|
Nie śpi spokojnie duch przeklęty
Zamknięty w klatce niedosłyszeń Buduję własną wersję zdarzeń I na szkieletach białych myszek, O promień kłócę się z witrażem.
Z jakiejś potrzeby potwierdzenia, Wyciągam chciwie rdzawe palce, Sznurując okrzyk w światłocieniach, Trzymam odpowiedź – chleb z zakalcem.
Nie było nocy, nie ma świtu, Ból ulokował się w pościeli A nowe wersje starych mitów Każą zdjąć z siebie płaszcz nadziei.
Niedoświetlone fotografie Ułomnie kreślą linię dachów, Zabrakło kiedyś celnych trafień, Usypiam w łóżku pełnym strachu.
Na poczekaniu
"Są ludzie całkiem mi obojętni, nieznani mijani w pośpiechu i są tacy przy których zatrzymać się pragnę i pomóc, nawet wtedy gdy o tę pomoc nie proszą..."
Zacznijmy wszystko od początku; Niech będzie wieczór, noc i rano. Trzeba prześledzić wiele wątków I zabezpieczyć myśl utkaną.
Jeszcze się krzew nie ukorzenił A zobacz – kwitnie, choć nieśmiało, Pod winoroślą, tuż przy sieni, Rozszyfrujemy pozostałość.
Pachnie śliwami gdzieś w ogrodzie, Zmęczone liście – obojętne, A nam wciąż mija dzień, jak co dzień, Lecz jakby cieplej, jakby chętniej.
W szklankach się mieni bursztynowo, Coraz mniej obcych jest zakątków; Zacznijmy wszystko więc „ab ovo”, Lub jak ktoś woli – od początku.
Przestrzeń
Nie zobaczysz ogniska wśród falban i loków, Nie zobaczysz milczenia ukrytego we mnie; Z widm utkana granica przetrwała na progu I jeden kąt jest jasny, w drugim nieco ciemniej.
Splecione zaufanie - z trzciny wiotkiej, prostej, Wiąże razem tę lekkość od brzegu do brzegu, Wciąż tylko iść potrzeba wymyślonym mostem, Ku rozdrożom otwartym, jak północny biegun.
Słowo czasem nie kłamie przechwycone w locie, Choć sens traci gdy nadto wyzbyte przestrzeni, I można godzinami słuchać marnych pociech, Że los się znów uśmiechnie. Lecz uśmiech się zmienił.
Różnorakie talenty nie są zbyt nachalne, Leżą cicho, przy łóżku, czekając na chwile. Brak róży. Ogród pełny roślinności marnej Zielenieje z uporem. I tak jest najmilej.
W polach
Świątkowi nie jest wszystko jedno, Gdy tkwi w kapliczce, na rozstaju, Gdzie kwiaty wcale nie chcą więdnąć, A ludzie szczerzej - przeżegnają.
Brak tam kadzidła i i ornatu, Nie brzmi pochwała w wielu pieśniach, Lecz bliżej stąd do ludzkich światów I piękniej o nim pisze Leśmian.
W archikatedrze łąk i lasów Częściej się ludzie w modłach gubią Jakby też mieli więcej czasu; Tak dużo mówią – nic nie mówiąc.
Coraz bliżej zmierzchu
Z nadmiaru własnych rzeczy wyszukuje wszystkich Którzy nie chcą powietrza. Wystarczy im kamień. Rozpoznane są straty, podliczone zyski, Tylko czasem chłód jakiś szarpie moje ramię.
Mijam się sam ze sobą, potykam o siebie, Zatrzymuję na kształtach które nic nie znaczą, Lub od słowa do słowa usiłuję przebiec A one drżą po kątach, bojąc się i płacząc.
Oprowadzam wspomnienia po własnej pamięci, Zapomniane zaułki porośnięte kurzem, Jeden strzęp się ożywił, lecz inny uśmiercił, I tylko wciąż wędrówka jakby trwała dłużej.
Powiększam pod soczewką co jest i co było; Pęka mur i z dnia na dzień, coraz większy wyłom.
Wędrówka
W nierozpoznane wciąż podchodzę, Po kamiennym szlaku znaczeń. Wśród mgieł się czai jakaś przynęta; Mówili o niej, lecz nie pamiętam. A pełno we mnie uszkodzeń, I wciąż ze wzrokiem wbitym w ziemię, Dlaczego? Nie wiem, Pewnie nie można inaczej.
