 1970 robiłem osobiście

a pieniędzy miałem jak lodu

albo jak kto woli

zasuszonych liści w jesiennej portmonetce

śmiały się do mnie sklepy mięsne

czekoladowe te z ciastkami i lodami

a dzieci jak baloniki pękały

z radości żona całowała regularnie

w policzki teściowie kłaniali się nisko

nawet babie lato w jesiennych sklepach

przypominało śpiew skowronka

gdyż pajęczynę można było kupić

za pół darmo

nie mówię już o tęczy letniej

wschodach i zachodach słońca

o porankach zakrapianych rosą

wszystko było na wyciągnięcie ręki

i w ogóle pieniądz miał wartość

południowego wiaterku

był lekki ożywczy i nie chciał

ubywać z kieszeni zgodne

w tym były motyle pająki

nawet muchom lżej się żyło

gdyż wszystkiego było ponad

zboża kłosujące ponad trawę

szumiącą a kurczaki z indykami

rozpychały się na półkach

tymczasem czas mijał

i lód w portfelach topniał

gdyż przychodziły upalne lata

a banknoty jak u dobrej

wróżki wylatywały kominem

gdzieś daleko pozostawiając mnie

zupełnie samego i teraz w roku 1993

nie robię już zakupów

i nikt już się do mnie

nie uśmiecha a najbardziej

dokucza mi moja samotność

i wspomnienia jak to kiedyś

było dobrze chociażby w sklepach

mięsnych




narkomani w Gdańsku i innych miastach świata

 

na ulicy tylko psy czują

gnijący fetor narkotyków

zabandażowani pokłuci chodzą

bohaterowie dwudziestego wieku

w zlepionych brudem włosach oglądają

puszystość skrzydeł gołębia

jeszcze tulą się do siebie

jeszcze ściskają lepką śliną

pocałunku który ma być idealną

sproszkowaną miłością duchów

czystych jak strzykawka gotowana

w białych płatkach maku

gdzie śmierć kwitnie kolorowo

w odróżnieniu od traw

czerwieniejących kamieniami

żył zarastających znieczulicą

przechodniów patrzących

na sen twardy rosnący w betonowych

płytach ulicy pod chlebakiem

z jedną kromką chleba zeschniętego

w rytm wczorajszego dnia po którym

pozostał jedynie ślad ukłucia

znacznie lżejszego od motylich skrzydeł

zwiastujących czarną śmierć chmury

z której za chwilę zacznie padać

deszcz rozluźniający przytomność

i wówczas pozostaną tylko te piwnice

kościoły nawiedzonych gdzie Pan Bóg

od czasu do czasu wysyła swoich

aniołów aby już na zawsze

własnych wiernych połączyć ślubem

bardziej trwałym od samej wieczności

gdzie dobrana para szczerych

świadków po ostygnięciu panny młodej

z wściekłą lubieżnością dobiera się

do pana młodego zaczynając od oczu

gdyż błękit ma w sobie zawsze

lepkość morfiny o tym

wystarczy wyczytać w aktach wszystkich

sądów świata rosnących ponad uczciwość

zjadanych zeznań od lewego policzka

znaleziono ich po kilku dniach

obgryzionych przez własnych czworonożnych

przyjaciół w stanie zupełnego rozkładu

ponoć mieli przy sobie w chlebakach

jakieś tam wiersze albo „poezyje”

lecz to jest to już sto siedemdziesiąty szósty

przypadek w naszym kilkumilionowym

 

 

 

ciała

 

przyjaciołom z lat studenckich

 

leżą w bruku ulicznym

skręcone w gąsienicach czołgów

krwawią resztkami życia

są malutkie

wobec ogromu śmierci

cóż nam jeszcze pozostało

z tych lat

trzy pełne strzykawki krwi

i trzech studentów

piątego roku filologii polskiej

Tadeusz Knade zemdlał

Kazio Nowosielski trzyma

się blado uśmiechem

igły

no i ja średnio wytrzymały

na mrozy grudnia

do czyjego serca

trafi ta krew

policjanta stoczniowca

oto jest pytanie

na które chyba sam

Hamlet nie da pełnej

odpowiedzi w w dzisiejszy wieczór

skoro karetki pogotowia

szaleją po ulicach

Gdańska 1970 roku

 

 

 

promienie

                  moje życie

                  mie odchodź jeszcze

                             Halina Poświatowska

 

 

a ono odchodzi

ale tylko pozornie w promieniach

słonecznych wraca na łąkę naszego uśmiechu

znów jesteśmy motylami bielutkimi

naszym pierwszym pocałunkiem

czyści jak eucharystia po raz pierwszy

przyjęta bielsi jak śnieżynki

w Wieczór Wigilijny

na białym obrusie dotyku naszych

spoconych rąk krzykiem błękitu

ślubujemy miłość wieczną

która jutro przyjdzie w tych samych

promieniach słońca

to my tylko na chwilę

zatrzymaliśmy się w tym błysku

baraszkujących saren

Adolfie mieszkasz w korze najpiękniejszych

drzew jesteś we mnie pijesz moją

krew jaka szkoda że mam

tylko jedno serce

skoro Ty odejdziesz

to ja umrę

ale tylko na sekundę

by znów odrodzić się w promieniu

słońca




marność

 

we wszechświecie nie jest

nigdy za późno spotkamy się na pewno

nasze pociągi galaktyk jak te pająki

po srebrzystych niciach światła kursują

prawidłowo myśl tylko o mnie

to przyciąga jak magnes

daje siły wytrwania nie myśl tylko o czasie

on zawsze istniał mówią że jest nieskończony

a gdzie początek a gdzie koniec naszych

domów przecież samo światło jest materią

żywą a więc możemy do syta spożywać

dobroci tego świata tylko ile sił

nam wystarczy na wieczne życie

czyżbyśmy już byli cząstką wszechświata

a może tak sam Pan Bóg zaplanował

a diabeł pieczęcią z kopyta jeszcze

raz powiedział że w tym świecie

to tylko marność nad marnościami

 

 

 

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Pisarze.pl
E-tygodnik literacko-artystyczny
Numer 21/12 (92)
ISSN: 2084-6983



Dziś René Magritte

 Zdradliwość Obrazów, Zagubiony Dżokej oraz Terapeuta to najbardziej znane obrazy René Magritte’a.

więcej>>

Coraz więcej listów do Państwa, coraz więcej wierszy, mało prozy, widać, że nie cieszy się ona specjalnymi względami, albo może prozaicy są bardziej skryci, bardziej tajemniczy.




Strona oparta na Joomli