|
Wiersze Tygodnia - Agnieszka Marek balans
jedna z nich lubi tylko świeże croissanty, lekko podgrzane w piekarniku. zawsze zjada je wyszarpując palcami pachnące masłem ciasto, a twoje myśli uciekają między nogi tej drugiej (od niedawna preferuje coś na francuską nutę, to nowość).
właściwie można tak żyć. zmieniać nazwisko, koszule, zawartość walizki i pozycje, bo każda ma inne upodobania. poliamoria to takie ładne słowo, natomiast myśl o trójkącie wydaje się nieprzyzwoita.
wciąż masz nadzieję, że to się może udać. na wszelki wypadek obie mają na imię Anna.
od wczoraj
to jest czas samodzielnego kupowania kwiatów. pielęgnowania egoizmu. bycia niczyją. chociaż za stara na singielkę, wciąż przyciąga spojrzenia. minionym kochankom nie umie dać przyjaźni.
cztery pięćdziesiąt za bukiet mieczyków, później woda
wydrylowana jak wiśnia. przedojrzała.
jej perła
czekam na połów, jak nigdy. jeszcze mogę pozwolić sobie na chwilę zastanowienia i komfort wyboru.
wszystkie są takie same. w każdej trochę wody, soli i lepkości. a oni niezmiennie je cenią, bo a nuż trafi się ta z niepowtarzalnym wnętrzem.
czekam i właściwie nie chcę nawet Vermeera, choć propozycja uwiecznienia na obrazie wydaje się dość intratna. nie powinieneś dłużej zwlekać. gładkość języka jest bezkonkurencyjna, nawet jeśli mówią, że niderlandzki kaleczy każde ucho.
no smoking
ojciec dogasa. czekasz na to tak mocno, że nie zawstydza cię skojarzenie z papierosem. w białej tutce kołdry trochę cennych wspomnień, najlepszych jak tytoń Virginia Gold. proszę pani, w pani mężu ogień życia ledwo pełga - lekarz prowadzący gasi nadzieje matki na ciąg dalszy. odwracasz się na pięcie, już ci wolno. szukasz wyznaczonego miejsca.
kubańskie cygaro jest ciepłe. dopiero od dziś nie czujesz w nim smaku ojca, który przychodził co noc.
nie tylko na Heathrow Airport
zastanów się, dla kogo ten lot.
przecież wiesz, że sprawdzi twoje uda, czy nie straciły na jędrności przez te dwa miesiące. gorącą herbatę w kubku art deco osłodzi złudzeniem. poda do łóżka, bo wie, że nikt tak nie robił. a on jest przecież inny. trzeba dbać o wizerunek.
pozwoli ci krzyczeć w trakcie i płakać po. stworzyciel, sama mu to wmawiałaś. żadna wcześniej nie napisała dla niego takiej roli. skorzysta. bez wahania poda czystą bieliznę i bezbłędnie zapnie haftki w staniku. siłą woli powstrzyma się przed zapleceniem warkoczy. zamiast tego ręce, by zatuszować zdenerwowanie (bo jednak jakieś będzie).
widzisz, cudów nie ma. tylko coraz starsi chłopcy wciąż machają chusteczkami na wszystkich lotniskach świata.
prawie baśniowo
jeszcze nigdy nie szła sama przez las.
teraz po omacku, z lękami na ramionach, dygotem w koszyku. kapturek jak ze świeżej krwi, wstążki jak koronkowe skrzepy. potem już rozwiązłe sznurówki, zdejmowanie skórki, wyłuskiwanie ziaren, wnikanie pod i w środek.
kapturek rzucony na ścieżkę. zabłocone dorosłością uda.
nowy oddział w szpitalu rejonowym
drzwi koniecznie białe, czerwone tylko litery. ważne, by kłuło w oczy. później dalszy ciąg normy, skręcenia i inne urazy.