Kiedy się wszystko rozkołysze, Myśl wskroś spojrzenie rozchmurzy. Chaos wyrwany z myśli początku, Sam szereg nowych ułoży wątków, Ze wspomnień różnych, zasłyszeń. Złoży autograf pod obrazem Pamięć. Tym razem. Sam siebie nie mogę zburzyć.
Ostatnia przełęcz już przed szczytem, Kosodrzewina się płoży. Wiatr zagubiony jęczy w urwiskach, Odchodzi, wraca, wszystko uciska, Znaczenia wszelkie zakryte. Gdzieś przestrzeń nowego poznania Po cóż się wzbraniać? Wystarczy ciało ułożyć.
|
Zależności
"...wiersz wychodzi z domu i nigdy nie wraca, wiersz nie pamięta domu którego nie było..." (A.Sosnowski)
Zastygła w niedopląsie tanecznej igraszki Strofa zniecierpliwiona piórem Sosnowskiego, Wcześniej, sama na siebie napisawszy paszkwil Zniknęła. Został autor. A z nim alter ego.
Wyprawiona za własną granicę języka, Gdzie sam mistrz Maliszewski błądzi na kolanach, Samplowanym fragmentem wije się w przesmykach Zagęszczonej konstrukcji z utworów Celana.
Destylowane słowa okrężnie i cicho Tańczą razem, choć każde woli inną stronę, Rozłazi się już dawno znoszony uniform, Laboratoria tworzą nowych słów komponent.
A strofa błądzi sama wśród prześwitów, sklepień;. Szuka na peryferiach - zagubionej siebie.
Pierwszy raz
Nie mogliśmy się sobie wzajemnie nadziwić; Wszystko pierwsze w igraszkach, dotykach i pąsach Nieśmiałość zabłąkana w myślach pożądliwych, Jeszcze walczy z pragnieniem, wstydliwością kąsa.
Niezbadany czas złudzeń, obaw i ufności, Przytulony wzajemnie do własnego ciepła, W nierozpoznanej głębi uśmiech już zagościł, Obszar nocy we własnych zatrzymany piekłach.
W powściągliwości gestów, wśród zauroczenia, Podążając przez ciało niewyzbyte dreszczy, Zdumieni urodzajem utkwionym w spełnieniach, Obejmujemy ciemność, aby trwała jeszcze.
Dojrzeliśmy w zachwycie spełnionego rytu, Tyle zmierzchów przed nami i krawędzi świtów.
list żałosny
nie zamieszkałem w żadnej twojej części rozpoznawalnej - dobrej czy najgorszej strach mnie obleciał bałem się sam siebie bardziej niż wspólnych zakurzonych cieni
zbędne marzenia gdy już jest za późno albo za wcześnie i ginie apetyt na pomarańcze szaleństwa i spazmy jak może tulić poranione drzewo
którego blizny tkwią na naszym ciele a żaden dotyk pęknięć nie oswoi zimnem się moim żadna nie rozgrzeje wypukłość ciała czekająca grzechu
i nic ponad to - omijam cię tylko by słowom nie dać niepotrzebnych znaczeń milczę przezornie choć kiedy się potkniesz w innym odcieniu przybiegnę podtrzymać
Widnokół - tryptyk
***
nie rozkwitam rozbolała mnie zima uwiera opatrunek z poszarzałej bieli
zabrakło granicy nadzieja zlewa się z codziennością
w zatartych słowach sens znalazł własną przestrzeń której nie sięgam wchłaniam dalekie kontury i jedno jest pewne one wchłaniają mnie
szarość przechodzi w szarość.
***
dojrzewam po zmroku przeglądając listy te nieotrzymane są najciekawsze nienapisane napawają optymizmem
usiłuję zaprzyjaźnić się z myślami ale od kiedy powędrowały za tobą zerwały wzajemność
oswajam się sam ze sobą aby pokochać samotność osłupiałej pościeli
prześcieradło jak pusta kartka wciąż białe
***
skazałem się na wygnanie nocą
pusty peron ironicznie milczy odchodząc w ciemność
wagon nie ma dla mnie miejsca jakby nie wierzył w szlachetność zamiarów
jak wjechać w tę przestrzeń która choć mami nie chce grać w zielone
tylko zimno otula łagodnie a złe powietrze niesie gniew
choć i on zblednie poszarzeje.

|