Kaj z krzywym uśmiechem puszcza zajączki kawałkiem lodu. załamania światła, a przy okazji nerwowe, jakby jednak odwilż, gdzieś pod gipsem. w końcu Gerda była pierwsza, więc może należy jej się wiosna, niejako odgórnie. ale Królowa Śniegu bardziej doświadczona, makijaż waterproof i piersi w rozmiarze DD.
zostają błyski na śniegu, jak ochłapy.
|
hamulec bezpieczeństwa
nie umiesz zwalniać na zakrętach, szczególnie tych życiowych. odkręcasz gaz i znów przypadkowo ratują cię nieszczelne okna. noże tępią się w twoich palcach, a tabletki ulegają przeistoczeniu w placebo.
później przypomina ci się matka i zaczyna boleć staw ramieniowy. koniec eksperymentów.
w razie niebezpieczeństwa mocno pociągnąć za rączkę. nadużycie będzie karane.
prawie modlitwa
najtrudniej uwierzyć, gdy chudnie skrzynka na listy, a kalendarz kończy się na jutrze. zazdroszczę tamtej fotografii, że udało się zatrzymać jego uśmiech, zajrzeć mu w oczy. i jeszcze papierosowi – bo palce, usta i język.
nie znajduję go w zgięciu łokcia ani w wilgoci na samą myśl.
święta Rito, masz pole do popisu.
pokój 231
na końcu języka jest zachwyt i ukryta cierpkość tamtego popołudnia. uczyłeś ją, jak rozmieniać się na drobne - urywane oddechy i spazmy, gdy stwarzała się na nowo. kątem ucha łowiła odlatujące samoloty (jeszcze nie mój, jeszcze) i całkowicie zobojętniała, czy środkowoeuropejskie pokojówki słyszą twoje ucieczki i powroty w nią.
nie krzyczała. najlepiej kona się w ciszy, gdy wypełniasz jej usta sobą.
pocztówka z mojego dworca
tutaj już nikt nie zapowiada pociągów.
w chorej stacyjce zbyt młody jak na to miasto fryzjer strzyże myśli emerytowanym menelom. peron tylko z nazwy, ale tory lśnią szlachetnym szlifem, też nie na miejscu. kwiaty pomiędzy zaskakują i każą patrzeć w siebie. wilgoć i świeża ziemia, gotowa na ziarna. nikt nie przepowiedział pociągu
do ciebie.
piątek, tuż po północy
byłam gotowa na ciebie. pestki wewnątrz miały brązową powłoczkę i czekały na rozpęknięcie. skórka nabrzmiewała dojrzałością. wystarczyło lekko dotknąć zębami i zbliżyć się do środka. wybrałeś język, by nie kaleczyć kruchej tkanki.
teraz patrzysz na mnie zza mgły, oblizujesz palce. nie chcę na tobie zaschnąć. lubię wilgoć.
God Save the Queen
królowa współczesnej poezji nie znosi konkurencji. nienapisane wiersze uwierają jak zbyt ciasny stanik. pisanie na siłę jest niemożliwe, nieosiągalne niczym orgazm na zawołanie. a jednak próbuje, jak na urodzoną perfekcjonistkę przystało (po żadnym z trzech poronień nie płakała, więc ma niezłe doświadczenie). byle tylko piedestał był poza zasięgiem innych. więc działa.
szybkiego romansu z krytykiem nie wpisuje się w biogram, ale dobra recenzja warta jest nawet tego, po czym musi długo myć zęby. ma miliony powodów, by walczyć. wie pani, życie jest jedno, chociaż właściwie dzieci stawiam na pierwszym miejscu, a poezja? - i tu następuje machnięcie ręką. takie niewymuszone, choć długo trenowała przed lustrem. królowa współczesnej poezji kupuje regularnie WD – 40. pieczołowicie oliwi płaszczyk swoich zasad, gdy tylko zaczynają skrzypieć.
pozory mylą
przylatuje z Europy i cofa zegarek o godzinę. lotnisko znane jak własne piersi (bada je co miesiąc, przejęta odsetkiem pokonanych). lewostronny ruch przestaje drażnić, a język wsącza się w uszy coraz łagodniej. kiedy widzi go po raz pierwszy od trzech miesięcy, krzepnie, na moment zastyga (jeszcze potrafi). później
jest fiolet pościeli i karmazyn ust – barwy niby pochodne, ale walczą. nie jest łatwo oswoić na nowo, lecz nie osaczyć. zatracić się – ale tak, by wciąż przy nim pozostać. kiedy
orgazm dogasa, bezwstydnie znajduje siebie w smaku jego języka. nikt nie zabroni ani się nie oburzy. za kilka godzin to i tak stanie się zmywalnym wspomnieniem. na razie o tym nie myśli. korzysta. po powrocie podrze na strzępki boarding pass i naklejkę z walizki. umyje ręce, a bieliznę, którą zdejmował z niej zębami, odłoży (wypraną z seksu) w kąt szuflady. później przekona siebie, że zapomina, a naprawdę tylko zamarznie. poczeka z zaciśniętymi udami na odwilż.
|













